Wiedzieli, kogo wybrali? Leon XIV kontynuuje synodalną reformę Kościoła

Wiedzieli, kogo wybrali? Leon XIV kontynuuje synodalną reformę Kościoła

14 września 2026 Paweł Chmielewski pch24i/wiedzieli-kogo-wybrali-leon-xiv-kontynuuje-synodalna-reforme-kosciola

synod.jpg

Czy papież Leon XIV dokona jakiejś korekty synodalności? To być może najważniejsze pytanie tego pontyfikatu, ale wciąż nie ma na nie pozytywnej odpowiedzi. Jak dotąd, Robert Prevost kontynuuje dzieło swojego poprzednika.

Do czego jest ta synodalność?

Kilka tygodni temu poważne pytanie o dalszy sens procesu synodalnego postawił holenderski biskup, Robert Mutsaerts. Jego głos wywołał zainteresowanie w katolickich mediach, ale przez Watykan nie został skomentowany. Nic dziwnego. Mutsaerts znajduje się na kościelnym marginesie. Nie zasiada w żadnych prominentnych gremiach; jest tylko biskupem pomocniczym w diecezji s’-Hertogenbosch, sufraganii metropolii Utrechtu. Co więcej, pozostaje w trudnych relacjach z własnym ordynariuszem, który woli unikać kontrowersyjnych kwestii. Niewiele znacząca rola, jaką Mutsaerts odgrywa w życiu Kościoła oglądanym przez pryzmat wielkiej władzy i wielkich pieniędzy, nie przekreśla bynajmniej celności jego pytania. Brzmi ono następująco: czy proces synodalny przybliża dusze do Chrystusa i zbawienia wiecznego?

Odwodzenie?

Synod o Synodalności papieża Franciszka rozpoczął się oficjalnie 9 października 2021 roku. Wkrótce minie zatem okrągłe pięć lat. To dobry moment, by zastanowić się nad odpowiedzią, jakiej należałoby udzielić holenderskiemu biskupowi. Oczywiście, konkrety mogą zależeć od tego, kto będzie odpowiadać – w różnych miejscach na świecie proces synodalny przebiega odmiennie. Z perspektywy polskiego katolika, zainteresowanego zarazem sytuacją Stolicy Apostolskiej oraz Kościoła powszechnego, można jednak pokusić się o dość jasne stwierdzenie: nie, proces synodalny nie przybliża dusz do Chrystusa i zbawienia wiecznego. Nie widać po prostu dosłownie żadnego osiągnięcia wypracowanego na tym procesie, które mogłoby wzmacniać prawdziwą pobożność albo realnie usprawniać zdolność Kościoła do głoszenia Ewangelii. Można powiedzieć nawet więcej: proces synodalny wydaje się raczej odciągać dusze od Chrystusa i zbawienia wiecznego, przynajmniej jeżeli rozumiemy katolicyzm w jego tradycyjnych ramach.

A gdyby tak… Eucharystia?

Wystarczy wyobrazić sobie alternatywny scenariusz. Co by się stało, gdyby dokładnie tyle samo spotkań, co w sprawie synodalności, zorganizowano w ciągu pięciu lat w kwestii szacunku dla Eucharystii?

Jest oczywiste, że ten szacunek został poważnie nadszarpnięty na skutek zmian kulturowych, błędów teologicznych i liturgicznej bylejakości, które cechują życie kościelne ostatnich dekad. Gdyby papież w październiku 2021 roku wezwał cały Kościół katolicki do tego, by ponownie odkryć cud realnej obecności Zbawiciela pod postaciami eucharystycznymi; gdyby polecił biskupom organizować parafialne i diecezjalne spotkania nakierowane na to, by przypominać o prawdach wiary w tej kwestii; gdyby zasugerował organizacje stałych adoracji… Być może nie doprowadziłoby to do jakiegoś pobożnościowego przełomu, tego nie wiem. Można jednak założyć, że przynajmniej w jakiejś mierze taki kilkuletni, wielki wysiłek eucharystyczny zrodziłby owoce w postaci rzeczywistego przybliżenia ludzi do Chrystusa i zbawienia wiecznego.

