Jednym sensownym wyjściem jest Polexit

Rozmowa z Tomaszem Cukiernikiem myslpolska

Opublikował pan książkę „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”. No właśnie, jaki to bilans, bo polska opinia publiczna w ogromnej większości jest przekonana o samych dobrodziejstwach naszego członkostwa.

– Politycy i niedouczeni dziennikarze jako bilans członkostwa Polski w Unii Europejskiej przedstawiają z jednej strony wszystkie dotacje unijne, jakie otrzymała Polska, a z drugiej strony polską składkę. Przez te 20 lat wychodzi mniej więcej tak, jakby Polska wpłaciła 1 zł, a otrzymała 3 zł. Niestety jest to tylko jeden z możliwych bilansów i na dodatek mający niewielkie znaczenie. Saldo dotacji i składki w skali wieloletniej to zaledwie 2 proc. polskiego PKB. Nie są to pieniądze, które mogłyby mieć istotne znaczenie dla rozwoju gospodarczego. Co więcej, są to pieniądze szkodliwe z różnych powodów. Po pierwsze, generują dodatkowe niepotrzebne koszty zarówno w trakcie wydawanie tych pieniędzy, jak i późniejszego utrzymywania wybudowanych obiektów. Po drugie, są rodzajem szkodliwego interwencjonizmu państwowego, zgodnie z fałszywą zasadą, że urzędnik wie lepiej od właściciela, na co wydać jego pieniądze. Po trzecie, służą do szantażu ze strony Komisji Europejskiej, co było niejednokrotnie widać w przypadku i rządu PiS, i rządu Wiktora Orbana. Natomiast w mojej książce przedstawiam cały szereg bilansów dotyczących różnych dziedzin gospodarki, finansów publicznych czy emigracji: saldo wymiany towarowej i usług, saldo inwestycji, kwestia uzależnienia od kapitału zagranicznego i transferów pieniędzy za granicę przez zagraniczne koncerny czy straty związane z emigracją Polaków. Jednak najważniejszy jest bilans, który z jednej strony pokazuje korzyści płynące dla Polski ze wspólnego rynku, a z drugiej – straty związane z koniecznością wdrażania unijnych regulacji.

A czy może jest tak, że są jakieś korzyści naszego członkostwa w pierwszych powiedzmy 10-15 latach, ale teraz ten czas się kończy w związku z tym, że UE stała się już de facto biurokratycznym molochem, pętającym inicjatywę i wolność?

– Unia Europejska była biurokratycznym molochem już w roku 2004, kiedy do niej wstępowaliśmy. Ale rzeczywiście w miarę stopniowej coraz większej ingerencji Brukseli w gospodarkę poprzez coraz to nowsze i coraz bardziej absurdalne strategie, plany i regulacje sytuacja z roku na rok się pogarsza. Takim bardzo szkodliwym przykładem jest wprowadzenie ETS, czyli obowiązkowego zakupu pozwoleń do misji dwutlenku węgla. Natomiast do skokowego pogorszenia się sytuacji dojdzie w miarę wdrażania – pod urojonym pretekstem klimatycznym – skrajnie szkodliwej polityki Europejskiego Zielonego Ładu. W tym momencie możemy być pewni, że zyski z członkostwa są mniejsze niż korzyści. Mam na myśli zyski finansowe, ale do tego dochodzą jeszcze sprawy, których tak łatwo nie da się policzyć – dotyczące utraty wolności wyboru i ogólnie wolności. Chodzi o te wszystkie regulacje Zielonego Ładu zakazujące samochodów spalinowych (sam ten przepis mógłby być wystarczającym pretekstem Polexitu), kotłów na paliwa kopalne, kuchenek gazowych, zmuszające do niepotrzebnych remontów niemal wszystkich domów. A czekają nas jeszcze klimatyczne podatki od samochodów, od rolnictwa czy od ogrzewania domów – tzw. ETS 2.

