„Powrót do korzeni”, a w aspekcie cywilizacyjnym dosłowny „powrót do korzonków”

„Powrót do korzeni”, a w aspekcie cywilizacyjnym dosłowny „powrót do korzonków”

Szlachetny dzikus zajada świerszcze

Ewa Polak-Pałkiewicz Od cywilizacji do wtórnego barbarzyństwa.

———————————

Nie wiem, czy ktoś bardziej lapidarnie ujął centralne zagadnienie współczesnego świata: jak otrząsnąć się z resztek ciążącej na nas cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej i zafundować sobie szczęśliwy powrót do przeszłości, niż Wiktor Woroszylski, wówczas jeden z czołowych „pryszczatych” (absolwent Instytutu Literatury im. Gorkiego w Moskwie), w tytule swojej książki, popularnej w latach 60. i 70. powieści dla nastolatków „I ty zostaniesz Indianinem”, którą umieszczono na liście lektur szkolnych.

Rzecz jasna w czasach komuny tego rodzaju beletrystyka miała inne zadania. Wobec nicości tzw. kultury marksistowskiej, degradacji kultury jako takiej oraz braku jakiejkolwiek wizji moralnego rozwoju człowieka, a także kompletnej nieobecności autorytetów podsuwała postacie bohaterów z innych, bardziej pierwotnych kultur. Indianie, a potem także inni „dzicy”, mieli być bezpiecznymi odpowiednikami rycerzy średniowiecznej Europy – średniowiecze było wyklęte jako epoka zabobonu i ciemnoty – i późniejszych wieków, rzecz jasna przewyższającymi ich męstwem, szlachetnością i inteligencją, czy też polskich bohaterów narodowych, o których w peerelowskich szkołach należało milczeć.

Dzikość, pierwotność, barbarzyństwo stopniowo także w kulturze Zachodu drugiej połowy XX w. zyskiwało prawo bytu. Było najpierw uznawane jako alternatywa dla konsumpcyjnego modelu życia, potem zaczęło budzić fascynację i rodzaj tęsknoty, by dziś sięgnąć po palmę pierwszeństwa.

Nowi humaniści uzdrawiają ludzkość

Nie ma co ukrywać, „powrót do korzeni”, a w aspekcie cywilizacyjnym dosłowny „powrót do korzonków” – przez niezbędny etap pośredni zjadania świerszczy i larw – nie jest żadną fantazją pomyleńców od zdrowej żywności i zaprzestania oddychania jako lekarstwa dla środowiska, ale ściśle („naukowo”) opracowanym programem „uzdrowienia ludzkości”. Biednej, ciężko chorej ludzkości, której 2 tys. lat temu przydarzył się nieszczęśliwy wypadek przyjęcia chrześcijaństwa i wraz z nim ekspansji na cały świat cywilizacji naukowo-technicznej.

Czas skończyć z tym horrorem. Walenie w bębny, ogniska, łuki, topory i święte drzewa to jeszcze nie ta upragniona meta. Człowiek w pozycji poziomej, przywarty do matki ziemi w poszukiwaniu jadła, obnażony, podobny do jednej z jej grudek, jest tym ideałem niedalekiej – w wizji nowych humanistów – przyszłości.
Żeby osiągnąć ten cel, nie wystarczy tylko wyłączyć światło i zabrać człowiekowi laptop. Trzeba go już dziś nie tylko edukować, lecz także trenować, przestawiać fizycznie na tory tej ścieżki „rozwoju”, która uczyni go bezapelacyjnie szczęśliwym. Zadbać o jego kubki smakowe, wypaczone i zepsute przez mięso, nabiał i pszenicę. Nauczyć go jedzenia larw, much i skorpionów, przyjaźni z wilkami i gadami. Jest w końcu jednym z nich.

Zakwestionowanie kultury

Niektórzy z nas czują się tymi pomysłami zszokowani, większość puka się w czoło. Ale, bądźmy szczerzy, czy nasza kultura – zwłaszcza najbardziej lansowane w ostatnich dziesięcioleciach jej dzieła, nagradzane, omawiane, wydawane w milionowych nakładach – nie dawała nam aż nazbyt czytelnych sygnałów, że coś się w niej nieodwracalnie zmienia?

