Licho nie śpi, nawet na wakacjach

16 sierpnia, wpis nr 1421
Pamiętam kiedy pracowałem jeszcze w mediach korporacyjnych czas działał inaczej. Trzeba było np. w czerwcu planować akcje na wrzesień, zaś we wrześniu przygotowywać się do akcji „choinka”, bo to przecież wraz ze zdmuchnięciem świeczek na grobach nieistniejącego Święta Zmarłych dzień później wjeżdża Mikołaj z coca-coli na sankach, po listopadowym błocie. Nieświadomy niczego klient doznaje wrażenia cudu, że oto spływają na niego w listopadzie (chyba z ołowianego nieba) skrzynie choinkowych bombek, w rzeczywistości malowanych latem z wiosennych wzorów na nowy sezon. To samo jest w polityce.
Wakacyjne prace
To właśnie teraz po gabinetach i salkach, w świątyniach powerpointa pichci się całe sagi narracji do wystartowania powiedzmy na wrzesień. Rzekłem „powiedzmy”, bo tu – jak w konsumpcji – kto pierwszy ten lepszy, tak jak w innych krajach, np. bez cezury tzw. Święta Zmarłych bożonarodzeniowe święta konsumenckie zaczynają się już w październiku. Tu też, w polityce, pewne formy kampanii wyborczych zaczynają się już zaraz po święcie demokracji, jakim jest elekcja. Ale jest jedno ograniczenie – nie można zaczynać za wcześnie, bo nikt nie jest w stanie utrzymać (i wytrzymać), oraz zwiększać, bo na tym polega zabawa, wzmożenia wyborczego zbyt długo. Takie napięcia wytrzymują tylko nieliczni, a i ci lądują w grupach o podejrzanie wysokim stanie pobudzenia, które w długoterminowym horyzoncie stawia je w pozycji ostatecznej frustracji. A więc i z tą naszą kampanią wyborczą trzeba ostrożnie, nie na pałę, bo można przedobrzyć.
To plany, ale jak z wleciana rakietą, czy felonią Morawieckiego przydarzają się wypadki, które trzeba łapać jak talerze ze spadającego stołu. Tu nie można nic zaplanować, trzeba mieć tylko albo dyżurujące zespoły kryzysowych narracji, albo nowe narracyjne przykrywki. Albo i to, i to. W sumie na przykład pucz Morawieckiego został medialnie użyty przez Tuska do przykrycia i rakiety, i szpitala. Czyli obu spraw, za które każdy porządny rząd wyleciałby na kopach opinii publicznej. Ta zaś w Polsce jest magnesowana w obie strony mniejszym złem, co prowadzi do tego, że Tusk, który już sam nie ma nawet zmyślonych argumentów na swoje rządzenie, ma dzisiaj ponad 30% poparcia. W sumie wyjście Brauna na skrzydło prawicowe oraz rozczłonkowanie PiS-u po wyjściu Morawieckiego to kłopot dla… Tuska. Nie można już straszyć swego elektoratu Kaczyńskim, bo on traci na znaczeniu. I dlatego za Czarnego Luda wyznaczono w mainstreamie Nawrockiego. Ktoś musi być uosobieniem naszych trosk i winnym niepowodzeń.
Proponuję teraz byście Państwo zamknęli oczy i wzięli mnie za rękę, a spróbuję Was poprowadzić do tych salek, byśmy wspólnie wykoncypowali co tam się dzieje na tych przed-narracyjnych, kampanijnych naradach. Tam praca wre w kilku kierunkach. Po pierwsze pichci się swoje wątki na poszczególnych przeciwników, na różnych – różne. Po drugie, próbuje się przewidzieć narracje przeciwników i znaleźć na nie swojej odpornościowe kontrnarracje. Trzecim elementem jest przygotowanie się do szybkiego reagowania na nieprzewidziane wypadki, które niesie los i złośliwi przeciwnicy. Jest więc sporo roboty i widzicie państwo, że, nawet na wakacjach, rządzenie to trudna sprawa. Tak trudna, że ta cała zabawa w opowiadanie ja to się rządzi (lub rządziłoby, gdyby się miało władzę) jest zadaniem tak absorbującym, że… zapomina się o samym rządzeniu. Stąd u władzy (oprócz większości kompletnego gamoniarstwa) za państwowotwórczych geniuszy robią odpustowe cyrkuśniki, co to zagadają i rozśmieszą każdy tłum, a najprędzej odwrócą uwagę od podatkowego kieszonkowca, który w czasie tych różnych widowisk ku uciesze ludu, przetrzepuje sakiewki przejętym widzom.
