Żółte firanki

Żółte firanki

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    21 lipca 2026 michalkiewicz

Jak zauważył Jerzy Orwell w „Folwarku zwierzęcym”, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Dlatego właśnie z Związku Radzieckim tacy na przykład pisarze mieli specjalne przydziały – co nawet znalazło wyraz w ówczesnej, postępowej literaturze, a konkretnie – w wierszu Włodzimierza Majakowskiego. Opisuje on panującą mizerię, w następstwie której jego własna narzeczona zapadła na chorobę oczu i poszła do doktora.

Oddajmy mu głos: „Wracz nabołtał: cztob głaza gladieli, nużna tiepłota, nużna zieleń”. (Doktor jej nagadał: żeby oczy patrzyły, trzeba ciepła, trzeba zieleniny). Więc Majakowski pisze dalej: „Mnie legcze, czem drugim. Ja Majakowski. Siżu i jem kusok konskij” (Mnie lżej, niż innym. Ja Majakowski. Siedzę i jem kawałek koniny). A co dla narzeczonej? „A k’liubimoj w gosti dwie markowieńki niesu za zielonyj chwostik”. (A idąc w gości do ukochanej, niosę jej dwie marcheweczki, trzymając je za zieloną natkę).

Słonimski wspomina, jak to przed wojną PEN Club wydał w „Bristolu” przyjęcie na cześć Majakowskiego. Ten, gwoli zademonstrowania lekceważenia dla burżuazyjnych konwenansów, sięgnął ręką do salaterki z kiszonymi ogórkami i ostentacyjnie zakąsił. W odpowiedzi Słonimski z drugiej salaterki nabrał pełną garścią majonezową sałatkę. Widząc tę demonstrację Majakowski odłożył ogórek na talerzyk i już nie epatował polskich burżujów lekceważeniem tutejszych konwenansów.

No a kiedy, za sprawą dziejowych ustaleń naszych sojuszników z naszym sojusznikiem w Jałcie, socjalizm zawitał i do nas, zaraz objawiły się typowe dla tego ustroju niedobory. Typowe – bo jak pisze Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd” – jak tylko Armia Czerwona w 1939 roku „wkroczyła” na Kresy Wschodnie, zaraz wszystkiego zabrakło. Stwarzało to pewne kłopoty agitatorom, ale wybrnęli z nich obietnicą, że teraz, owszem, są trudności, ale już wkrótce wszystko „podwiozą”. Jednak na pewnym wiecu pewien uczestnik zapytał, czy w Związku Radzieckim jest dużo nędzy. Użył jednak polskiego słowa „nędza”, a nie rosyjskiego: „niszczeta”. Agitator odparł, że owszem, nędzy jest pod dostatkiem i wkrótce „podwiozą”. Wywołało to huragan śmiechu, ale kiedy panowie z NKWD skapowali, w czym rzecz, zaraz zainteresowali się pytającym. „Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się” – śpiewał Maciej Zembaty w „piosence polskiej o charakterze rosyjskim”: „A potem przekazałem na punkt NKWD. Co z nim się stało – nie wiem, nie spotkaliśmy się”.

Z powodu tych niedoborów, partia zaraz utworzyła sklepy za żółtymi firankami, w których zwierzęta równiejsze od innych mogły zaspokajać różne swoje potrzeby. Ciekawe, że chociaż od tamtej pory minęły dziesięciolecia, a podobno nawet zmieniło się oblicze świata, potomstwo zwierząt równiejszych od innych nadal uważa, że jest równiejsze. Weźmy na przykład taką panią reżyserową Holland Agnieszkę. Nie waha się ona pouczać mniej wartościowy naród tubylczy, co ma myśleć i jak się powinien zachowywać – a czyni to z poczuciem takiej wyższości, jakby odziedziczyła ją po królu, swoim ojcu. Jednak sklepy za żółtymi firankami zostały na VIII Plenum w październiku 1956 roku pryncypialnie skrytykowane i zniknęły, przynajmniej oficjalnie. Jednak w miarę rozwoju socjalizmu coraz częściej pojawiały się tak zwane „trudności wzrostu”, czyli – mówiąc wprost – chroniczne niedobory, toteż partia postanowiła odświeżyć tradycję sklepów za żółtymi firankami – ale ożenić ją z elementami gospodarki rynkowej.

