Ceny energii pójdą ostro w górę, to dramat! Rządy głupców-ideolo.

Ceny energii pójdą ostro w górę, to dramat!

[Mój komentarz na końcu, doczytaj. md]

https://pch24.pl/ceny-energii-pojda-ostro-w-gore-to-bedzie-dramat

(Fot. pixabay.com)

Ceny energii będą drożeć, to więcej niż pewne. Polski biznes już ma potężne problemy, a te będą tylko narastać. Europejskie założenia transformacji energetycznej oznaczają dla naszego kraju regularną katastrofę. Mówił o tym w rozmowie z PCh24.pl dr inż. Mirosław Gajer z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, ekspert Fundacji Wolność i Własność.

Jak plasują się ceny energii w Polsce na tle innych krajów?

Są naprawdę wysokie – w zasadzie należą do jednych z najwyższych. Gospodarstwa domowe tak tego nie odczuwają, bo są chronione przez rząd; przedsiębiorcy są jednak w tragicznej sytuacji. Właściciele piekarni, cukierni, małej gastronomii czy nawet niewielkich warsztatów albo punktów usługowych mają ogromne problemy. Płacą za energię elektryczną trzy, nawet cztery razy więcej niż w gospodarstwie domowym. Mali przedsiębiorcy coraz częściej tego nie wytrzymują – ich biznesy znikają w oczach.

Dlaczego jest aż tak źle?

Kluczową rolę odgrywa podatek ETS – Emission Trading System. Obecnie do każdej tony spalonego węgla trzeba dopłacić aż 87 euro. Ceny pozwoleń na emisję CO2 cały czas wzrastają. Początkowo nie wyglądało to tak źle – pozwolenia kosztowały dosłownie kilka euro. Kilka lat temu cena zaczęła gwałtownie rosnąć. W pewnym momencie przebiła nawet 100 euro; później nastąpiła korekta, ale wracamy teraz do trendu wzrostowego. To zgodne z zamierzeniami całej polityki energetycznej Unii Europejskiej – liczba pozwoleń wypuszczonych na rynek ma być coraz mniejsza, a to oznacza, że cena musi iść w górę. W ten sposób zmusza się takie kraje, jak Polska, do odejścia od spalania węgla.

Jeżeli nie węgiel, to w praktyce – co?

Tu jest pies pogrzebany. Nie jesteśmy Norwegią, która pozyskuje 90 proc. energii elektrycznej z wody. Norwegowie zostali obdarowani przez Stwórcę górami, lodowcami i bogatą siecią rzeczną. Jest ich zresztą tylko kilka milionów, mogą więc czerpać ze źródeł odnawialnych. Duży udział hydroenergii ma też Szwajcaria, nieźle jest w Austrii. W Polsce tak się nie da. Nie mamy odpowiednio wielkich rzek, nasz kraj jest w większości nizinny. Hydroenergia u nas się nie sprawdzi. Tymczasem żadną realną alternatywą nie jest ani fotowoltaika, ani energetyka wiatrowa.

Dlaczego? Fotowoltaika staje się coraz bardziej popularna.

Nie da się w ten sposób zastąpić węgla. Fotowoltaika w naszych warunkach jest sezonowa. Większa produkcja jest w okresie od równonocy wiosennej do równonocy jesiennej, czyli od marca do września. Od listopada do stycznia o fotowoltaice można z kolei w ogóle zapomnieć. Przykładowo w grudniu wkład fotowoltaiki do miksu energetycznego wynosi poniżej 2 procent. Z tej perspektywy fotowoltaika nie ma po prostu żadnego znaczenia.

Skąd mamy dziś energię?

Można to łatwo sprawdzić na stronie operatora Polskich Sieci Energetycznych, pse.pl. Obecne zapotrzebowanie to około 24 gigawatów. Elektrownie cieplne generują około 20 gigawatów. To przede wszystkim elektrownie węglowe; bloki gazowo-parowe opalane gazem ziemnym generują około 5 gigawatów. Z węgla mamy zatem 15 gigawatów. To w większości stare elektrownie budowane jeszcze w czasach Edwarda Gierka, a częściowo nawet wcześniej, bo za Gomułki. Problem polega na tym, że zgodnie z planem te elektrownie mają być systematycznie likwidowane, bo tego wymaga od nas Unia Europejska. Przykładowo do 1 stycznia mają zostać zamknięte dwa bloki w elektrowni Dolna Odra, a kolejne dwa do końca sierpnia przyszłego roku.

To skąd będziemy brać energię?

To jest dobre pytanie. System elektroenergetyczny musi być cały czas w stanie równowagi mocy. Trzeba generować tyle mocy, ile żądają odbiorcy. Jeżeli generujemy za mało, konieczne staje się ogłoszenie tak zwanych stopni zasilania. Wtedy duzi odbiorcy energii o mocy przyłączeniowej powyżej 300 kW muszą dokonać redukcji poboru mocy. Jeżeli tego nie zrobią, grożą im kary finansowe. W skrajnym przypadku ogłasza się tak zwane 20 stopni zasilania. Wówczas operator może wyłączyć dosłownie każdego, żeby ratować system elektroenergetyczny przed rozpadem.