Jako się rzekło kampania na następne wybory zaczyna się zaraz po zakończeniu tych poprzednich, ale tu nie chodzi o kampanijne wytryski, afery, czy jakieś sensacje. Po prostu ustala się zaraz po wyborach stały trend, kilka tematów, które w rozpisanych scenariuszach narracyjnych będą powoli osłabiały przeciwników, po to, by na kocówce dopalić całą sprawę – zbiera w ten sposób prochy, by rzucić na nie parę iskier na samej końcówce. Nie można się przecież wystrzelać z sensacyjnych niespodzianek na samym początku, odpali się dopalacze w ostatniej chwili, by przeciwnik nie zdążył zareagować.
Tuskowe opowieści
Dobra, otworzyliśmy te drzwi i co widzimy? Mamy rządzących – tu, jak mówił towarzysz marszałek Czarzasty: „jak nie idzie, to nie idzie”. A nie idzie. Rząd sobie nie radzi nawet w sondażach, zaś jego twardy elektorat trzyma w kupie już chyba tylko mieszanina nienawiści do PiS-u, wzbudzana nadzieja na PiS-u rozliczenia i chyba konieczność trzymania się tego konia, na kogo się postawiło dwa lata temu, bo inaczej trzeba by było się przed samym sobą przyznać, że się postawiło na kompletną szkapę. Tuski wykańczają Polskę w sposób metodyczny, jak to przy kakistokracji (rządach najgorszych, acz szalonych), nastawiając swoich przeciwko wmawianej im ochlokracji (czyli rządom motłochu, za jakiego Tuskowi uważają prawicę). Ceną za pogorszenie warunków życia, również zauważalną dla wiernych Tuskowi, miał być symboliczny spektakl rozliczeń z PiS-em, ale impreza nie wyszła, choć tylko na tym skupił się calusieńki aparat wymiaru sprawiedliwości. Jest więc źle, ale nie takie rzeczy przykrywa się wrzutkami.
A tu przydarzyła się afera ze Szpitalem Południowym. Jak to mówią w kryminalnej – rozwojowa. Stanowski, oskarżany przez to o pisizm (tu proszę koleżeństwa, nie ma przypadków) zrobił z redaktorem Słowikiem serial w odcinkach. Nie jest to jedne bum!, ale cała seria. Coraz to spadają narracyjne drony z różnych kierunków i dymią trafione całe rafinerie obłudy rządzących. Widok jak z Moskwy czy Kijowa. Obszar wypadł dla Tuska fatalny, bo to każdy się z tym zetknął i przygoda Polaka ze służbą zdrowia to całe traumatyczne epopeje, każdy ma tu swoje określone doświadczenia i opowieści do porównania. Nie jest to więc jakaś aferka gdzieś, choćby u państwa w „stolycy”. To jest cała Polska i nie trzeba tu powszechnych śledztw, by wszyscy wiedzieli, że to również o nich. Co prawda Tuski próbują znowu grać na podział – tym razem wychodzi na konflikt lekarze kontra pacjenci, ale to już gruby numer. Bo pacjentów jest więcej i nawet – uwaga, uwaga! – są oni i w gronie zwolenników Platformy. Bez szans jednak na VIProom.
Temat jest więc dla Tuska fatalny i można na nim dojechać do wyborów, ale jak zwykle rzeczywistość wzmagana przez media dostarcza codziennie tematów przykrywkowych. Jedna okoliczność jest tylko dla Tusków dogodna, choć dla społeczeństwa i tak fatalna. PiS grał na to, że ten Szpital Południowy to nie wypadek przy pracy, jak chce Platforma, ale znaki erozji systemu zdrowia. Tylko, że PiS chce, by zamiast zwalniać radę nadzorczą w feralnym szpitalu, wywalić cały rząd za zaniedbania, a co najmniej panią minister o niezapamiętywalnym (co za szczęście dla kobitki) nazwisku.
