Cóżeś ty Francji uczynił, Ludwiku?

Jerzy Wolak: Cóżeś ty Francji uczynił, Ludwiku?

(fot.Eric Pouhier/Own work/creative/commons)

cozes-ty-francji-uczynil-ludwiku

Degradacja pierwszej córy Kościoła do poziomu bezczelnie gwałcącej prawa Boże laickiej republiki to nie tylko skutek masońskiej rewolucji. Spora w tym również wina złego pasterza, który nie kiwnął palcem w celu ratowania naturalnego porządku i obrony powierzonej sobie trzody.

Rewolucja nazwała Ludwika XVI tyranem – trudno o większe kłamstwo! Czyż może być coś bardziej niedorzecznego niż słaby, nieudolny i naiwny tyran?! A taki właśnie był Ludwik – brakowało mu stanowczości i zdecydowania, „grzeszył” też nadmierną dobrocią i łagodnością. Czy tak się zachowuje tyran? Czy tyran może być orędownikiem swobód, czy może tolerować rozprzestrzenianie się rewolucyjnej propagandy, czy wreszcie zawaha się przed użyciem siły?

Portret Ludwika XVI malowany przez środowiska kontrrewolucyjne bywa nie mniej fałszywy – otacza go zazwyczaj nimb męczeństwa, nieledwie świętości. Owszem, zgilotynowany król Francji odznaczał się wielką pobożnością, ale świętym jest przede wszystkim ten, kto wypełnia do końca obowiązki względem Boga i ludzi. Na tym zaś polu Ludwik sromotnie zawiódł. Czyż bowiem obowiązkiem króla nie jest bronić poddanych i strzec Ładu, a wszelką ruchawkę stłumić w zarodku?!

Z rewolucyjną burdą lat 1789–1791 bez specjalnych trudności poradziłby sobie byle kapitan gwardii – gdyby tylko dostał taki rozkaz. Ludwik jednak takiego rozkazu nigdy nie wydał, gdyż z natury przeciwny rozwiązaniom gwałtownym nade wszystko pragnął zapobiec rozlewowi krwi swego ludu. Naiwnie wierząc w dobrą wolę rewolucjonistów szedł na wszelkie ustępstwa w nadziei pomyślnego zakończenia konfliktu. Nie przyjmował do wiadomości, że łagodność w pewnym momencie musi mieć swój kres, przecież sam Chrystus nie zawahał się chwycić za bat, uznawszy, iż miarka się przebrała.

Przy całej swej wrodzonej łagodności Ludwik nie był bynajmniej tchórzem – nie raz stawał oko w oko z rozjuszoną tłuszczą, wykazując spokój i siłę charakteru, które dziwiły nawet jego najzagorzalszych wrogów. W opacznym – bo nie katolickim, wszak zdrowy katolicki duch rozmył się w rozpanoszonej na salonach (również biskupich) mętnej pseudofilozofii „oświecenia” – pojmowaniu miłosierdzia, litując się nad kilkoma setkami mętów, zezwolił na straszną śmierć ponad dwóch milionów dobrych Francuzów.

PODCAST

A przecież kiedy 5 października 1789 roku tłumy paryskich ladacznic i drabów przebranych za kobiety przybyły do Wersalu, by go sprowadzić do Paryża, wystarczyło krzyknąć na straż szlachecką, która da się za niego porąbać, na pułki szwajcarskie, które uczynią wszystko, co każe: „Rozpędzić mi tę hałastrę!” Oto co powinien zrobić!

Ludwik się na to nie zdobył i nazajutrz jechał do Paryża z rodziną eskortowany przez kokoty, przekupki i różnych oberwańców, którzy nieśli przed nim na pikach ucięte głowy jego zamordowanych gwardzistów – pisze Teodor Jeske‑Choiński w Psychologii rewolucji francuskiej. Podobnie stało się podczas ucieczki do Varennes 21 czerwca 1791 roku – oddział rojalistyczny pojawił się tuż po zatrzymaniu królewskiej karety, lecz Ludwik nie pozwolił atakować tłumu.

Ostatnią szansę zaprzepaścił 10 sierpnia następnego roku podczas ataku na miejsce swego przymusowego pobytu – pałac tuileryjski. Kiedy wierna gwardia szwajcarska w obronie własnej dała morderczą salwę i już wsiadała na karki kłębiącego się motłochu, król nakazał złożenie broni. Szwajcarów zmasakrowano, Ludwika uwięziono. Za pół roku już nie żył.