Rozpadem? Co to znaczy?

Jeżeli generowanej mocy jest zbyt mało w stosunku do potrzeb odbiorców, to zaczyna spadać częstotliwość. Rosną wartości przepływów na połączenia transgraniczne. Sąsiedzi mogą się w takiej sytuacji od nas odciąć, a wtedy nasz system pada. Rozsypuje się jak domek z kart. Poszczególne generatory wypadną z pracy – i dochodzi do blackoutu. Coś takiego zdarzyło się w Hiszpanii 28 kwietnia 2025 roku. Pamiętam z dzieciństwa ogłaszane 20 stopni zasilania, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. To było na przełomie lat 70. i 80., kiedy występował spory deficyt mocy w naszym systemie elektroenergetycznym. Rozwiązało go dopiero wybudowanie nowej elektrowni, która dała dodatkowe 12 bloków energetycznych o mocy 360 megawatów każdy.

Co w takim razie dzisiaj? Wspominał Pan o Norwegii czy Szwajcarii, ale czegoś takiego oczywiście nie zrobimy. Są jednak inne kraje o nieco podobniejszej geografii, na przykład Niemcy. Można byłoby zakładać, że jest w Europie jakiś konkretny pomysł, jak ogarnąć w przypadku Polski czy RFN odejście od węgla. Nie jest tak?

Fotowoltaika w Niemczech też się nie sprawdza – daje im w sumie 14 procent miksu energetycznego w skali roku, u nas to jest 9 procent. Co ciekawe, Niemcy mają o wiele więcej fotowoltaiki niż my, ale to się wcale nie przekłada na jej procentowy udział w całości miksu. To wynika ze specyfiki pracy instalacji fotowoltaicznych, która jest okresowa, tak jak mówiłem wcześniej. Dlatego Niemcy faktycznie bazują ciągle na węglu. Na ternie byłego NRD działa szereg kopalń odkrywkowych. W Hambach pod Kolonią znajduje się największa kopalnia odkrywkowa w całej Europie. Z drugiej strony, Niemcy mają też dużo bloków gazowo-parowych, inaczej niż my. Ja nie potrafię sobie wyobrazić odejścia od węgla w Polsce. Tymczasem losy elektrowni są niepewne. Na przykład Turów: elektrowni cofnięto tam decyzję środowiskową i teoretycznie może pracować jedynie do końca 2026 roku.

Jednak Unia Europejska postanowiła niedawno, że do 2040 roku kraje członkowskie obniżą emisję CO2 aż o 90 proc. względem poziomu z 1990 roku. To tylko 15 lat, poprzeczka jest zawieszona zatem bardzo wysoko.

Moim zdaniem to są całkowicie nierealistyczne założenia. Przeczą prawom fizyki. Chyba, że zrezygnujemy z produkcji przemysłowej, rolnictwa i transportu – wtedy się uda! W normalnych warunkach – nie. Norwegowie mogą czerpać sobie 90 proc. energii elektrycznej z wody, uzupełniając to wiatrem i biomasą. W ich przypadku można zrezygnować z emitowania CO2. Nam to się jednak nie uda.

Mówiliśmy o fotowoltaice, ale co z energią wiatrową? Wiatraków powstaje coraz więcej – bo wieje przecież często także zimą, kiedy słońca nie ma.

Roczny wkład ze źródeł wiatrowych wynosi w miksie energii 15 procent. To lepiej niż w przypadku fotowoltaiki i w Polsce jest jeszcze potencjał do wzrostu. Problem w tym, że ten potencjał nie jest nieograniczony. Dobre tereny pod energetykę wiatrową występują jedynie na wybrzeżu i na Suwalszczyźnie. Nieco gorsze, choć jeszcze dość zdatne, w pasie pomiędzy Poznaniem a Warszawą. W pozostałych częściach kraju montowanie wiatraków jest dalece mniej sensowne. Wiatrak na Dolnym Śląsku czy na Lubelszczyźnie nie wyprodukuje tyle energii, co wiatrak nad morzem. Dostępność korzystnych lokalizacji będzie się szybko zmniejszać. Szacuję, że z wiatru możemy czerpać maksymalnie 25 proc. energii w całym miksie.

Energia wiatrowa jest pewniejsza od słonecznej?