Tak pojawiły się „peweksy”, w których można było kupić towary niedostępne na zwykłym rynku – jednak albo za „cenne dewizy”, albo tak zwane ”bony”, których wartość wyrażana była w amerykańskich dolarach. Wprawdzie handel dewizami był zakazany pod groźbą kary, ale „bonami” – już nie – toteż stosowne ogłoszenia pojawiały się nawet w gazetach. Inną formą sklepów za żółtymi firankami były tak zwane „sklepy komercyjne”, w których można było kupić np. mięso poza przydziałami kartkowymi – ale po wyższej cenie. Nawiasem mówiąc, te wynalazki wprowadzały osobliwości językowe, bo na przykład „peweksy” nazywały się oficjalnie „przedsiębiorstwami eksportu wewnętrznego”. Eksport wewnętrzny, to nic innego, jak wydalanie do środka, podobnie, jak sklepy komercyjne, czyli – mówiąc wprost – handlowe. Była w tym osobliwa logika, bo zwykłe sklepy z handlem miały rzeczywiście coraz mniej wspólnego. Był to raczej rodzaj rozdzielni, w których pieniądze nie miały znaczenia, jeśli nie były wsparte przydziałem, czyli „kartką”. Pociągało to za sobą pewne skutki społeczne, bo osoby rozdzielające dobra były uważane, a co ciekawsze – same też się uważały za przedstawicieli władzy.

Dzisiaj, za sprawą zbrodniczego liberalizmu, będącego też „herezją wszechczasów”, przejściowe trudności wzrostu na odcinku zaopatrzenia w mięso i w jego przetwory przestały nam już dokuczać – ale socjalizm nie były socjalizmem, gdyby nie wytwarzał niedoborów. Skoro na odcinku zaopatrzenia w mięso i jego przetwory ustrój socjalistyczny jakby przestał obowiązywać, ale przecież zlikwidowany w ogóle nie został, więc nic dziwnego, że niedobory dały znać o sobie w dziedzinie, w której socjalizm zatriumfował, to znaczy – w sektorze ochrony zdrowia. I co Państwo powiecie? Zaraz też pojawiły się na tym odcinku sklepy za żółtymi firankami, oczywiście znacznie wytworniejsze, niż ich zgrzebni protoplaści z czasów stalinowskich.

Nawiasem mówiąc Józef Stalin w kwestii ustroju socjalistycznego bywał czasami bardzo elastyczny. Tak było na przykład w roku 1940, podczas tak zwanej „wojny zimowej” z Finlandią”. Pojawiła się mianowicie konieczność zbudowania linii kolejowej na bezludnych obszarach Karelii. Stalin wezwał Naftalego Aronowicza Frenkla, twórcę „systemu kotłów” w sowieckich łagrach, który pociągnął za sobą co najmniej tyle samo, o ile nie więcej ofiar, niż „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Warto o tym pamiętać, kiedy Żydowie próbują narzucić światu swój monopol na martyrologię – a tymczasem okazuje się, że owszem – bywali ofiarami – ale też znakomicie sprawdzali się w roli katów. Wracając do Frenkla, to Stalin zapytał go, czy nie podjąłby się wybudowania wspomnianej linii kolejowej w trzy miesiące. Frenkiel poprosił o jeden dzień do namysłu, a potem powiedział Stalinowi, że owszem – ale pod warunkiem, że na tej budowie nie będą obowiązywały zasady ustroju socjalistycznego. I Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju się zgodził!

Ustrój socjalistyczny ze wszystkimi przypadłościami objawił się nam ostatnio najpierw w warszawskim Szpitalu Południowym – ale zaczynają dobiegać skrzydlate wieści, że podobnie jest gdzie indziej. Działacze Volksdeutsche Partei próbują podważać objawione fakty, w czym pomaga im, jak tylko może, niezależna prokuratura, a tylko patrzeć, jak włączą się do operacji nienawistne sądy. Beneficjenci ustroju socjalistycznego próbują kierować ostrze nienawiści opinii publicznej w stronę lekarzy – ale ich wina jest tu stosunkowo niewielka, w porównaniu z hałastrą korzystającą z synekur związanych z ochroną zdrowia. Lekarze – owszem – korzystają z możliwości jakich dostarcza im żerowisko – ale przynajmniej leczą ludzi, podczas gdy reszta uczestników żerowiska nawet nie udaje, że to robi.

Przypomnijmy tedy, jak doszło do tej sytuacji, jaka jest natura „systemu”, na który Volksdeutsche Partei i vaginet obywatela Tuska Donalda zamierza swalić odpowiedzielność. To jest sprytny wybieg, bo „systemu” nie można wpakować do lochu, nawet jeśli mądrale z prokuratury i nienawistnych sądów czarno na białym udowodnią, że skoro winien jest „system”, to ludzi krzywdzić nam nie wolno. Musimy tedy cofnąć się w czasie do roku 1997, kiedy to rządy nad naszym nieszczęśliwym krajem objęła koalicja AW”S” – UW, a premierem został charyzmatyczny Jerzy Buzek, kawaler dwojga pseudonimów operacyjnych SB. Poprzedni rząd SLD-PSL oskarżany był, całkiem zresztą słusznie, że „zawłaszczył państwo”, to znaczy – obsadził swoimi zaufańcami wszystkie synekury w sektorze publicznym i w dodatku obwarował je gwarancjami prawnymi, że nawet zmiana rządu niczego tu nie zmieniała. Toteż charyzmatyczny premier Buzek postanowił wprowadzić cztery wiekopomne reformy, których celem było stworzenie nowych synekur w sektorze publicznym, żeby stworzyć żerowisko dla zaufańców dla nowej koalicji AW”S”-UW.

