Kowid a Ukraina, czyli apokaliptyczne paralele

4 lipca, wpis nr 1415 dziennikzarazy/kowid-a-ukraina-czyli-apokaliptyczne-paralele
Publicystycznie uruchomiłem się w zasadzie dzięki kowidowi, albo też i przez kowida. Ale to był tylko impuls, iskra, która oświetliła zacienione fragmenty rzeczywistości, pozwoliła zobaczyć mnie, ale i całej świadomej społeczności wyrzutków denialistycznych, w jakim to świecie żyjemy. Po takim fleszu ciężko jest wrócić do starych ustawień – nie da się odzobaczyć raz ujrzanej istoty świata. Ale kowid już odszedł – zajął jego miejsce inny substytut strachu – wojna. Lecz mechanizmy pozostały te same, tyle, że intensywność bodźcowania ludzi strachem zwiększa się, powodując zaistnienie dwóch sprzecznych, lecz przemożnych biegunów ludzkich motywacji – strachu i obojętności. Wielu ląduje przyklejonych do jednego z tych biegunów, ale większość buja się jak opiłki metalu przy zmieniających się polaryzacjach magnesu. Stąd te pozory ruchu – jest nerwowo.
Jeźdźcy Apokalipsy
Stymulowanie strachem, któremu jesteśmy poddani powoduje zatem dwa zmienne ale sprzeczne stany – boimy się, lecz przy przeciążeniu strachem obojętniejemy na te bodźce. A to powoduje, że czasami nie rozróżniamy sygnałów – jesteśmy postrachani czymś nieistniejącym, zaś z drugiej strony możemy przyjąć postawę obojętności wobec realnych zagrożeń. Żyjemy w świecie drugiego jeźdźca Apokalipsy – przeżyliśmy (nie wszyscy) galop jeźdźca Zaraza, dziś jesteśmy wsadzani na siodło jeźdźca Wojna, za nami podążają pozostałe w kolejności: jeździec Głód i Śmierć.
Dziś spróbujemy przyjrzeć się im obu, by poszukać podobieństw, a są one nie tylko intelektualnie ciekawe, ale wskazują na pewną linię zdarzeń i narracji, której jesteśmy poddani. Widać bowiem pewien ciąg postępujący pomiędzy kowidem, a narracją wojenną. Tę ostatnią będę chciał pokazać na przykładzie zmiany, a właściwie przyspieszonej ewolucji naszego stosunku do wojny ukraińskiej. Nie chcę tu wskazywać na Ukrainę jako zarazę, broń Boże, chcę tylko wskazać na podobne procesy, zwłaszcza – jeśli są takie podobieństwa – to domknięcie tematu kowidowego wskazuje nam na prawdopodobne scenariusze domknięcia sprawy Ukrainy. Wydaje się to naciągane, ale tylko z pozoru. Bo zobaczmy:
W przypadku kowida mieliśmy do czynienia z bezwarunkowym narracyjnym namagnesowaniem całej światowej społeczności zagrożeniem pandemicznym, zaś każdy, kto powątpiewał, nawet prywatnie, w pewniki kowidowe był ostracyzmowany. Nie trudno zobaczyć dzisiejsze paralele pomiędzy ówczesnymi antyszczepionkowymi szurami a dzisiejszymi wojennymi onucami. Sanitarystyczny entuzjazm zrozumienia konieczności to przecież wypisz-wymaluj ta sama społeczna figura, jaką widzieliśmy w przypadku wojny i stosunku do Ukrainy. W obu przypadkach odstępstwa od głównego nurtu były nieliczne, karane natychmiast, przy pełnym zrozumieniu „odpowiedzialnej większości”.