Skąd, według pana, bierze się skrajny dogmatyzm Brukseli w kwestii tzw. zielonej rewolucji. Przecież już na pierwszy rzut oka jest to szaleństwo. Jeśli tak, to skąd ta determinacja?

– Trzeba sobie zdać sprawę z faktu, że politycy, którzy są na świeczniku – i ci w Unii Europejskiej, i ci w krajach członkowskich – to zwykłe kukiełki. Robią to, co im suflują – poprzez lobbystów i korupcję – prawdziwi władcy. W mojej książce wyróżniłem cztery grupy, które naprawdę rządzą Unią Europejską. Po pierwsze, koncerny międzynarodowe, farmaceutyczne, chemiczne czy przemysłu spożywczego itd. Po drugie, międzynarodowe instytucje finansowe, które pod pretekstem walki z terroryzmem doprowadzają do coraz większej inwigilacji praworządnych obywateli czy do ograniczenia wolności dysponowania gotówką. Po trzecie, są to służby specjalne poważnych państw unijnych, jak Niemcy czy Francja, działające konkretnie na korzyść swoich krajów. Po czwarte, służby specjalne poważnych państw pozaunijnych, jak Rosja, USA, Chiny, Izrael, a nawet państwa arabskie. W efekcie wewnątrz Unii Europejskiej dochodzi do kotłowania się lobbystów z eurokratami – każdy przeciąga linę na swoją stronę i próbuje coś ugrać dla swoich mocodawców. Jesteśmy świadkami przepychanek i bezpardonowej walki pomiędzy tymi grupami interesu. Działania tych wszystkich sił przenikają się w unijnej polityce, a ponieważ ich interesy niejednokrotnie są sprzeczne, to często unijne regulacje również są ze sobą sprzeczne. Na przykład najpierw jednym przepisem zmusza się ludzi do instalacji pomp ciepła, a zaraz potem drugim przepisem chce się zakazać gazów fluorowanych, bez których pompa ciepła nie może działać. I tu nie chodzi o żaden dogmatyzm, tylko o grube interesy, takie jak handel dwutlenkiem węgla w atmosferze, które załatwiane są pod wygodnym pretekstem klimatyzmu, co udało się ludziom wmówić wieloletnią propagandą i ci w końcu w to uwierzyli.

Obecnie ok. 20 proc. Polaków byłoby skłonne uznać wyjście z UE za dobre dla Polski. Czy to dużo, czy mało?

– Moim zdaniem to bardzo mało, ale jest to efekt tej właśnie wieloletniej propagandy wtłaczanej w mózgi ludzi dzień w dzień przez już jakieś 30 lat. Jeszcze w latach 90. przepaść w dobrobycie pomiędzy Europą Zachodnią a Polską była tak wielka, że niemal wszyscy chcieli, żeby i u nas było jak na Zachodzie. Propaganda przedreferendalna utwierdziła Polaków w przekonaniu, że wkrótce – za 10, a maksymalnie za 15 lat – po tym jak wejdziemy do Unii, będziemy tak bogaci jak oni. A jak jeszcze sypną dotacyjnym groszem, to w ogóle od razu będzie raj. Nic takiego oczywiście się nie stało – w 2021 roku eksperci Warsaw Enterprise Institute przewidywali, że Polska może dogonić Niemców już za… 34 lata, a wzrost dobrobytu w Polsce nie zawdzięczamy unijnym dotacjom ani tym bardziej regulacjom, a wyłącznie ciężkiej pracy Polaków. W pewnym stopniu z pewnością pomógł w tym dostęp dla polskich firm do wspólnego rynku. Propaganda rządu Leszka Millera stręczyła Polakom UE też tym, że po anszlusie będą mogli pracować na dobrobyt zachodnich społeczeństw. Tak się niestety stało. Do pracy wyjechało ponad 2 miliony Polaków, którzy zamiast budować bogactwo Polski, pracują na dobrobyt obcych.