Synodalna apologia… sodomii

Co stało się tymczasem dzięki pięcioletnim obradom synodalnym? Jednym z efektów jest na przykład wielka światowa debata o… homoseksualizmie. Niemal we wszystkich rozwiniętych krajach świata w spotkaniach synodalnych brały udział środowiska LGBTQ. Mówiono o konieczności inkluzji, nowego języka, otwarcia Kościoła na każdego; rezygnowano ze wspominania o grzeszności aktów sodomskich, skupiano się na pozytywnych owocach doświadczenia „włączania” homoseksualistów w życie kościelne; w samym Watykanie opracowano nawet obszerny raport, który zaprezentował homoseksualizm jako dar od Pana Boga, który pozwala w szczególny sposób przeżywać miłość i odkrywać nowe wymiary człowieczeństwa.

Feministyczna rewolucja w Kościele

Innym efektem jest aktywizacja kobiet w Kościele. Ktoś powie, że to akurat bardzo dobrze. Problem tylko w tym, o jaką konkretnie aktywizację kobiet chodzi. Czy o to, żeby kobiety więcej się modliły albo silniej wierzyły w Opatrzność Bożą? Bynajmniej. Celem procesu synodalnego stało się włączanie kobiet w struktury decyzyjne Kościoła. Powoływanie pań do różnych rad i komisji, wielka dyskusja o sakramentalnym diakonacie, przedstawienie zawodowego albo półzawodowego zaangażowania kobiet w instytucjach kościelnych jako drogi do samorozwoju i odkrywania kobiecego geniuszu… Watykan opublikował dokument, który skrytykował język angielski za to, że słowo „man” opisuje zarazem człowieka jak i mężczyznę oraz wezwał do naśladowania Maryi – ale nie jako Matki Bożej, lecz tej, która w aktywny i zdecydowany sposób kieruje swoim życiem.

Zamiast nawrócenia – libertynizm

Owocem pięcioletniego, hipotetycznego procesu eucharystycznego mogłoby być zatem przywrócenie wiary w realną obecność Chrystusa pod postacią chleba i wina oraz zachęta do tego, by adorować naszego Pana. Owocem pięcioletniego, faktycznego procesu synodalnego stało się przedstawianie sodomii jako normalnej drogi życia ludzkiego oraz marginalizacja powołania kobiet do macierzyństwa na rzecz wzywania ich do aktywności zawodowej – i to w dobie globalnego kryzysu demograficznego, kiedy kobiety i tak nie chcą już rodzić dzieci, bo wolą zajmować się zarobkowaniem i karierą, zachęcane do tego przez swoich mężów czy coraz częściej (zmiennych) partnerów). Zamiast pobożności i nawrócenia do Chrystusa – libertyznim w moralności i rewolucja feministyczna.

Demokratyczny egalitaryzm

Do tego dochodzi jeszcze demokratyzacja rozumienia władzy w Kościele katolickim. Na ten problem zwrócił uwagę w niedawnym artykule zasłużony historyk Kościoła, 97-letni kardynał Walter Brandmüller. Zauważył, że w dwutysiącletniej historii katolicyzmu istniały co do zasady dwa rodzaje synodów. Aż do XX wieku synod oznaczał zebranie biskupów, którzy nauczali wiary katolickiej korzystając ze swojego apostolskiego autorytetu. Jeżeli taki synod obywał się pod przewodnictwem papieża i dotyczył spraw powszechnych, zyskiwał rangę soboru; jeżeli miał wymiar lokalny, pozostawał synodem sensu stricto. Papież Paweł VI wprowadził drugi rodzaj synodu – watykańską instytucję Synodu Biskupów. Od jego czasów papieże regularnie zwołują do Rzymu wybranych biskupów ze świata, by zastanowić się wspólnie z nimi nad jakąś partykularną kwestią, a później, korzystając z ich głosu doradczego, podjąć konkretne decyzje.