Co ciekawe w przypadku kowida można było zauważyć powolną ewolucję, zmiękczanie kiedyś twardych stanowisk. Szury kowidowe zaczęły wyciągać jakieś nieprawomyślne badania, dowody, pojawili się jacyś eksperci, którzy zaludnili nisze mediów społecznościowych. Front sanitarystyczny zaczął topnieć coraz szybciej, zwłaszcza, że i bez dowodów brak logiki dnia codziennego i szastanie się od ściany do ściany władz sprzyjały temu trendowi. Szala społecznego przekonania zaczęła się powoli podnosić z akceptowania sanitaryzmu do jakiegoś poziomu równowagi. Doszliśmy już wtedy do policzalnych poziomów postaw społecznych względem oficjalnej narracji, czego wyrazem był ledwo 50-procentowy udział w szczepieniach i to pierwszej dawki oraz wyraźnej zapaści dalszych serii.
Ukraina w miejsce kowida
Tak samo było z Ukrainą – wcześniej złego słowa nie można było powiedzieć, bo i jak – oni tam walczą, uwidocznił się humanitarny, wcale nie rządowy, solidaryzm na poziomie ludzkim, a więc podstawowym. Ale w to wszystko wdała się zaraz polityka: polska łatwowierna i ukraińska – na początku proszalna (uwaga – nigdy wdzięczna), później zaskakująco wyższościowa i posłannicza. Okazało się, że Ukraina walczy za nas, co dla Polaków jest od razu weryfikowalną ściemą: nikt tu nam, Polakom, nie będzie świecił w oczy prometeizmem. My mamy, kochani Ukraińcy, za sobą ze sto lat bycia Chrystusem narodów, cierpieliśmy za cały świat, wadziliśmy się z królami i papieżami. I robiliśmy to kompletnie w pustkę, za darmoszkę, nie tak jak teraz wy – wyciągając rękę po zapłatę za realizację swojego posłannictwa. Tak że nie z nami te numery.
Ważne jest, że społeczność za kowida przeszła od zawierzenia do trudnego obudzenia się w prawdzie. Tak samo mamy z Ukrainą. Ważne jest też, że pokowidowe resentymenty są bardziej zaawansowane, można więc na ich podstawie przewidzieć co się stanie społecznie z tzw. sprawą ukraińską. Cóż się stało z ludźmi po kowidzie? Ano – poszło to w różne strony: jedni, przebudzeni, już nie zapomną, ale tych, jak to na świecie, jest nie tak dużo, choć – co optymistyczne, ich grono wzrosło, bo kowid był nie tylko testem na inteligencję, ale też i budzikiem, który dał szansę tym, co byli gotowi się wybudzić. Potrzebowali tylko wstrząśnięcia, którym był kowidowy reset. Ale to nie jest większość – większość poszła w zapomnienie. Powód tego aktu jest prosty – wielu z nas pogrzeszyło konformizmem, a to ciężki temat do powracania i przypominania sobie jak łatwo nam narażać integralność naszej tożsamości pod byle ciśnieniem. Dla wielu, zauważcie, temat kowida jest wyparty, albo wypierany, jak okres błędów młodości, z których nie narodził się dorosły człowiek, ale tylko jego gorzka świadomość własnych ograniczeń i słabości.
To samo z tematem ukraińskim, widać już pierwsze jaskółki – nuworyszowski zapał kiedyś bezwzględnych ukrainofili, którzy się nagle nawrócili na ukrainofobów, nadrabiając gorliwością swe przewiny, kiedy ścigali innych wtedy wątpiących za onucyzm. Tu też mamy wyparcie własnych, dziś niespecjalnie modnych, postaw. Co ciekawe, te postawy mają swoje odzwierciedlenie w polityce i to nie dlatego, że idą z dołu do góry. Nie. U nas polityka, a właściwie postpolityka działają odwrotnie: sfera polityczna ogląda społeczeństwo przez lupę badań i łowi trendy. Jedne, korzystne dla którejś z wybranych przez partie grup politycznych konsumentów, wzmacnia, inne osłabia lub atakuje.
