Memiczny rząd Donalda Tuska
29.10.2026 Adam Wielomski nczas/memiczny-rzad-donalda-tuska

Podobnie jak cała Polska dowiedziałem się ostatnio, że służby prowadzą akcję w związku z zagrożeniem życia premiera Donalda Tuska i szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza. Domniemany sprawca został sprawnie ujęty. W jego domu znaleziono… kuszę ze strzałami (bełtami), domowej roboty materiał wybuchowy, a jego „siatka” ma liczyć w sumie kilkaset osób.
Sprawa wyglądała początkowo nawet poważnie, póki użytkownicy mediów społecznościowych nie zaczęli udostępniać „manifestu” domniemanego przywódcy grupy terrorystycznej.
Zobaczyliśmy pana lat 66, rzucającego „mięsem” w obu wspomnianych polityków. No i wtedy można było się już tylko poturlać ze śmiechu. Potem dowiedzieliśmy się, że przywódca grupy terrorystycznej jest w takim stanie zdrowia, że policja musiała mieć zgodę lekarza na transport podejrzanego z jednego aresztu do innego…
Jest to jeden z przypadków wskazujących na rosnący potencjał memiczny rządu Tuska, czyli stania się dogodnym materiałem do internetowej satyry. Szczególnie że poszczególni ministrowie i politycy koalicji robią, co tylko mogą, aby ilość materiału do satyry tylko rosła. Oto minister Tomasz Siemoniak publicznie ogłosił, że po jednym z ukraińskich ataków dronowych czy rakietowych na rosyjskie centra danych ruch prorosyjskich botów w Europie spadł o 2/3, co udokumentował stosownym wykresem dostarczonym mu przez służby. Pech chciał, że zaraz potem okazało się, że wykres jest dziełem niemieckiego dwudziestolatka i został sporządzony za pomocą AI. Słowem, fake news, w który uwierzył minister Siemoniak, a może i polskie służby.
Żadnego spadku liczby treści niechętnych Ukrainie w Internecie nie zaobserwowano. Oczywiście potencjał memiczny rządzących nie byłby pełny, gdybym nie wspomniał o humorystycznym filmiku, na którym wiceminister Michał Kołodziejczak kroczy do delegatury ABW, ochraniany przez specyficznie ufryzowanego i ubranego detektywa Rutkowskiego. Media społecznościowe zostały wprost zalane memami. No i na koniec ogłoszono wielką imprezę w postaci Europejskiego Forum Nowych Idei, w którym — obok Donalda Tuska i wielu ministrów z jego rządu — wziąć udział mają prof. Barbara Gorgoń-Mróz i mgr Jakub Wiech, potwierdzając swoją rangę „ekspertów”.
Wizerunkowo rząd Donalda Tuska idzie od klęski do klęski i z kolejnymi mniejszymi i większymi katastrofami mamy już do czynienia dosłownie co drugi dzień. Ich liczba wzrasta, a nie posądzam ani samego Tuska, ani jego ludzi i specjalistów od pijaru o to, by celowo prowadzili politykę ośmieszania się i podkładania się twórcom internetowych memów. To efekt innego zjawiska. Tusk przypomina w tej chwili tonącego, który nie umie lub nie ma siły dłużej pływać i dlatego wymachuje bezładnie i w rozpaczy rękami na prawo i lewo. Chcąc się w ten sposób utrzymać na powierzchni, w istocie tonie jeszcze szybciej. Skąd to pijarowskie wzmożenie?
Sukcesy negatywne
Zaraz miną trzy lata rządów liberalno-lewicowej koalicji pod przywództwem Donalda Tuska. I oferuję konia z rzędem temu, kto wymieni jakieś trzy znaczące sukcesy tego rządu. Sukcesy oczywiście są, ale mają one charakter negatywny: po pierwsze, odsunięto od władzy znienawidzony PiS; po drugie, koalicja, której nic nie łączy i która nie ma żadnego pomysłu, trwa już prawie trzy lata i wcale się nie rozpadła; po trzecie, w obawie przed powrotem PiS do władzy KO nadal utrzymuje wysokie sondaże i prowadzi w nich (acz nic nie wskazuje na to, aby miała szansę rządzić po kolejnych wyborach). Problem w tym, że żaden z tych „sukcesów” nie ma charakteru pozytywnego. Polska nie osiągnęła żadnego sukcesu w polityce zagranicznej, wewnętrznej czy gospodarczej. Państwo jest coraz bardziej antywolnościowe, podatki rosną, deficyt budżetowy jest gigantyczny, a wojna ukraińsko-rosyjska generuje wyłącznie koszty po naszej stronie. Z punktu widzenia polityki partyjnej i osobistych karier rządzących polityków sytuacja wygląda źle. KO wprawdzie nie traci poparcia, lecz dzieje się to tylko kosztem pożerania elektoratów mniejszych koalicjantów, którzy najprawdopodobniej nie wejdą do przyszłego Sejmu: Polski 2050, Lewicy i, w mniejszym stopniu, PSL. Nawet jeśli KO wygra wybory za rok, to znajdzie się w opozycji, w całkowitej izolacji. Tusk i jego współpracownicy dobrze zdają sobie sprawę, że czeka ich okres rozliczeń, uchylania immunitetów i pukania do drzwi o 6.00 rano. Mecenas Roman Giertych już mógłby zacząć prowadzić szkolenia dla kolegów z omdlewania na żądanie. Prawdę mówiąc, przypuszczam, że Donald Tusk czy Waldemar Żurek będą musieli uciekać na emigrację, podobnie jak czynią to teraz Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski.
Rozmontowanie mechanizmów wyborczych
W tej rozpaczliwej sytuacji, gdy ekipa rządząca nie potrafi poradzić sobie z rzeczywistymi problemami, pozostały jej działania pijarowskie, a im gorsza będzie sytuacja, tym bardziej będą one improwizowane i humorystyczne. Prawdę mówiąc, uważam, że rządząca ekipa ma już tylko jedną drogę: rozmontowanie mechanizmów wyborczych. Stąd wszystkie rządowe pomysły na wprowadzenie faktycznej i pozakonstytucyjnej cenzury Internetu.
Rząd słusznie skonstatował, że Internet to największe źródło zagrożenia w postaci wolnej myśli i w miarę swobodnej krytyki rządu i jego poczynań. Wreszcie, pamiętając o różnych rewolucjach zaczynających się właśnie w Internecie, rządzący patrzą na problem cenzury w perspektywie rodzącej się w ich głowach koncepcji, aby w przyszłym roku wybory w ogóle się nie odbyły.
Ta sama koncepcja najprawdopodobniej kołacze się coraz wyraźniej w głowach otoczenia Emmanuela Macrona we Francji i Friedricha Merza w Niemczech, których obozom grozi polityczne tsunami, a nawet dezintegracja Unii Europejskiej. Jedynym powodem, dla którego wybory mogłyby się nie odbyć, jest konflikt zbrojny z Rosją, a przynajmniej jego pozór: atak dronów, zagubiony pocisk balistyczny, zamachy terrorystyczne etc. W sytuacji stanu wyjątkowego wybory nie mogą bowiem zostać zorganizowane. Liberalne rządy utracą swój charakter memiczny, gdy zapanuje dyktatura „demokracji walczącej”.