„W przeszłości bohaterowie powieści i sztuk teatralnych wywodzili się zazwyczaj z warstw wyższych i odznaczali się pewną wrażliwością, w literaturze zaś respektowane były zasady przyzwoitości. W przeciwieństwie do tego obecnie normą stało się przedstawianie losów postaci cechujących się prostactwem moralnym i odrażającymi nawykami. Pisarze dostosowują się do tych standardów, ponieważ nie znają wyższych, podobnie jak łobuz dokucza, bo nie wie, jak się przypodobać, ale nie jest to wyłącznie ich wina. Gdyby którykolwiek spróbował wprowadzić do swej twórczości postacie kierujące się wzniosłymi pobudkami, zostałby bezlitośnie wyśmiany przez odbiorców, dla których jedynym znanym sposobem wyrażania osądu są trywialne i grubiańskie komentarze” – podsumowuje angielski historyk i pisarz Henry J.A. Sire.

Czyż nie to samo dzieje się w edukacji, gdzie ekranizacje, komiksy, streszczenia wypierają oryginały, lista dzieł klasyki literackiej topnieje w oczach, literatura piękna eliminowana jest na rzecz głupawej felietonistyki i w zasadzie cała nauka ogranicza się do kursów, które jeszcze niedawno uważano by za obrazę dla inteligencji?

Trudno przeoczyć, w jaki sposób ewoluują język angielski i inne języki europejskie. Jaką uciechę sprawiają ludziom posługującym się nimi błędy ortograficzne i gramatyczne, zniekształcenia słów, prymitywne kalambury. W jaki sposób z naszego języka wypierane są formy grzecznościowe i zwroty kurtuazyjne (na rzecz okrzyków kojarzących się z kulturą sołdatów, w rodzaju „Siema!”). A zarazem nieustannie podkreśla się wyższość naszego wieku, naszej kultury, traktując z pogardą dokonania minionych epok i dawnych mistrzów. Mogą być one co najwyżej ornamentem albo przykładem staroświeckiej przebrzmiałej mody. Nie dostrzega się już niemal żadnej ich wartości dla cywilizacji.

Od cywilizacji do wtórnego barbarzyństwa

Wobec historii cywilizacji chrześcijańskiej prowadzona jest konsekwentnie w mediach i na wyższych uczelniach, od wielu dziesięcioleci, pedagogika wstydu. Ten proces w ciągu ostatnich lat przyspiesza gwałtownie. „Pięćdziesiąt lat temu większość ludzi skłonna była przynajmniej uznać, że cywilizacja jest czymś lepszym niż barbarzyństwo – zaznacza Henry J.A. Sire. – Obecnie jesteśmy świadkami nieustannego oczerniania cywilizacji i gloryfikowania stanu dzikości. Krytyka ta dotyczy niemal wszystkiego: okresu świetności Cesarstwa Rzymskiego, kolonizacji prowadzonej przez mocarstwa europejskie, a nawet wyparcia ludów myśliwskich przez miasta kultury neolitycznej i epoki brązu. Intelektualiści akceptują idealizację prymitywnych społeczeństw, niczym chór stalinowskich profesorów dostosowujących się do linii partii” – dodaje.

Cóż, larwa i chrząszcz na talerzu w sosie własnym, lansowane przez misjonarzy nowej ery ludzkości wyzwolonej z okowów cywilizacji jako ekstrakt zdrowia i gwarancja przetrwania naszej planety – to tylko skromna wisienka na torcie wieloletnich zasług w zakresie przewracania nam w głowach przez „nową lepszą kulturę”, pozbawioną wszelkich kompleksów wobec dokonań naszych przodków. „Powinniśmy przygotować się na następny etap postępu, w którym inteligencja otwarcie głosi, że jest niecywilizowana i dumna z tego faktu” – pisał Henry J.A. Sire w 2015 r.

Wszystko wskazuje na to, że okres przygotowań już się zakończył. Prezydent miasta Warszawy, właściciel paru dyplomów, wyedukowany na europejskich uczelniach, właśnie nam to ogłosił.