Strach spaja POPiS
I popatrzmy – za kowida mieliśmy w tak manichejsko dwubiegunowej Polsce cud pandemicznego porozumienia ponad podziałami. Ba, nawet się licytowano – kto bardziej. Dwa wojujące obozy ścigały się w oskarżeniach o procent krwi na rękach, co w przypadku rządzącego w pandemii PiS-u było słabym jednak uzasadnieniem, dziś czasami przywoływanym, dla tego, że wstydliwy dziś zamordyzm był wynikiem reakcji na to, że Tusk dyszał nad uchem publiczności wskazując, że Kaczyński za mało się stara, z czego ludzie umierają po szpitalach i domach, zaś niezaszczepione tabuny dzieci szwendają się po świecie zakażając śmiertelnie niewinnych staruszków – podstawową grupę wyborców bezkompromisowych monopolistów na patriotyzm.
Czyż nie to samo mamy z wojną i Ukrainą? Wojna zastała nas w rozkroku zmiany władzy, ale w tej kwestii nic się nie zmieniło. Jak za kowida – zgoda ponad podziałami. Ba tam zgoda! Znowu – licytacja kto bardziej spoleruje Ukrainie. Padały przecież zarzuty w obie strony, licytowano się przecież z kim bardziej przytula się Zełenski – z pisowskim Dudą, czy pełowskim Tuskiem. Tu mamy jednak sporą różnicę – w przypadku Ukrainy z tego dyszla wyprzągł się ostatnio PiS. Z opisywaną tu nadgorliwością niegdysiejszego grzesznika w temacie. Ten żenujący powrót do prawdy syna marnotrawnego to jednak wyłom. Widać, że PiS chyba jednak poczytał prawdziwe badania, z których od dawna wynikało, że Polacy mają coraz bardziej dość tego cyrku ze służeniem Ukrainie i wyciągnięto z tego wnioski. Po prostu Kaczyński dopisał Ukrainę do całej listy zjadanych żab, czyli walenia głupa, że tematy, z którymi walczy PiS, to wcale nie PiS sprokurował. Obok wszystkich tym kamieni milowych, klimatycznych szaleństw, nadskakiwania Unii, co do których PiS udaje, że to nie on (tylko kto?) pojawił się po prostu bezwstydnie wątek ukraiński. Nastąpiło tu przełożenie wajchy, czego dowodem są wielkie dylematy redaktora telewizji Republika, pana Sakiewicza, który teraz biedaczek nie tyle musi połknąć żabę swoich wcześniejszych bezwzględnie egzekwowanych fascynacji Ukrainą, ale musi połknąć medal, który za swoją działalność otrzymał od Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa. Redaktor najpewniej pierwszy by go zwrócił do Kijowa, ale taki akt ujawniłby publicznie tego rodzaju casus pascudeus.
Ukraina dzieli
Tak jak politycznie temat kowida do dziś jest trzymany przez wojujące plemiona jako temat, do którego się nie wraca, tak kwestia Ukrainy podzieliła dwa bloki, do tej pory złączone cichym, acz ostentacyjnym porozumieniem. Co każe nam zwrócić się ku mediom i popatrzeć jak funkcjonowały w obu przypadkach. Za czasów kowidowych dęły przecież w jedną dudę – licytowanie się na sanitaryzm. Po uznaniu dogmatu pandemicznego pozostał już tylko wyścig kto bardziej się stara. A wyścig ten odbył się po bieżni strachu. To samo było w przypadku Ukrainy – też straszono na wyścigi jak to bardzo nam grozi Putin i jakąż to tarczą przed tym zagrożeniem jest Ukraina. Obecna wolta PiS medialnie objawia się na rozwarstwieniu w tym momencie. W optyce PiS-u Ukraina nas chroni dalej, Putin jest nawet jeszcze gorszy niż był, ale jedno jest pewne – w kwestii wdzięczności Ukraińcy okazali się przykrą niespodzianką. A więc konflikt z Ukrainą jest sprowadzany przez PiS tylko do wymiaru symbolicznego. Cała reszta się popisowo zgadza.
