CPN 2.0, czyli pytania o protezę
Stało się. Po wielokrotnie pomnażanych w mediach społecznościowych apelach rząd Donalda Tuska zdecydował się na powtórne zastosowanie protezy blokującej wzrost cen paliw, czyli programu Ceny Paliwa Niżej.
CPN 2.0 ma potrwać kilkanaście dni, co samo w sobie jest już kpiną, bo przecież przyczyny wysokich cen paliw nie ustaną wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Będą trwały, gdy zaczniemy wozić nasze dzieci do szkoły. Do tego tym razem rząd zdecydował się jedynie na obniżkę VAT, nie ruszając akcyzy, a to oznacza, że od wczoraj płacimy za paliwa wprawdzie o złotówkę mniej, ale są to ceny nadal horrendalne, pomimo ustanowienia ich górnego limitu.
Niekorzystne porównanie
Oczywiście, to wszystko wielomiliardowe koszty dla budżetu i wzrost jego deficytu. Gdy cztery lata temu poprzedni rząd wprowadzał program Tarczy Antyinflacyjnej, w szeregach ówczesnej opozycji z Koalicji Obywatelskiej podniósł się rejwach, że ekipa Mateusza Morawieckiego napędza inflację. Przypomnijmy, że w 2022 roku rząd zwolnił z podatku VAT artykuły spożywcze, zmniejszył stawkę VAT na paliwa z 23% do 8%, zredukował do minimum akceptowanego przez Unię Europejską podatek akcyzowy na paliwa. Do tego zdecydowano się na dotacje w wysokości 3000 złotych dla gospodarstw domowych używających pieców węglowych oraz zamrożono taryfy na energię elektryczną. Dzięki temu w 2022 roku w kieszeniach Polaków zostało 37 mld złotych, czyli połowa budżetu przeznaczanego na obronę narodową.
Złe wieści
Tymczasem CPN 2.0 to proteza, po której krótkotrwałym zastosowaniu będziemy mieli powrót z rozrywki. Ceny poszybują za kilkanaście dni znów w górę. Powrót z wakacji będzie dla Polaków niezwykle bolesny. Dlaczego? Bo realnie państwo polskie nie ma już pieniędzy. Nie powtórzy rozwiązań z 2022 roku, gdyż znalazło się w kryzysie, jak cała Europa. To kryzys, o którym media i politycy głównego nurtu wolą nie mówić. Ale od tego, że się go nie zauważa, z pewnością on nie minie. I premier Tusk boi się przy tym pewnych, narzucających się w sposób oczywisty pytań. Nikt przecież nie lubi być posłańcem złych wieści.
A wieści są jednoznaczne: mamy porażkę na trzech frontach jednocześnie. Mamy trzy deficyty: energetyczny, budżetowy i handlowy. Informuje o tym nie złośliwa opozycja, lecz analitycy międzynarodowi, na przykład w raporcie Allianz Trade. To właśnie jego eksperci wpisali Polskę na listę 11 najbardziej narażonych na kryzys w związku z blokadą Cieśniny Ormuz krajów świata. Wyliczyli spowolnienie wzrostu gospodarczego o 0,2 do 0,4 punkt procentowego, wzrost inflacji o 1,5 do 3,5% punktów procentowych, a do tego przekroczenie progu nadmiernego deficytu budżetowego dopuszczalnego w Unii Europejskiej. Czym zajmuje się Allianz Trade? To ubezpieczeniowy gigant, z którego usług korzystają również polskie firmy. Jego zadaniem jest zatem właściwą ocena ryzyka, bo to właśnie od niej zależą stawki ubezpieczeniowe, na przykład w przypadku ubezpieczanych transakcji handlowych. Analitycy takich korporacji muszą zatem dobrze liczyć pieniądze.