Czyli, że winien jest system – tak uważa PiS – i wszędzie po Polsce czai się (może już nie tylko) potencjał dojenia szpitali na lewe fakturki, podpisywane w zaciszu VIP roomów. Tyle, że pomnik polskiej służby zdrowia to dzieło wykuwane przez każdą z ekip rządzących III RP. Jest to więc praca zbiorowa. I platformiarze coraz częściej wytykają to pisowcom. Tylko – i tu wracamy do początkowego zastrzeżenia – co nam, pacjentom z tego? Lud wyborczy w swej bardziej świadomej, albo i bardziej sfrustrowanej, części elektoratu dał bowiem w wyborach na Nawrockiego wyraźny sygnał, że zabawa w popisowego dupniaka nic temu narodowi nie daje. „Ksiądz wini pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”. Co z tego, że się (w coraz nudniejszy sposób) kłócą, jak poziom życia nam się obniża?
Do tego doszedł obecnie temat okradania powodzian. Moim zdaniem, przy całych proporcjach to coś w rodzaju okradania z pomocy, również militarnej, walczących Ukraińców w wykonaniu tamtejszych oligarchów. Tam żeśmy się pukali w głowę jak lud może akceptować przekręt o takim ładunku już etycznym. Okazało się, że może. I my, ci z wyższością do uczących się demokracji Ukraińców, też ten temat odpuścimy. Tak, nawet okradanie powodzian nas nie wzruszy. Temat tez jest rozwojowy, PiS tego nie pociągnie, bo się wewnętrznie gryzą, nie odłoży tego na kampanię, bo i lud uśmiechnięty doszedł już do takiej nienawiści do prawicy i wyparcia wobec faktów szkodzącym jego wybrańcom, że zagłosuje na tych, którzy okradli ludzi pozbawionych dachu nad głową. I żeby nie było – zapętlenie wojny polsko-polskiej jest tak duże, że nie zdziwię się, że taka Nysa zagłosuje na Tuska, tak jak to zrobili wcześniej mieszkańcy Turoszowa, Ełku, czy Świnoujścia. A jest to temat mocno rozwojowy, gdyż pokazuje nie tylko pazerność rządzących, ale kryształowy przykład „układu zamkniętego” małych ojczyzn, gdzie niepartyjna sitwa lokalnych cwaniaczków obrotowo rozgrywa kolejnych rządzących w kontynuowanym od lat procesie ssania publicznej kasy.
Ukraina jako przykrywka
Uważam, że ten niewdzięczne obszary musiały być koniecznie przykryty i tu Donaldowi jak z nieba spadła afera z Orłem Białym. To tu jest prokurowana przykrywka, która dojedzie do wyborów (nawet, a może zwłaszcza, jak te odbędą się przed terminem). Tak – wojenka werbalna z Ukrainą to niewyczerpalna kopalnia wątków, zwłaszcza, że – w przeciwieństwie do Polaków – Ukraina ma tu wszystko ładnie rozpisane, ma inicjatywę, zaś my tylko reagujemy, łapiąc, a częściej nie łapiąc, spadające z narracyjnego stołu talerze. Kijów więc dostarczy nam tu ekscytacji. Mimo tego, że sytuacja wydawałaby się dla Donka trudna, wszak lud popiera ruch Nawrockiego z Orderem. Po pierwsze to poparcie zaczęło być erodowane przez platformianą kontrofensywę. Wątek jest taki, że oni tam walczą, a my tu im jakieś groby wypominamy, nie tylko metalowy order. (Zresztą Zełenski wybawił Tuska z kłopotu: ukraiński prezydent po prostu zwrócił swój order, a więc dało się uniknąć wojenki o kontrasygnatę do decyzji Nawrockiego, a tu Donek nie miał dobrego wyjścia. Teraz nie musi nic robić i się tłumaczyć z dowolnej swej decyzji. Sprawa po prostu zniknęła).