Ale Tuskowi nawet to nie wystarcza – atakuje PiS, a właściwie Kaczyńskiego zastępczego, czyli prezydenta, za to, że swymi działaniami o głupie symbole naraził nasze stosunki z Ukraińcami. Tak jakby nasze stosunki z Ukrainą nie polegały jedynie na jednostronnym przepływie świadczeń od strony „sług Ukrainy”. No bo co możemy stracić, co nam może Ukraina zabrać? No, wizerunek, ale to nie kwestia działań Ukrainy, tylko bezradności w budowaniu narracyjnej odporności polskich władz, która jest zerowa.
Co, nie dadzą nam zarobić na kontraktach przy odbudowie? Ale z tym jest już po zabawie od dawna, lata przed kompromitująca konferencją w Gdańsku. Od dawna nasza rola miała się skończyć w tym obszarze na prostym podwykonawstwie i logistyce. I dobrze, bo na tyle nas stać. Zarobimy, ale – jak nam zapłacą. Bo przy budowie polskich autostrad zarobiły zagraniczne koncerny, zaś niekoniecznie polscy podwykonawcy. Ukraina może nam też narobić kuku w sensie politycznym, ale tylko przez dealowanie się z Niemcami, co czyniła i czyni od dawna, przy zerowej reakcji każdej z wymieniających się ekip władców Polski. Może więc nam Ukraina naskoczyć, zaś tam gdzie może nam narobić kłopotów i tak jesteśmy bezradni. Nie mamy więc w tej wymianie żadnej równowagi – my możemy Ukrainie zaszkodzić w zamian bardziej. Tylko czy będziemy chcieli? Tu akurat – znowu – wszystkie plemiona są zgodne: o pamięć możemy się spierać (to PiS), ale wspieramy i wspierać będziemy we wszystkim innym (tu wszystkie partie mainstreamu).
Putin dobry na wszystko, Duda zły
Elementem łączącym obie epoki – kowidową i wojenno-ukraińską – jest element putinowski. Putin był i jest dobry na wszystko. Należy przypomnieć putinowską, a właściwie onucową narrację w pandemii. Szło to jakoś tak – Putin chce osłabić Polskę głównie poprzez osłabienie jej kapitału ludzkiego, który ma wyniszczyć śmiertelny wirus. Każdy więc kto powątpiewa w kowidowe dogmaty to świadomy lub naiwny poplecznik Kremla. Mieliśmy więc po stronie pandemicznych kontestatorów szaloną mieszaninę dogmatycznego foliarstwa połączoną ze stymulowanym przez Kreml szkodzeniem kondycji narodowej w postaci uśmiercania antypandemiczną dezynwolturą.
Reuctio at Putinum w przypadku wojny było już oczywistością. Tu nie trzeba było nic naciągać – Putin dybie i już. Tak jak w przypadku kowida licytowano się kto bardziej, tak przy wojnie ukraińskiej zaczęto naprzemiennie wyławiać ruskich szpiegów po każdej z plemiennych stron. Do tego doszła już wyższa faza onucyzmu, czyli mniej lub bardziej świadomi poplecznicy sprawy putinowskiej, których nie tylko tropiono, ale i eliminowano pałą ostracyzmu, i to w wykonaniu obu medialnych obozów. I dziś w sprawie Ukrainy (z wyjątkiem wątku symbolicznego w przypadku mediów pisowskich) narracyjne instrumenty nastrojone są wysoko i grają w jednej orkiestrze. Pała onucyzmu jest wyciągana przez oba plemiona za każdym razem kiedy ktoś wychodzi z nowej bańki symbolicznych niesnasek. Każdy kto zająknie się na temat skutków dla Polski ukraińskiej akcesji do Unii, powątpiewa w zbawczą rolę Ukrainy w nowej architekturze bezpieczeństwa w naszym regionie jest natychmiast medialnie i politycznie odziewany w ruskie onuce i wyganiany – nie wiadomo dlaczego – akurat na Białoruś. Toczka w toczkę (ups, rusycyzm, wydało się…), tak samo było za kowida – wtedy każdy wyrywny z badaniami w ręku, który kwestionował pandemiczne dogmaty był chrzczony onucą i – znowu – wyganiany na Białoruś, do zbiegłego sędziego Szmydta.