Francja zaś z pierwszej córy Kościoła zamieniła się w rewolucyjną ladacznicę, kraj terroru, komunizmu i zadekretowanego ateizmu – rewolucyjnej zarazy, którą wojska obywatela Bonapartego rozniosły po całej Europie, by ją przenikała po dziś dzień…

Gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia kilkunastoosobowa grupa krakowskiej młodzieży związanej z nieistniejącym już dziś, a podówczas całkiem aktywnie działającym Klubem Zachowawczo‑Monarchistycznym postanowiła uczcić dwieście którąś z kolei rocznicę królobójstwa w sposób dosyć nietypowy, a mianowicie: poprzez zapalenie zniczy żałobnych w intencji zamordowanej rodziny królewskiej, jak również setek tysięcy ofiar rewolucji, przed bramą konsulatu francuskiego przy ulicy Stolarskiej. Przybyli, zapalili, odmówili modlitwę i nieniepokojeni przez nikogo (dzień bowiem był sobotni, a czas, kiedy jeszcze po Stolarskiej nie przechadzali się rozkołysanym krokiem szeryfowie z glauberytami w olstrach) już mieli iść do domu, gdy drzwi konsulatu nieoczekiwanie otworzyły się ukazując mężczyznę w średnim wieku, który na widok płonących przed progiem świec zapytał:

Mesdames et messieurs, ale o co chodzi?

Messieurs, niespodziewający się takiego obrotu rzeczy, nieco się stropili, na szczęście mieli u swego boku mesdames, a właściwie mesdemoiselles, które natychmiast ochoczo wyjaśniły panu konsulowi (tym bowiem okazał się ów Francuz, który nieoczekiwanie zaszczycił swą osobą monarchistyczny happening, wpadłszy pomimo soboty na chwilę do biura, gdyż w przeddzień zostawił tam spinki do mankietów), że właśnie przypada rocznica śmierci pod nożem gilotyny [wiekopomnego francuskiego wynalazku], arcy-francuskiego króla Ludwika XVI.

– Właśnie dzisiaj? – chciał wiedzieć konsul.

– Tak, stało się to 21 stycznia 1793 roku w godzinach porannych – wyjaśniły niestrudzone monarchistki, po czym krótko streściły ciąg wydarzeń prowadzący do tragedii na Placu Rewolucji, by zakończyć zwięzłym opisem wypływającego z niej ludobójstwa.

– Coś takiego, niesamowite… – wyglądało na to, że francuski dyplomata po raz pierwszy usłyszał o tych wydarzeniach. – I państwo o tym pamiętają, i specjalnie to celebrują. Jak to pięknie, jak pięknie… – przedstawiciel laickiej republiki był wyraźnie zachwycony lekcją ojczystej historii, usłyszaną w kraju, który zapewne do tej pory lokował nieporównanie dalej niż północ…

Paradoks? Z pewnością nie większy niż wyidealizowany posąg nieszczęsnego króla, bodaj najpiękniejszy ze wszystkich królewskich nagrobków pomieszczonych w bazylice Saint‑Denis.

Jerzy Wolak

Korzenie lewicy i rocznica śmierci króla Ludwika XVI. 21 stycznia.

Korzenie lewicy i rocznica śmierci Ludwika XVI

pch24/korzenie-lewicy-i-rocznica-smierci-ludwika-xvi

(Oprac. PCh24.pl)

Aktem założycielskim naszej cywilizacji jest męczeńska ofiara Jezusa Chrystusa na Krzyżu.

Dla współczesnej lewicy jest to jednak rewolucja francuska, której fundamentem była zbrodnia i m.in. zamordowanie rodziny królewskiej, a później miliony kolejnych ofiar, jako już pokłosie rewolucyjnych wydarzeń z XVIII wieku. To w 1789 zaczyna się dla lewicy „nasza era”.

Lewicowej formacji trzeba oddać tylko jedno. Od początku potrafili zakłamywać rzeczywistość i odwracać znaczenie pojęć. Są tu mistrzami propagandy, a ta miała swój początek w dewizie owej rewolucji – „wolność, równość, braterstwo”, których rzeczywisty przekaz ośmieszył już George Orwell wskazując, że w praktyce społecznej chodziło o negację tychże haseł. W wydaniu lewicy, rzeczy, które wydają się z pozoru dobre, ostatecznie służą złu. Tak też było w 1790 roku, kiedy to Maximilien de Robespierre sformułował hasło: „Liberté, égalité, fraternité”, które stało się dewizą i masonerii i republiki.

Polska lewica dumna z rewolucyjnych korzeni

Niedawno polska polityk lewicy Anna-Maria Żukowska wyraziła na X „dumę” z towarzysza Krzysztofa Gawkowskiego, który wzywał na wiecu do śpiewania „Międzynarodówki”. Napisała wprost, że „Lewica to Lewica. Ma swoje korzenie w rewolucji francuskiej i październikowej. Nie odstąpimy od naszych ideałów: równości, wolności i braterstwa!”.

Za samozaoranie należą się jej być może brawa. Przyznanie się do korzeni w zbójecko-bolszewickiej etyce Lenina nie wymaga w Polsce nawet komentarza i jest zdaje się nawet prawnie zakazane jako gloryfikacja totalitaryzmu.