To normalne odwojowywanie narracji. Ale Tusk dobrze kombinuje – wtłacza swojemu twardemu elektoratowi, że Nawrocki to nóż w plecy Ukrainie i tuskowy elektorat, po pierwszej chwili słabości zrozumienia w sprawie orderu, już wraca na stare tory. A więc temat ukraiński jest i dobrą, i bezpieczną przykrywką tematu szpitalnego, gdzie Tusk ma same słabości. A jak Tusk utrzyma swych twardzieli i jeszcze dodatkowo wyssie już resztki po PSL i Hołowniach, to będzie miał na ordynacji a progiem wyborczym wystarczający zapas, by powalczyć o władzę. Do tego potrzebne mu jeszcze tylko pójście prawicy w rozbiciu i kolega D’Hondt zrobi z mandatami co trzeba. Dostanie władzę jedna duża lista, bo tak ten system rozdaje preferencje, nawet przy takiej samej liczbie głosów. Będzie więc jechane „na Ukrainu”, zwłaszcza, że tu – jak praktycznie ze wszystkim – można w dowolnym momencie wytknąć pisowcom, że przecież i tu są współwinni, tak jak ze służbą zdrowia, gdyż Tuski prowadzą tu pełną ciągłość racji stanu POPiS-u.
Stąd też wziął się wątek poboczny – rozbudowa narracji o tym, że Polacy biją Ukraińców. Jacy tam Polacy? Prawacy! To Kaczyński z Braunem i Bosakiem kopią bezbronne dzieci po piaskownicach. Przecież to jasne. Nawet jak tego nie robią bezpośrednio (bo się spocą?) to napuszczają na to krewkich Polaków, ten odłam prawacki, za którego mają się przed światem wstydzić kosmopolityczni „młodsi, wykształceni, z wielkich ośrodków”. Tu nie ma przypadków – każde ze zdarzeń – trzeba wstawiać pomiędzy dwa bieguny wojny plemiennej. Ukraiński temat Tusk odwojuje stygmatyzując wszelkie, nawet tylko narracyjne pomysły na inne ułożenie się z Ukraińcami – mamy się wypruwać choćby i z Pershingów i schodzić z drogi na chodniku. Jeśli tego nie zrobimy, to jesteśmy poza społeczeństwem cywilizowanym, czyli jesteśmy tą okropną prawicą, co to szumi na stadionach, że wszystkim właduje, a stać ją tylko na szarpanie ukraińskich dzieci za tornister.
Ważny też będzie aspekt międzynarodowy sprawy ukraińskiej. Do tej pory nie mogę dojść do tego, czy Zachód uważa nasze nagłe spory z Ukrainą za ważne, albo tylko zrozumiałe, czy będzie grał, że to kolejna aberracja przewrażliwionych Polaków. Dla Zachodu w ogóle te słowiańskie spory to jakieś waśnie ludów prymitywnych, podzielonych na państwa wedle jakichś niezrozumiałych kryteriów, gdzie wszyscy powinni oddać się pod jedno berło (kiedyś Rosji, dziś Unii), ale tylko jak dorosną i to pod stałym nadzorem. To tu, pewnie przez tych Słowian, odbywają się europejskie i światowe wojny. A na Zachodzie wiedzą oni o nas tyle, co my, powiedzmy o, i dla nas egzotycznych, waśniach w kotle bałkańskich plemion.
Co Zachód myśli o tym konflikcie można się dowiedzieć z polskich mediów. Dowiadujemy się więc dwóch różnych prawd, w zależności, do którego z plemiennych mediów się zwrócimy. A aspekt ten jest ważny wyborczo, bo Polacy, ci zakompleksieni, zawsze przedwyborczo podglądają Zachód, co też on tam o nas nie myśli, jakby miał myśleć o czym innym, niż o własnym interesie. I tak – z mediów rządowych wychodzi, że Zachód patrzy z politowaniem na harce Nawrockiego, od czego cierpieć ma nie tylko Ukraina, nie tylko kolejne wersje koalicji chętnych, ale i sama Polska. Wykazywane jest nam połączenie naszej niewdzięczności z przewrażliwieniem na tematy pomijalne. Psujemy wszystko, a właściwe to psuje nasz prezydent, zaś Donek się z tym męczy, ale co ma zrobić biedaczek? I dlatego, w kwestii ukraińskiej, Tusk się ustawił w roli ubolewającego arbitra, który – uwaga! – obu prezydentów (ukraińskiego i polskiego) upomina z troską o rewizje priorytetów. Tusk więc nie będzie tu zajmował do końca stanowiska, gdyż w ten sposób nie chce sobie palić mostów do tych wyborców, co TO obstają przy decyzji Nawrockiego. W ten sposób i pełowiec będzie miał rozgrzeszenie, że kiedyś w tej (i tylko tej!) sytuacji poparł KIEDYŚ prezydenta, co okazało się nie było felonią, gdyż i Donek tu się zachowuje asertywnie.