Ciekawą figurą, która spina te dwie epoki była postać prezydenta Dudy. W przypadku pandemii prezydent lawirował, choć jednak przeprowadzenie wyborów w trakcie śmiertelnej pandemii samo z siebie dowodziło narracyjnych tylko wymiarów zarazy. W przypadku wątku ukraińskiego mieliśmy do czynienia z już chorobliwą fascynacją. Myślę, że polegającą na kalkulacji, by w drugiej, czyli ostatnie kadencji, Duda wybudował się „na temacie” międzynarodowo. Jednak świat nie uznaje za wysokie kompetencji politycznych akwizytorów spraw obcych, jakim stał się prezydent Duda. Trzeba sobie przypomnieć, że w ten sam sposób chciał zrobić karierę prezydent Kwaśniewski, z takim samym skutkiem. Teraz, po całym załamaniu się oficjalnej fascynacji narodowej sprawą ukraińską Duda jest w tak smutnej pozycji, że aż byłoby mi szkoda, jeśli bym kiedykolwiek miał żałować jakiegoś polityka. Jest to jednak upostaciowienie pozycji i sytuacji Polski, której nie stać na realizacje nawet błędnej polityki racji stanu, gdyż jej państwo polskie nie posiada. Jedyne co ma, to robienie na złość plemieniu przeciwnemu, nawet kosztem pozycji Polski oraz prywatyzacja racji stanu w formułę indywidualnych karier.
Szury jako brat syna marnotrawnego
I na koniec my – szury. Tak, gdyż nie tylko narracyjnie, ale i indywidualnie i zbiorowo foliarze kowidowi w dniu 24 lutego 2022 roku zostali zapisani do onuc putinowskich. Przypomniała mi o tym mała dyskusja na profilu u pewnego klimatysty, który pewnie z powodu spadku zainteresowania publiki klimatyzmem, zabrał się za geopolityczne wynurzenia. Tam wypomniano mi, że z Ukrainą nie mam racji, gdyż byłem… przeciwny dogmatom pandemicznym. Jestem więc, tak jak i całe rzesze mych pobratymców w foliarstwie, na wieki wykluczony z dyskursu, jako wierzący w płaskość ziemi i skuteczność egzorcyzmów za pomocą salcesonu. W obu przypadkach – kowida i Ukrainy – my, czyli ci, którzy od początku stali przy trudnej prawdzie, ganiani przez większość, z radością – i za kowida, i teraz – widzimy powroty synów marnotrawnych. Uśmiechamy się tylko pod wąsem z tego ich zaangażowania, jakby chcieli odpokutować swe – dzisiaj źle oceniane – uczynki z przeszłości swego zaczadzenia. I tylko szczególnie odporni z nas – szurów – są w stanie tolerować pouczanie nas przez nowo nawróconych, że wszystko było jasne od początku. To zabawne, kiedy taki „nowy w klasie” z wypiekami na twarzy powtarza jako swoje prawdy, za które już parę lat temu garbowano nam skórę. Ale cóż – taka jest poetyka ojca syna marnotrawnego. Za to sytuacja brata syna marnotrawnego jest wciąż biblijnie najtrudniejsza.
Obie te epoki – kowidowa i wojenna –, następujące po sobie są rozdziałami tej samej książki. Akcja się rozwija, zbliżamy się do zakończenia. Obawiam się, że nie dowiemy się kto zabił. Za rozdziałami Zaraza i Wojna widać już cień kolejnych jeźdźców Apokalipsy: Głodu i Śmierci. Wciąż jest nam czytana ta księga, ale to nie my obracamy te kartki. Nawet nie wiadomo czy możemy to zatrzymać.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.