Szczyty głupoty i hipokryzji

Szczyty głupoty i hipokryzji

Izabela BRODACKA

Od lat trwa batalia o konie przewożące turystów z Polany Włosienica do Morskiego Oka. Histeryczni obrońcy zwierząt alarmują, że konie są zmęczone pracą ponad siły i że z wysiłku zdychają na szosie. Wszystkie te argumenty sprowadzają się do podstawowego pytania sformułowanego kiedyś przez jednego z moich dowcipnych uczniów. Powiedział on, że chciałby się dowiedzieć który to idiota wymyślił pracę i dać mu w łeb.

Otóż konie tak jak i ludzie muszą pracować. Mają gorzej niż ludzie bo nie można zmusić społeczeństwa do utrzymywania bezużytecznych zwierząt choć utrzymuje ono wielu ludzi nie tylko bezużytecznych lecz również szkodliwych. Bezużyteczne, a nawet groźne zwierzę każdy może utrzymywać dla własnej rozrywki, o ile pozwala na to prawo. Wśród młodych ludzi pojawiła się od pewnego czasu moda na hodowanie piranii, pytonów czy pająków ptaszników.

Nikt nie zabrania natomiast członkom różnych stowarzyszeń czy fundacji wykupywania koni i utrzymywania ich w postulowanych przez nich luksusowych warunkach. Zdjęcia koni uratowanych od rzeźni napędzają spontaniczne zbiórki ludzi dobrej woli, które są podstawowym sposobem pozyskiwania przez fundację środków. Zdarza się, że taki konik dawno zdechł, albo został przerobiony na karmę dla psów, a jego zdjęcie nadal figuruje na reklamowej stronie fundacji. Podobnie jak zdarza się, że fundacje charytatywne zbierają środki na operację dawno zmarłego dziecka.

Chociaż sposoby pozyskiwania oraz wydawania środków przez fundacje mają ścisły związek z awanturami o konie w Tatrach zajmijmy się sprawami bardziej istotnymi. W Tatrach przy przewożeniu turystów pracują prawie wyłącznie konie zimnokrwiste. Konie zimnokrwiste, hodowane kiedyś jako konie pociągowe, są obecnie hodowane na rzeź.

Według statystyk Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce zabija się rocznie w rzeźniach od 15000 do 25000 koni. Taki koń trafia do rzeźni w wieku dwóch, najwyżej trzech lat ze względu na jakość mięsa końskiego, która związana jest właśnie z wiekiem zwierzęcia. Pracujący koń pociągowy żyje natomiast kilkanaście lat. Górale kupujący konie do bryczki po prostu ratują im życie. A wprowadzenie zakazu używania koni w Tatrach skazuje wszystkie obecnie pracujące tam konie na śmierć w rzeźni. Choć nikt nie może zmusić obywatela do utrzymywania bezużytecznego zwierzęcia jest wiele osób które opłacają dożywocie swoim ukochanym wierzchowcom.

Są również tacy którzy ofiarowują dożywocie cudzemu koniowi. Znam rodzinę, która zapewniła dożywotnie utrzymanie ślepemu koniowi wyścigowemu Grajkowi. Grajek wzruszał swoim ( nomen omen) ślepym zaufaniem do człowieka. Obrońcy zwierząt dla jego własnego dobra wykluczyli go z wyścigów co oznaczało skierowanie do rzeźni a od przerobienia na karmę dla psów uratowali go właśnie znajomi. Personaliów dobroczyńców, pod których opieką Grajek żył długo w dobrych warunkach nie podaję, bo zrobili to z dobrego serca a nie dla rozgłosu. Utrzymanie konia to wcale nie bagatelna sprawa. To obecnie około dwóch tysięcy miesięcznie.

Wracając do koni przewożących turystów w Tatrach. Jak ustalono w czasie spornych kilkunastu lat padły tylko trzy konie przewożące turystów. Przyczyną śmierci było pęknięcie tętniaka i nagła kolka. W tym samym okresie w Tatrach zginęło w wypadkach i zmarło na serce kilkanaście osób. Czy to oznacza, że należy zamknąć góry dla ruchu turystycznego?. Wiele lat temu oglądałam w telewizji dramatyczny obraz zdychającego na szosie konia. Koń ewidentnie cierpiał na kolkę. Kolka nie ma nic wspólnego z pracą konia, występuje najczęściej niespodziewanie i jedynym sposobem uratowania zwierzęcia jest zmuszenie go do ruchu. Jak zalecają weterynarze trzeba konia podnieść, często z konieczności brutalnie, nawet kopiąc go boleśnie w nos. Na oczach widzów młody woźnica usiłował podnieść konia przy użyciu bata co mogło uratować mu życie.

Rzuciły się na niego rozhisteryzowane paniusie, uniemożliwiły mu działanie, a jedna z nich podłożyła zdychającemu koniowi firmową torebkę pod głowę. Tak więc koń zmarł w męczarniach bynajmniej nie z przepracowania lecz na skręt kiszek z torebką Louis Vuitton pod głową. Podłożenie zdychającemu koniowi drogiej torebki pod głowę było aktem skrajnej głupoty a nie miłosierdzia. Właścicielka tej torby myśli jak pewien adwokat który kierując Mercedesem zderzył się czołowo z prawidłowo jadącym Audi 80. Twierdził on, że jadące Audi kobiety zginęły, ponieważ jechały kiepskim samochodem, który nazwał „trumną na kółkach”.

Trudno opisywać wszystkie etapy awantur pomiędzy aktywistami obrony zwierząt a góralami i lokalnymi władzami . To właśnie aktywiści DIOZ ( Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt) zorganizowali protesty czyli awantury na szosie do Morskiego Oka. Przeciwko tym aktywistom prokuratura prowadzi liczne dochodzenia. Zarzuca się im obrażanie funkcjonariuszy policji i urzędników starostwa, bada co naprawdę stało się z odebranymi przez organizację końmi, kto rzeczywiście podpalił użytkowany przez nich samochód, na co idą pozyskiwane przez nich pieniądze i czy faktycznie- jak twierdzą górale – DIOZ ma swoje udziały w firmie produkującej wózki, które miałyby zastąpić konie na szosie do Morskiego Oka.

Jest wielce prawdopodobne, że obrona zwierząt to tylko pretekst do prób wypchnięcia górali z rynku usług przewoźniczych. Wojny ekonomiczne, wrogie przejęcia, są zjawiskiem starym jak świat. Dla mnie porażający jest tylko fakt, że w imię ochrony koni faktycznie się im szkodzi. Wielokrotnie przywoływałam tu wypowiedzi i prace amerykańskiego ekonomisty Henry’ego Hazlitta. Twierdzi on, że ustawy i zarządzenia mające chronić pewne grupy społeczne najczęściej im szkodzą. Na przykład ochrona prawna emerytów przed zwolnieniem powoduje, że osoba w wieku przedemerytalnym ma wielkie kłopoty ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Głupotą jest odbierania dziecka za muszki w domu i skazywanie go na bidul. Szczytem głupoty i hipokryzji jest skazywanie koni na rzeź w imię jak twierdzą ich obrońcy ich własnego dobra.