Żukowska podparła się jednak także „rewolucją francuską”, która była źródłem dla tej bolszewickiej. Niestety, ta druga ma jeszcze nadal pozytywny „pijar”, bo jest uważana za akt założycielski V Republiki Francuskiej i tamże pielęgnowana. Francja przebyła co prawda drogę pojednania narodowego i paryski Plac Rewolucji stał się już dawno Placem Zgody (Concorde), ale warto przypomnieć, że jej akt założycielski polegał na zgilotynowaniu Króla Ludwika XVI właśnie na wspomnianym placu w 1793 roku. Działo się to 21 stycznia i właśnie obchodzimy kolejną rocznicę tego wydarzenia.

Rocznica 21 stycznia

Francja o nim ciągle pamięta. Kilkaset osób oddawało hołd dla Króla-męczennika już w sobotę 17 stycznia i wyszło na ulice Paryża. Główne obchody w Paryżu obejmują Msze św. i Marsz z pochodniami organizowany przez Stowarzyszenie Souvenir de Louis XVI, który wyruszył z okolic Notre-Dame, przez centrum Paryża, do Kaplicy Pokutnej (Chapelle Expieratoire) w VIII dzielnicy, gdzie odprawiono Mszę św. w intencji Ludwika XVI. Obecny był tu książę Ludwik de Bourbon, ale przede wszystkim cieszyła młodość uczestników tego wydarzenia.

Kolejne obchody tej smutnej rocznicy to także Msza w Saint-Germain-l’Auxerrois (dawnej parafii królów Francji przy Luwrze) zaplanowana na 21 stycznia 2026. Będzie to Msza św. w intencji „Króla Ludwika XVI i wszystkich ofiar rewolucji francuskiej”. W samym Paryżu zamówiono też podobne nabożeństwa m. in. w kościele Saint-Philippe-du-Roule i Saint-Eugène-Sainte-Cécile. Msza odbędzie się także 21 stycznia w Bazylice Królewskiej w Saint-Denis, gdzie w 1815 roku umieszczono szczątki Ludwika XVI i Marii Antoniny po ich ekshumacji w czasach restauracji z dołu z wapnem.

W Marsylii Msza za króla odbywa się w bazylice Sacré-Cœur z udziałem Hrabiego Paryża (Jean d’Orléans). W Lyonie Msza żałobna zaplanowana jest w kościele Saint-Georges, a podobne wydarzenia odbędą się także w wielu innych miastach.

Media zauważają, że w ostatnich latach frekwencja na tych uroczystościach rośnie, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Lewicowe media piszą o „manifestacjach skrajnej prawicy”, ale przyczyną renesansu zainteresowania monarchizmem jest raczej zwrot Francuzów ku swojej historii, czy chęć celebracji swoich korzeni w czasach coraz większej utraty tożsamości narodowej i uwiądu republikanizmu.

Mity wolności, równości i braterstwa

Wracając do poseł Żukowskiej, która widzi korzenie swojej formacji w wydarzeniach we Francji z 1789 roku, to warto dodać, że przyznaje w ten sposób, iż jej formacja została zbudowana na zbrodniach. W dniu, w którym wielu Francuzów modli się za zmarłego męczeńsko króla i dokonuje aktów ekspiacji, lewica zapewne czci śmierć innej postaci historycznej.

Warto przypomnieć, że także 21 stycznia, zmarł niejaki Włodzimierz Ilicz Uljanow, znany bardziej jako Lenin. Taki chichot historii. W rzeczywistości w historii rewolucji francuskiej nie ma nic wzniosłego i po odarciu z mitologii, zostaje zbrodnia, nienawiść, triumf ochlokracji.

Mitów jest wiele. Po zdobyciu Bastylii uwolniono z niej w rzeczywistości siedmiu więźniów – czterech oszustów, dwóch wariatów i osobę zamieszaną w „przestępstwa obyczajowe”, którą wysłała do twierdzy jej rodzina.

W kwestii „wolności” rewolucja zamieniła ją szybko na powszechną kontrolę obywateli, donosicielstwo, masowe mordy przeciwników. Dla wielu badaczy rewolucja francuska jest nawet fundamentem i źródłem narodzin totalitaryzmów.

W kwestii równości, co zauważył Orwell, byli od zawsze „równi i równiejsi”. Do „drugiej kategorii”, a nawet „trzeciej” zepchnięto np. katolików.

Podobnie jest z kwestią „braterstwa”, które może i kiedyś miało nastąpić, ale raczej po zgilotynowaniu wszystkich, którzy na owo „braterstwo” nie zasłużyli. Zresztą później rewolucja zjadała już nawet własne dzieci. Jedynym echem owego „braterstwa” było być może zwracanie się do siebie komunistów per „towarzyszu”. Miało być „wyzwolenie ludu”, a to ów lud wzniecał we Francji liczne antyrewolucyjne powstania.

Minister Gawkowski, który chce „ruszać z posad bryłę świata” i Żukowska, która go tłumaczy i usprawiedliwia, to zarazem pogrobowcy Robespierra, Marata, ale też Lenina, Trockiego, Stalina…

W rocznicę 21 stycznia i symbolicznego zgilotynowania Króla, warto o tych „koalicjantach obrony demokracji” nadal pamiętać.

Bogdan Dobosz