Jedną z nich była reforma ochrony zdrowia, która polegała na tym, że utworzone zostały Kasy Chorych: 16 terenowych i siedemnasta – mundurowa. Hasłem reformy było, by pieniądze „szły za pacjentem”. Może i szły, ale prawie natychmiast, wszelki kontakt, nie tylko wzrokowy, między pieniędzmi i pacjentem został zerwany – za to powstało żerowisko. Dla kogo? Beneficjentów żerowiska stworzyła nowa wiekopomna reforma – reforma samorządowa. Polegała ona na dodaniu do istniejących samorządów gminnych, dwóch dodatkowych szczebli samorządowych – samorządów powiatowych i sejmików wojewódzkich. Tu już nawet nikt się nie krył, że chodzi o żerowisko – bo najpierw zostały powołane te dodatkowe samorządy, a dopiero potem zaczęto się zastanawiać, jakie by tu kompetencje im poprzydzielać – bo przecież pozory musiały być zachowane. Cztery wiekopomne reformy przyniosły skokowy wzrost liczby synekur w sektorze publicznym i skokowy wzrost kosztów funkcjonowania państwa – na początek o 100 mld złotych rocznie.

Aliści w roku 2001 AW”S” i UW zostały zastąpione przez koalicję SLD-PSL, która znowu chciała „zawłaszczyć państwo”. Okazało się wszelako, ze charyzmatyczny premier Buzek swoim zaufańcom też stworzył gwarancje prawne, że nawet zmiana rządu – i tak dalej. Toteż premier Miller nie miał innego wyjścia, jak rozgonić Kasy Chorych, a na ich miejsce zainstalować nowy biurokratyczny gniot w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia, który można by już obsadzić prawidłowo. I tak jest do dnia dzisiejszego.

Skoro stworzone zostało żerowisko, w którym, niczym w „czarnej dziurze” znikają coraz większe pieniądze, to dlaczego tu się dziwić, że ci, którzy wydrążyli sobie nisze ekologiczne w radach nadzorczych i zarządach – bo jużci – czymś przecież „zarządzać” muszą, no nie? Tymczasem szczucie nie idzie nawet w ich kierunku, a jeśli nawet – to wybiórcze, wedle barw politycznych. Nikt przecież nie mówi, że . samorządy powiatowe i sejmiki wojewódzkie trzeba by rozpędzić – i nikt nie zauważyłby różnicy.

I na koniec przypomnę, jak to w roku 1995 w Centrum im. Adama Smitha zrobiliśmy badania, jaką część dochodu rodziny pracowników najemnych spoza rolnictwa państwo konfiskuje nie tylko w podatkach, ale również innych przymusowych świadczeniach finansowych, np. składkach na ubezpieczenie społeczne czy zdrowotne. Okazało się, że aż 83 procent! W tej sytuacji ci ludzie już samo poradzić sobie nie mogą i skazani są na tzw. konsumpcję zbiorową, m.in. postaci ochrony zdrowia. Gdyby jednak zreformować system finansowy państwa tak, by nie konfiskowało ono tej rodzinie więcej, jak 20 procent dochodu, to ci ludzie sami poradziliby sobie z ochroną zdrowia i edukacją dzieci bez niczyjej łaski. Wtedy pieniądze nie szłyby ZA pacjentem, tylko RAZEM Z NIM – bo nikt by ich mu nie odebrał. W takiej sytuacji pacjent byłby przez doktorów noszony na rękach – i tylko zniknęłoby żerowisko dla Naszych Umiłowanych Przywódców. Czy jednak do tego dojdzie? Wątpię – bo Nasi Umiłowani Przywódcy nie po to zblatowali sobie telewizje, by mówiły one ludziom prawdę – tylko po to, by wmawiały im, ze żerowisko musi być, że inaczej nie można, bo wtedy nastałaby Sodomia i Gomoria. I dopóki ludzie w to wierzą, dopóty będą bezlitośnie eksploatowani, jak nie przez Volksdeutsche Partei, to przez wyznawców Naczelnika Państwa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.