Natomiast odtrutką na te wszystkie „działania informacyjne” i inne kłamstwa ze strony polskich i unijnych polityków i urzędników oraz jej apologetów ma być kampania AkcjaEwakuacjaZeu, której celem jest doprowadzenie w ciągu pięciu lat do zmniejszenia poparcia Polaków dla Unii z ok. 80 proc. do nie więcej niż 50 proc. A moja książka daje konkretne argumenty, by móc przekonać niezdecydowanych do tego, że Unia Europejska prowadzi nas na skraj przepaści finansowej, odbierze nam wolność i jakiś tam dobrobyt, który sami wypracowaliśmy przez te trzy i pół dekady, które minęły od tzw. transformacji ustrojowej. Na ulicach widzimy, że zrozumieli to już rolnicy, którzy swojego protestu nie skierowali przeciwko polskiemu rządowi, a Unii Europejskiej i jej Zielonemu Ładowi. Dodam, że w mojej książce analizuję i porównuję sytuację rolników przed członkostwem i teraz. Na przykład żeby kupić ciągnik, w 2004 roku rolnik musiał sprzedać 13,2 ton świń, a w 2022 roku – już 48,7 ton świń! Oznacza to wzrost ceny o 269 proc.! Nie inaczej jest w przypadku mleka. Żeby kupić ciągnik, w 2004 roku rolnik musiał sprzedać 63,6 tys. litrów mleka, a w 2022 roku – już 142 tys. litrów mleka, czyli 123 proc. więcej. Pamiętajmy, że to rolnicy dostali najwięcej dopłat z Brukseli i według propagandy to oni mieli być tym największym wygranym członkostwa Polski w Unii. A tymczasem skutek jest opłakany. Liczba gospodarstw rolnych spada w zastraszającym tempie, a z danych GUS wynika, że udział wartości dodanej brutto rolnictwa w PKB Polski spadł z 3,3 proc. w 2004 roku do 2,8 proc. w 2022 roku.

Czy według pana zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego mogą być przełomowe, czy jest szansa na odsunięcie ekipy Ursuli von der Leyen i zmianę polityki Komisji Europejskiej? I co może się stać, jeśli do tego nie dojdzie?

– Uważam, że wybory do Parlamentu Europejskiego nic zasadniczego nie zmienią. Tak jak powiedziałem, eurokraci są wyłącznie kukiełkami. Unia Europejska konsekwentnie i metodycznie idzie w kierunku budowy scentralizowanego superpaństwa i żadne wybory nie spowodują, że coś się w tej kwestii zmieni. Nie będzie Ursuli von der Leyen, to będzie inny Timmermans, Van Rompuy albo jeszcze ktoś inny, kto konsekwentnie będzie wdrażał tę samą politykę niemieckiego walca. Według wyliczeń francuskiego Institutu Rousseau na osiągnięcie tzw. neutralności klimatycznej Polska do 2050 roku ma marnować 13,6 proc. PKB rocznie. To 2,4 biliona euro, czyli ponad 10 bilionów złotych. Kwota ta jest niemal dziesięć razy wyższa niż wartość wszystkich unijnych dotacji dla Polski, które przez całe 20 lat wyniosły nieco ponad 1 bilion złotych! Polska nie może nie wdrażać Zielonego Ładu, a za nieposłuszeństwo w tej kwestii grożą olbrzymie kary finansowe od TSUE. Dlatego jeśli mielibyśmy przestać marnować gigantyczne zasoby na Europejski Zielony Ład, doprowadzając do likwidacji wielu firm, a całe rzesze Polaków do ubóstwa, o zamachu na naszą wolność nie wspominając, jedynym rozwiązaniem jest Polexit.

Rozmawiał: Jan Engelgard

Książka Tomasza Cukiernika „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa” jest do nabycia w księgarni internetowej www.tomaszcukiernik.pl

Myśl Polska, nr 13-14 (24-31.03.2024)