Nie do końca. Energia kinetyczna wiatru zależy od trzeciej potęgi jego prędkości. To jest silna zależność. Dwukrotne zwiększenie prędkości wiatru to aż ośmiokrotne zwiększenie mocy wiatraków. Przez większość czasu – około 300 dni w roku – wiatraki w Polsce pracują dość słabo, dają kilkanaście, a często nawet mniej niż 10 procent mocy, którą mogłyby generować przy pełnej sile obrotów. Lepiej jest tylko wtedy, kiedy zrywają się silne wiatry. Wtedy wiatrak generuje 70-80 proc. dostępnej mu mocy. Tak jest jednak średnio przez 40-60 dni w roku, co zmienia się też w zależności od roku. Przykładowo w grudniu 2025 roku z wiatrem jest dość słabo. Czasem przychodzi też flauta, kiedy po prostu w ogóle nie wieje. Tymczasem żeby wiatrak się w ogóle kręcił, jest potrzebna pewna prędkość minimalna. W listopadzie ubiegłego roku wystąpiła bardzo długa flauta. W Niemczech jest nawet osobne słowo: „Dunkelflaute”, „ciemna flauta”, kiedy przez wiele kolejnych dni wiatraki praktycznie w ogóle nie pracują. Wiatraki nie są zatem pewnym źródłem energii.

Jaki zatem polskie władze mają pomysł na sprostanie unijnym wymogom?

Nie wiem – chyba nie mają żadnego. W Krajowym Planie dla Energii i Klimatu przedstawia się kompletnie nierealistyczne scenariusze. Rządzący przyjmują, że po roku 2035 nie będzie w ogóle energii z węgla. Teoretycznie ma go zastąpić gaz ziemny, ale głównym źródłem mają stać się fotowoltaika, wiatraki lądowe oraz wiatraki morskie. Z opisanych wyżej przyczyn to się jednak w praktyce nie sprawdzi – dochodzimy do ściany, założenia rozbijają się o prawa fizyki.

Władze liczą zatem na to, że Unia Europejska blefuje i węgiel będzie dalej dostępny?

Póki pracują jeszcze stare elektrownie węglowe, jesteśmy bezpieczni. Do 2028 roku pracę ma jednak zakończyć w sumie około 40 działających bloków w takich elektrowniach. Od 2030 roku rusza likwidacja elektrowni w Bełchatowie, która jest absolutnie kluczowa dla naszego systemu elektro-energetycznego. Obliczenia wskazują, że po 2030 roku deficyt energetyczny może wynosić nawet 10 gigawatów. To absolutna katastrofa, niewyobrażalna ilość mocy. Żeby jakoś to zbilansować, trzeba byłoby dosłownie wyłączyć pół Polski. Teoretycznie węgiel można byłoby zastąpić gazem; tu są podejmowane jakieś działania, w niektórych elektrowniach buduje się bloki gazowe. To jednak wciąż zdecydowanie zbyt mało w stosunku do potrzeb. Obserwujemy systematyczny wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną. Co kilka lat bity jest kolejny rekord. Ostatni padł w styczniu 2024 roku – to było prawie 29 gigawatów. Wystarczy solidny mróz w styczniu 2026 roku i ten rekord zostanie pobity – ludzie mają dużo pomp ciepła, dogrzewają się piecykami elektrycznymi i tak dalej. Jeżeli zapotrzebowanie przekroczy 30 gigawatów, to już dzisiaj trudno byłoby to zbilansować. Trzeba byłoby ogłosić stopnie zasilania, żeby zredukować pobór mocy. W ostateczności ogłosić 20 stopni zasilania i po prostu wyłączyć niektórych odbiorców. Trzeba pamiętać, że to się wiąże z dużymi kosztami, bo jeżeli zostaną przerwane procesy produkcyjne, to niektóre urządzenia mogą się już nie nadawać do dalszego użytku.

Ceny energii będą zatem tylko rosnąć?

Oczywiście. Polski biznes ma już dziś duże problemy i będzie coraz gorzej. Wzrost cen energii jest więcej niż pewny. Wiele zależy oczywiście od tempa zmian narzucanych przez Unię Europejską. Spodziewam się jednak, że solidna zima w najbliższych latach – najpóźniej w roku 2029 – doprowadzi do poważnego głodu energetycznego, kiedy energii będzie po prostu brakować. Pamiętam, że w dzieciństwie musiałem odrabiać zadania domowe przy świeczkach, a później przy lampie naftowej, bo ogłaszano 20 stopni i odłączano odbiorców od prądu. Mam jeszcze tamtą lampę naftową, jest przedwojenna. Może mi się jeszcze przyda.

Oby tak nie było. Bardzo dziękuję za rozmowę!

==============================

Mirosław Dakowski

A o konieczności inwestowania w magazyny energii, tak lokalne, jak i ogólno-polskie, nikt nie wspomina, nikt z „tych z gry” nie myśli nawet. Ani autor tego , dobrego artykułu.

Możność odłączenia sieci lokalnych, kierowanych przez dobrych, tj. rozsądnych inżynierów od sieci ogólno-krajowej w wypadku jej padania, czyli block-outu, uratuje rozsądnych. A to jest technicznie i informatycznie łatwe.

A NAJWAŻNIEJSZE: uciec spod walącej się UE, odejść jak najszybciej od tych satanistycznych idiotów -zielonych komunistów. To też jest wykonalne.