Na gruncie Synodu o Synodalności papieża Franciszka pojawiła się jednak jeszcze trzecia postać synodu, zupełnie nowa. Synod stał się „spotkaniem wszystkich” – biskupów, duchownych i świeckich płci obojga, którzy razem zastanawiają, doradzają i w praktyce współdecydują z papieżem o kierunku, w jakim idzie Kościół. Tak rozumiany synod jest w istocie naśladownictwem demokratycznych procedur. Można powiedzieć, że jest formą demokratycznej polityzacji Kościoła. Kościół był przez wieku instytucją hierarchiczną, ale hierarchiczność nie przystaje do demokratycznego egalitaryzmu, czyli paradygmatu, w którym wszyscy ludzie muszą mieć mniej więcej równy udział w rządach. Synod synodalny w wydaniu Franciszka realizuje właśnie takiego ducha, obcego Kościołowi.

„Partycypacja” jako „ósmy sakrament”

Ktoś mógłby argumentować, że jest to potrzebne dla zachowania adekwatności pomiędzy Kościołem a społeczeństwem świeckim; ale to nieprawda. Demokratyczny egalitaryzm jest konkretną ideologią polityczną – wdrożoną w życie przez rewolucję francuską i rozszerzoną na część państw świata. Nie jest bynajmniej żadnym uniwersalnym prawidłem, który wynikałby z samej ludzkiej natury. Część narodów na świecie nie żyje wcale w świecie demokratycznego egalitaryzmu – dlatego Kościół katolicki, odrzucając własną hierarchiczną tradycję, przyjmuje tylko pewien określony, ideologiczny i modny model funkcjonowania. To absolutyzacja i odgórna uniwersalizacja partykularnych zdobyczy politycznych rewolucji francuskiej, nic więcej. Zresztą w jaki sposób demokratyczny egalitaryzm miałby przybliżać wiernych do Jezusa Chrystusa? Czy wierni, którzy zasiadają w jakimś komitecie, stają się przez to bardziej uświęceni? Czy partycypacja w procesie decyzyjnym jest nieznanym wcześniej ósmym sakramentem? Może krzesła w rzymskiej Auli św. Pawła, gdzie odbywają się obrady synodalne, w niewidzialny sposób transmitują łaskę Bożą, a krzesła w salach kurialnych i parafialnych na całym świecie w cudowny sposób uczestniczą w tej transmisji, stając się poprzez wprzęgnięcie w procedurę synodalną instrumentami zbawienia?

Kontynuacja, która nie może zaskoczyć

W lipcu 2025 roku jeden z głównych architektów procesu synodalnego, kardynał Mario Grech, przedłożył papieżowi Leonowi XIV harmonogram dalszych spotkań synodalnych, aż po rok 2028, a Ojciec Święty go zatwierdził. Od tego czasu opublikowano już szereg synodalnych dokumentów, w tym skandalicznych tekstów na temat homoseksualizmu oraz feminizmu. Odbyły się kolejne spotkania, wkrótce zorganizowane zostaną kolejne – na dniach wielkie europejskie spotkanie synodalne na zamku Puchberg w Austrii. Wszystko zmierza do finału, jakim ma stać się Zgromadzenie Kościelne, zaplanowane właśnie na rok 2028. Leon XIV przez niemal półtora roku swojego pontyfikatu nie wykonał jeszcze żadnej wyraźnej korekty synodalności. Wszystko idzie naprzód tak, jak zostało zaplanowane.

Czy to tylko papieska inercja albo niechęć do antagonizowania liberalnego układu, który zastał po swoim poprzedniku Robert Prevost? Nadzieję, oczywiście, zawsze można mieć. O wiele prostsze jest jednak inne wyjaśnienie, które narzuca się samo przez się. Głosując na konklawe w maju 2025 roku, liberalna większość kardynałów – większość wybrana przez Franciszka – dobrze wiedziała, kogo popiera. Osadzając na tronie św. Piotra augustianina z Ameryki świadomie zdecydowali się na człowieka, który nie zerwie z dziedzictwem Franciszka, ale przeciwnie – będzie je kontynuował. W innym stylu, ale zachowując tę samą istotę rewolucyjnej koncepcji Jorge Mario Bergoglia. Być może właśnie dlatego nie ma żadnej korekty synodalności – nawet jeżeli synodalność wcale nie prowadzi dusz do Chrystusa ani zbawienia wiecznego.

Paweł Chmielewski