Front energetyczny
W 2025 roku Polska zapłaciła za surowce energetyczne i paliwo około 104 mld złotych, w tym 51 mld dolarów za ropę naftową i 30 mld złotych za gaz oraz 0,8 mld złotych za węgiel. W ciągu niecałej dekady zależność Polski od importu surowców energetycznych wzrosła z 29% (2014) do 46% (2024). Przy czym nie ma tu mowy o żadnej dywersyfikacji – uzależniliśmy się od kilku kierunków dostaw. Ponad połowa ropy naftowej pochodzi z Arabii Saudyjskiej, która od maja wprowadziła swoistą dodatkową marżę „wojenną” w wysokości 27 dolarów za baryłkę Brent.
Saudyjski gigant Saudi Aramco w 2022 roku podpisał z Orlenem umowę na dostawy około 45% (400 tys. baryłek na dobę) zapotrzebowania należących do niego rafinerii. Jednocześnie Saudyjczycy wykupili 30% udziałów w Rafinerii Gdańskiej. 75% gazu skroplonego pochodzi natomiast ze Stanów Zjednoczonych. Terminal LNG w Świnoujściu przyjął w ubiegłym roku 81 transportów gazu skroplonego, z czego 62 to gaz od amerykańskich korporacji. Drugim dostawcą LNG do Polski jest natomiast Katar. Z uwagi na wojnę w Zatoce Perskiej i blokadę Cieśniny Ormuz katarski surowiec nie dociera do Europy od 16 lipca i zapewne zawieszenie transportów obowiązywać będzie przynajmniej do końca września.
Front handlowy
Kryzys dodatkowo pogłębia osłabianie się naszej waluty. Wyraźny spadek złotego miał miejsce w lipcu. Złożyły się na niego różne przyczyny, ale przede wszystkim sytuacja geopolityczna zwiększająca ryzyko deficytu z pierwszego wspomnianego frontu, czyli energetycznego. Poza tym doszły do tego zapowiadane ruchy Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej. Mają one polegać na zmniejszeniu stóp procentowych w sytuacji, w której banki centralne UE oraz Stanów Zjednoczonych (złoty uzależniony jest od kondycji dolara i euro) zmierzają w odwrotnym kierunku. „W ostatnich tygodniach złoty pozostawał pod presją rosnących oczekiwań na obniżki stóp NBP, przy jednoczesnym utrzymywaniu się wycen zacieśniania polityki pieniężnej przez EBC i Fed. Zawężenie oczekiwanego dyferencjału stóp ograniczało atrakcyjność PLN w strategiach carry trade. Dodatkowo w ostatnich dniach krajowej walucie ciążyły pogorszenie sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie i towarzyszący mu wzrost awersji do ryzyka oraz wyższe ceny ropy” – napisał niedawno analityk banku PKO BP Andrzej Kiedrowicz. Tani złoty byłby błogosławieństwem dla polskich eksporterów, gdyby nie fakt, że ich działalność uzależniona jest od cen importowanych surowców.
Front budżetowy
Deficyt budżetowy na ten i przyszły rok zakłada się na poziomie 6,8% PKB. To właśnie ta dziura budżetowa pozwalała na dotowanie cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i odbiorców indywidualnych, a także wspomniany program CPN i najnowszy CPN 2.0, o którym wyżej wspomniano. Ceny prądu elektrycznego nadal mamy nieco niższe od tych w Niemczech czy Włoszech, ale to dzięki generacji prądu z węgla kamiennego. Ta jest jednak – zgodnie z żądaniami Brukseli – całkowicie likwidowana (najnowszym przykładem jest właśnie dokonywane wygaszenie bloków węglowych Zespołu Elektrowni Dolna Odra).
Zamknięty krąg
Czy rząd w jakikolwiek sposób rozwiązuje wspomniane, splecione ze sobą wzajemnie problemy na owych trzech frontach? W zasadzie je dodatkowo pogłębia. Deficyt energetyczny pogłębia deficyt handlowy, subsydiowanie paliw i energii elektrycznej – pogarsza sytuację budżetową, zaś słabnąca waluta jeszcze bardziej nakręca tendencję inflacyjną. Można w tej sytuacji podnieść tylko podatki. Zwiększono podatek CIT dla banków z 19% do 30%, ale już na podwyższenie o 15% akcyzy na alkohol nie zgodził się prezydent, wetując proponowane przepisy.
