Marszałek Sejmu wyautowany przez ambasadora USA.

Otrzeźwienie -duża część Polaków właśnie zobaczyła, gdzie kończy się wolność słowa warszawskich polityków.
To, co wydarzyło się w ostatnich kilkudziesięciu godzinach wokół wypowiedzi marszałka Sejmu Włodzimierz Czarzasty, reakcji ambasadora USA Tom Rose oraz powściągliwego stanowiska Donalda Tuska, okazało się czymś znacznie większym niż kolejną polityczną awanturą. To był zbiorowy moment „aha”- nie intelektualny, lecz doświadczalny. Nie dlatego, że ktoś obraził Donald Trump. Nie dlatego, że ambasador zerwał kontakty z marszałkiem Sejmu. Ale dlatego, że po raz pierwszy w XXI wieku tak jasno i publicznie pokazano, iż obce państwo może wyznaczyć granice tego, co wolno mówić polskim politykom — i zrobić to bez żadnej reakcji państwa. To nie była dyplomacja. To była demonstracja hierarchii.
Wpis ambasadora USA nie był zwykłą uwagą dyplomatyczną. Nie był „wyrażeniem zaniepokojenia”. Był sygnałem władzy, jeśli polski polityk krytykuje prezydenta USA, poniesie konsekwencje. Konsekwencje nie w zamkniętej rozmowie, nie w nocie dyplomatycznej, tylko publicznie, na X, na oczach wszystkich.
I właśnie to dotarło do ludzi. Mniejsza o treść krytyki lub personalia.
Tylko sam fakt pokazania granicy: „a więc tak wygląda nasza suwerenność”. Reakcje internautów bardzo szybko przestały dotyczyć Czarzastego jako osoby. Skupiły się na jednym odczuciu: „Właśnie zobaczyliśmy, jak to naprawdę działa”.
Powtarzały się te same myśli:
„To nie partnerstwo, tylko układ silniejszy–słabszy”.
„Obcy ambasador mówi, co wolno polskiemu marszałkowi”.
„Dziś USA, jutro każdy, kto ma więcej siły”.
„Można Czarzastego nie lubić, ale to już jest za daleko”.
To nie była wojna partii politycznych i ich zwolenników. To był instynktowny sygnał nagiej prawdy. Czarzasty jest tylko pretekstem.
Cała reszta była komunikatem skierowanym do wszystkich:
gdzie są granice,
kto je wyznacza,
kto musi się z nimi liczyć.
Najbardziej uderzające było to, czego nie usłyszeliśmy ze strony polskiego państwa. Nie padło zdanie: „To jest ingerencja w nasze sprawy”. Było za to milczenie, unikanie tematu, gaszenie emocji bez nazwania przyczyny. I wtedy wielu ludzi zrozumiało coś bardzo prostego- te granice są znane, wszyscy je czują, nikt nie chce ich głośno nazwać.
Dlatego to otrzeźwienie było potrzebne. Mam nadzieję, że nie pójdzie na marne. Bo dopóki żyjemy w opowieściach o „pełnej suwerenności”, „partnerstwie opartym na wartościach”, dopóty żyjemy w iluzji. Ta iluzja pękła. Lepiej zobaczyć gorzką prawdę raz, niż przez lata karmić się wygodnym kłamstwem. Za kilka dni pojawi się nowy temat. Nowa burza w mediach. Nowa awantura.
Ale ten moment warto zapamiętać. Bo Polacy nie zostali „upokorzeni” przez jedną wypowiedź. Polacy zobaczyli mechanizm, w którym od dawna funkcjonują. I jeśli ta świadomość zostanie — to byłby to jeden z ważniejszych momentów ostatnich lat.
Bo każda realna zmiana zaczyna się nie w deklaracjach, tylko w widzeniu rzeczy takimi, jakie są.