Pisowskie żaby
Znowu media plemienne, umownie zwane prawicowymi, mówią nam co innego – że świat się obudził. Zobaczył po raz pierwszy co to za gagatki ci Ukraińcy. I ponoć dlatego teraz Zełenskiemu na szczycie NATO w Ankarze pokazali, nie dali wystąpić, z sali obrad pogonili. Terefere… Może i dla szerszej publiki z tą Ukrainą to zaskoczenie, ale nie dla rządzących w Europie. Ci jak będą chcieli użyć Wołynia jako pały na Ukraińców, to użyją, na razie nie ma na to pogody. I pała nie zostanie wyciągnięta. Film Międlara „Sąsiedzi” bije rekordy na platformie Prime, a więc wielo-języcznie coś się tam na Zachodzie dzieje. Ale lud, nawet zachodni, sobie, a władze sobie. Wiadomo – jak u nas.
A co ma Zachód zrobić Zełenskiemu za Wołyń, nawet za UPA? Nie dać broni, ani pieniędzy? Za to? Za pamięć i symbole, obie rzeczy, z których Europa systemowo zrezygnowała? Jakby się miało Ukrainę pogonić, to by się to może i wyciągnęło, ale nie teraz – teraz Ukraina jest szykowana przez Niemcy do wiecznego przedpokoju do Unii, gdzie wszyscy – oprócz Polaków i prostego ludu ukraińskiego – mają skorzystać. I Niemcy, i USA, i korpo. Nawet – uwaga, uwaga! – Rosja. Nie ma się co więc ładować na serio historią, że świat zobaczył i teraz Zełenski będzie się czuł jak niepyszny. I czemu miałby się tu jakoś Zachód stawiać Ukrainie, jak marudzący o historii i grobach śmierci Polacy sami w tym samym czasie drugą ręką podpisują się pod wielomiliardowymi darowiznami dla Kijowa i wysyłają tam swoje rakiety, których wcześniej odmówili samemu Trumpowi w izraelskiej potrzebie? Tak się więc obejdzie do wyborów wątek międzynarodowy w konflikcie polsko-ukraińskim.
PiS ma na po wakacjach poważny problem. Fiasko misji Czarnka pt. odwojowujemy od Brauna naszych pogubionych pokazało, że w partii Kaczyńskiego nie ma pomysłu na samą siebie. Do tego jeszcze felonia Morawieckiego każe już na wakacjach, zamiast odpoczywać, wzmóc działalność programową i wymyśleć się od nowa po staremu.
Trudno więc prowadzić kampanię idąc wąską ścieżką pomiędzy przepaściami. Jedna przepaść to wola prezesa, by się nie przyznawać do jakichkolwiek błędów za czasów PiS-u. Tu wszystko było ok, żeby się ziemia paliła. Ale mamy i drugą przepaść, po drugiej stronie kampanijnej ścieżyny. To wola ludu, również pisowskiego. Od zwycięstwa wyborczego Nawrockiego PiS-owi szło tylko gorzej. Stracił PiS od wtedy co trzeciego wyborcę. A miało być odwrotnie – nawet po wyborach na prezydenta mówiono coś o klęsce Tuska na poziomie wręcz samorozwiązania się rządu. A tu taka niespodzianka: przegrany Tusk zyskał, zaś zwycięski PiS wszedł na równię pochyłą na poziom 20% poparcia. I PiS nie wie co ma zrobić.