Pieniędzy z Brukseli żadnych nie dostaniemy, bo już teraz uruchomiono wobec Polski procedurę nadmiernego deficytu i UE żąda od nas działań na rzecz konsolidacji budżetu. W marcu 2023 roku, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, które dały obecnej koalicji władzę, Tusk stwierdził w jednym z wywiadów: „dzisiaj najdroższym klientem socjalnym władzy jest ta władza… po raz pierwszy od 1989 roku mamy władzę, która wydaje na siebie tyle pieniędzy, że ma to wpływ na procesy makroekonomiczne, takie jak inflacja”. Niewiele się pod tym względem pod jego rządami zmieniło.
Pytanie o dotrzymywanie słowa
Od 1 kwietnia 2024 roku obecny rząd zrezygnował z zerowej stawki podatku VAT na podstawowe produkty żywnościowe. Gdy kilka tygodni wcześniej Donald Tusk informował na konferencji prasowej, że żywność obciążona będzie VATem na poziomie 5%, zaznaczył: „możemy wrócić w każdej chwili do stawki zerowej, jeśli będą powody do takiego rozwiązania”. W ciągu roku paliwa zdrożały o około 16%. Za wzrostem ich cen idą również wzrosty cen artykułów spożywczych. Na co zatem czeka polski rząd? Czy nie zaistniały okoliczności, które uzasadniają spełnienie przez Donalda Tuska jego obietnicy sprzed ponad dwóch lat?
Rzeczywistość a obietnice
Zamiast deklaracji trzymania cen i kosztów życia nas wszystkich w ryzach mamy krzyczące fakty. W ciągu roku paliwa podrożały o 15,8%, a tylko w ciągu kilku tygodni lipca aż o 13,9%. Rząd jeszcze niedawno szczycił się niską inflacją, podkreślając w grudniu ubiegłego roku, że jej wzrost wyhamowano do zaledwie 2,4%. Latem tego roku wróciła ona do 3%, zaś analitycy finansowi spodziewają się, że pod koniec roku powróci do wskaźników na poziomie 3,5-4%. Jej motorem napędowym będą rosnące ceny żywności, a te z kolei to przede wszystkim efekt szalejącej drożyzny na rynku paliwowym (cena każdego produktu to przecież również koszty logistyki, przede wszystkim oparte na cenie oleju napędowego), ale także kryzysu na rynku nawozowym oraz niskiego tegorocznego urodzaju. Zresztą wspomniane nawozy mają te same źródła kryzysu co i paliwa; około 30% światowego eksportu nawozów sztucznych trafia na rynki przez Cieśninę Ormuz. Natomiast produkcja własnych nawozów azotowych uzależniona jest od cen importowanego gazu.
Dlaczego nie będzie taniej
Wbrew obietnicom, na pomoc ze strony rządu liczyć nie możemy. Państwo wyczerpało swe możliwości finansowe w ciągu ostatnich kilku lat i dodatkowo wpadło w niebezpieczną spiralę zadłużenia. Każda interwencja to (rządowi politycy mają rację) miliardy złotych mniej, czyli jeszcze większy deficyt. Polski już na to nie stać. Rząd milczy na temat ewentualnych pomysłów ulżenia doli zwykłych obywateli, bo tych pomysłów już najzwyczajniej w świecie nie ma. Wybory w przyszłym roku, więc pewnie jeszcze będziemy mieli do czynienia z zastosowaniem kilku krótkotrwałych protez w rodzaju CPN 2.0. Ale chwile wytchnienia to nic w porównaniu z zapaścią finansową, jaka czeka większość polskich rodzin. Lepiej już było. Teraz czas, by było coraz gorzej. To konsekwencje lat błędnej polityki i fałszywych paradygmatów.
Mateusz Piskorski