Wyraźnie nieudana akcja Czarnka pokazała, że walenie głupa, oskarżając Tuska o procesy, które PiS sam zapoczątkował, to nie jest ulubiony sport Polaków. Bo gdyby PiS po zwycięstwie Nawrockiego stanął w prawdzie, pozwalał na kowid i Putina, ale przede wszystkim, nawet i pozornie, ulokował źródło nowego otwarcia w pałacu prezydenckim, to nie miałby obecnych kłopotów z poparciem, a tym bardziej z kampanią.
Rachunek sumienia i ekspiację za grzechy wtedy trzeba było zrobić, zaraz po zwycięstwie Nawrockiego. Teraz już by było po herbacie, a tu na rok przed wyborami walić się w pierś, to trochę za późno. PiS więc będzie brnął w narrację „Polacy, nic się nie stało!” i fur Deutschland w stosunku do Tuska. Nic więc nowego nas tu nie czeka.
PiS ma gotowe w szufladzie kilkanaście ustaw ratunkowych na przejęcie rządów, ale to nie program do opowiadania, tylko zastopowanie systemowych szkód, a z tego nie ulepi się pozytywnej opowieści kampanijnej. Dla wyborcy wizja, że zatrzyma się krwotok, to żadna opowieść, on chce posłuchać jak będzie leżał z campari, na leżaku pod palmą, jak tylko dobrze zagłosuje. A to oznacza, że PiS może i wie jak zatrzymać konie nad przepaścią, ale nie wie gdzie nimi później powozić, no, chyba, że w kierunku starej drogi z lat 2019-2023, a za tę destynację to PiS-owi wyborcy już raz podziękowali.
PiS-owi grozi narracyjna powtórka z rozrywki, błędów z końcówki poprzedniej kampanii. Będzie znowu atakował swoich jedynych potencjalnych koalicjantów. To już jest jakiś nałóg. Te czas się skończyły, to uchodziło jak się rządziło samemu. Teraz znowu nie mogą się powstrzymać, żeby nie zaatakować Konfederacji, o Koronie nie wspominając. A przecież – co widać było po wyborach na Nawrockiego, jak i po obecnych sondażach – lud po takich atakach nie dość, że nie przepłynie do PiS-u, ale wręcz od niego odpłynie.
Ale widać, że determinacja do powtarzania tych samych błędów jest tam przemożna. Deklaracja Kaczyńskiego o odrzuceniu Brauna jako podmiotu politycznego wcale nie przysporzyła Kaczyńskiemu popularności. Wychodzi na to, że Kaczyński o tym wie, a więc nie robi tego dla swego elektoratu (zwycięstwa?), tylko realizuje czyjeś interesy, choćby i amerykańskiej ambasady, odzianej w talmudyczną czapeczkę amerykańskich interesów w postaci dual-use, przedstawiciela dwóch państw w jednej ambasadorskiej osobie.
Konfy obie
Konfederacja to wielka niewiadoma. Partia dwóch liderów, którzy nie rozmawiają ze sobą dobrze nie wróży. Można tę jedność utrzymywać taktycznie na czas wyborów, ale z perspektywą rozpadu zaraz po wyborach i rozejścia się – uwaga! –może i do dwóch przeciwnych plemion. Oczywiście to zależy od wyniku wyborczego i rachunku konstruowania większości, chyba – tak mówią wszystkie prognozy – na żyletki. Ale o tym wiedzą i wyborcy Konfederacji. Wiedzą, że mogą głosować na partię, która się po wyborach może rozejść w koalicję wcale przez nich, wyborców, nie wymarzoną.
Kampanijnie sprawa jest prosta – będzie przekaz atakujący POPiS, na co argumenty walają się wszędzie. Konfederacja wydała z siebie zalążki programowe, z czym jeździ po kraju, pokazując swoje kompetencje i ludzi, budując struktury, wykorzystując peregrynacje programowe do wzmacniania struktur terenowych. Obie partie plemienne tu przysypiają, okazuje się, że tłuste koty to także opozycja.
Koronie diabeł dzieci kołysze. Właściwie wszystko się dobrze jej składa. Cały mainstream dostarcza argumentów na jej korzyść i dowodzi popisowych więc rozmiarów degeneracji elit. I polityka wewnętrzna, i zewnętrzna to pasmo porażek III RP, uzasadniających podstawowy postulat Korony – trzeba odzyskać niepodległość. Pewnym niuansem będzie dla Korony wskazywanie na Konfederację jako część układu, co przychodzić będzie coraz łatwiej, mimo wyraźnych inklinacji obu liderów Konfederacji – Mentzena i Bosaka – do anty-establishmentowego ekstremizmu. Kolejnym wyzwaniem będzie przed Koroną nie tylko kampanijna narracja, ale brak swoich kanałów komunikacji. W ten sposób obie plemienne, ale i mainstreamowe platformy będą w dużej mierze decydowały które z koronnych narracji przedostaną się do publiki, co może być taktycznym obciążeniem braku zarządzania nie tyle narracją, co jej dystrybucją.
Morawieccy harcerze
No i tu, a jakże w wakacje, bo – jako się rzekło – licho nie śpi, nagle wybuchła afera z odejściem z PiS-u grupy Morawieckiego. Strony obwiniają się nawzajem. Że PiS mówi o felonii, to jasne – takie są, pani kierowniczko nieubłagane prawa natury – jak się do zakonu PC zaczęło wpuszczać z zewnątrz, w celu oczywistego rozszerzenia elektoratu i inkorporacji, nowych liderów, to się ma tego skutki: starzy muszą się posunąć, młodzi, a właściwie nowi się przepychają i nieszczęście gotowe. Albo to nowe zostanie zjedzone przez kooptujący organizm, albo wypchnie on nowych na margines. To normalne procesy i tu objawia się jednocząca i równoważąca rola lidera. Nie wyszło, ale też nie mogło wyjść, bo tego się nie dało poskładać. Feloniści od Morawieckiego na to zwracają uwagę – na zastałość układu i jedyną dynamiczną frakcję w „starym” PiS – ziobrystów – którzy jako młodzi ułożeni ze starymi w PiS-ie namówili ponoć prezesa do pozbycia się Mateuszowych konkurentów.
Ten element, wzmocniony ordynacją według D’Hondta, która faworyzuje duże partie kosztem rozdrobnionych obozów, daje zwiększenie szans na rządy Tuska. Ten korzysta na tym rozbiciu i choć słabnie w sondażach do poziomu twardego elektoratu, to może dostać tym samym szanse przy zielonym stoliku przeliczania głosów na mandaty. Jest to niewątpliwy prezent od losu, zaś złośliwi mówią, że od Morawieckiego, może przyszłego Tuskowego koalicjanta. Zresztą – Morawiecki bardziej może liczyć na stanowisko premiera w koalicji z Tuskiem niż w ewentualnej, trudnej i chwiejnej koalicji prawicy z Braunem włącznie.
To jest oczywiście warunek dylematów po widocznym przekroczeniu progu wyborczego w wysokości 5%. Jeśli Morawiecki, czy lewicowe Razem zbiorą powiedzmy 4,5% to do Sejmu się nie dostaną, zaś ich „zmarnowane” głosy w sumie poprzez metodę D’Hondta będą „doliczone” do puli największych zwycięzców. I nawet jeśli Morawiecki nie dostanie się do Sejmu, to swym startem „podprogowym” może zwiększyć Tuskowi szanse na zwycięstwo.
Ktoś nie śpi, by balować mógł ktoś
Jak widać w polityce nie ma wakacji. Kiedyś to były jakieś sezony ogórkowe, teraz to pieśń przeszłości. Kiedy my tu, obywatele-wyborcy, będziemy się pławić w jakimś wakacyjnym morzu – co jest przywilejem coraz bogatszych -, tu pracowite mróweczki, w klimatyzowanym upale, po salkach konferencyjnych będą mieliły koncepcje i projekty.
Tak na wrzesień. Wtedy wszystko ruszy. Znowu – jak w Boże Narodzenie – zobaczymy jakież to polityczne bombki namalowali nam w wakacje macherzy politycznych narracji, wynajęte swatki, które przyjdą z wódką, by zachwalać nowe zalety starzejącego się absztyfikanta. Znanego nam przecież od dawna, bo mamy takich ze dwóch-trzech na krzyż w tej naszej politycznej wsi. Wsi spokojnej, wsi szczęśliwej.
Eh…., czy to tak a propos, nie nudzi się już państwu?
Jerzy Karwelis