NIEDALEKO PADA JABŁKO OD JABŁONI
Krzysztof Baliński
Gdy pierwszego dnia agresji zginęło 175 irańskich dziewczynek, zapytany o to Władysław Teofil Bartoszewski stwierdził: „Natomiast jeśli chodzi o tę szkołę, to akurat tak się składa, że to nie izraelski pocisk ją zniszczył”. „Tylko amerykański?”- dopytywał dziennikarz. „Nie, tylko irański. To irański pocisk trafił w szkołę. Takie mamy informacje”. I nie ważne, że pojawiło się mnóstwo dowodów na to, że to nieprawda. Nieważne, że potwierdził to nawet żydowski „New York Times”.
„W Strefie Gazy Izrael zbombardował 90 procent szpitali. Czy w końcu pan przyzna, że dokonuje zbrodni przeciwko ludzkości?” – takie pytanie od widza przeczytał prowadzący rozmowę. „Nie. Nie dokonuje” – odpowiedział, i po chwili dodał: „Benjamin Netanjahu nie jest zbrodniarzem wojennym”. I w tym przypadku reakcją było oburzenie: Jesteś pan podłym kłamcą. Wstyd i hańba. Izrael dokonał ludobójstwa w Strefie Gazy, terroryzuje Palestyńczyków, napadł na Iran, a ty kłamiesz! Kto mu dostarcza informacje? Nie wiem, ale się domyślam”. I rzeczywiście – ktoś, kto powiela kłamliwe tezy kraju oskarżonego o zbrodnie, przestaje być dyplomatą, staje się urzędnikiem obcego państwa i mamy prawo zapytać: Kogo reprezentuje w polskim MSZ, Państwo Polskie czy Izrael? I jeszcze jedno: Gdy Izrael mordował Palestyńczyków, Teofil raczył nas cymesami: „Żydzi są naszymi braćmi. Musimy się z państwem Izrael identyfikować”.
To nie pierwsza haniebna wypowiedź Żyda pełniącego ważną funkcję w polskim MSZ. To nie pierwszy raz wiceszef polskiej dyplomacji powiela obcą propagandę. Pytany o otwartą w polskim Lwowie „wojskowo-patriotyczną szkołę Banderowiec”, nie tylko usprawiedliwiał Ukraińców, ale buńczucznie oświadczył: „Z całą pewnością nie będziemy wzywać ambasadora Ukrainy”. I te słowa także doczekały się komentarzy: „To wstyd i hańba. To wybielanie zbrodniczej ideologii (…) A gdyby w Berlinie powstała szkoła ‘Hitlerowiec’, też nie byłoby reakcji MSZ?”.
W polityce nie zawsze mówi się prawdę. Ale nawet wtedy są granice przyzwoitości. Tu przypomnijmy słowa ojca Teofila: „Warto być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto”. Teofil uznał jednak, że nieprzyzwoitość się opłaca. Z tym, że jego wypowiedzi nie tylko są nieprzyzwoite, ale szkodzą wiarygodności państwa i rządu.
Godnym następcą ojca jest także z innego powodu – chorobliwej pazerności. Prof. Andrzej S. Ciechanowiecki założył Fundację Zbiorów im. Ciechanowieckich (wyposażyła Zamek Warszawski w 3 tysiące dzieł sztuki) oraz prywatną fundację o łacińskiej nazwie Non Omnis Moriar, do której przekazał swój majątek. Teofil, którego Ciechanowiecki był ojcem chrzestnymi i sfinansował studia w Cambridge, założył spółkę o żydowskiej nazwie Max and Max Limited, sprzeniewierzył powierzony mu w zarząd majątek, a za przywłaszczone pieniądze kupił kilka apartamentów.
Kiedy jego dobroczyńca odkrył oszustwo i rozczarowany chrześniakiem zażądał zwrotu pieniędzy, Teofil prezesem spółki mianował żonę, przekazał jej wszystkie udziały, spółkę rozwiązał, apartamenty sprzedał i kupił 600-metrowy dworek wraz z 11-hektarową działką. Ale to nie koniec problemów z Teofilem, bo: sąd wycenił przekręt na 17 milionów, sąd rejonowy w Wołominie zablokował księgę wieczystą nieruchomości, prokuratura bada przepisanie majątku na żonę.
Trwa zmowa milczenia wobec wyroku sądu. Milczą przełożeni Teofila – Donald i Radek. Milczy Władek, bo wiedzieć trzeba, że Teofil jest członkiem PSL, do którego przystąpił, gdy z poręki partii dostał się do Sejmu. Zareagował jedynie bloger: „Ja pierdolę?! Naprawdę?! Nikomu to nie przeszkadza?!”. A my pytamy: Czy człowiek o poglądach członka szowinistycznej izraelskiej partii, wyraża oficjalne stanowisko PSL? Nawiasem mówiąc, członkiem PSL był także ojciec Teofila, i pytanie, czy Teofil godnie reprezentuje Kosiniaka-Kamysza, powinny poprzedzić pytania: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Czy dyplomacja (i cały rząd) wpadła w ręce idiotów? Nie od rzeczy będzie też przytoczyć żydowskie przysłowie: Jeśli ktoś wygląda jak idiota, mówi jak idiota to na pewno jest idiotą.
W 1980 roku Teofil, ot tak sobie, wyjeżdża do Anglii. Szybko uzyskuje stopień doktora w dziedzinie antropologii kulturowej. Zostaje nauczycielem historii Żydów na Uniwersytecie Londyńskim oraz dyrektorem Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich w Oksfordzie. W latach 1991-2006 jest konsultantem (i członkiem zarządu) spółek giełdowych w brytyjskiej firmie Central Europe Trust, gdzie nadzorował projekty w sektorze telekomunikacyjnym i energetycznym. Zostaje dyrektorem na Polskę w banku JP Morgan i dyrektorem Credit Suisse w Polsce, a potem prezesem zarządu Domu Maklerskiego PGE oraz wiceprezesem zarządu Exatel (spółki skarbu państwa, dostawcy technologii telekomunikacyjnych i cyberbezpieczeństwa, właściciela największej sieci telekomunikacyjnej w Polsce). I nikogo nie dziwiło, że wszystkie te fuchy sprawował historyk, antropolog kultury!
I jeszcze jedno – w Sejmie wszedł w skład Komisji do Spraw Energii i Aktywów Państwowych. I gdy Teofil na mównicy sejmowej kiwa się w takt muzyki klezmerskiej, to przypominają się słowa jego ojca (który Teofila wydziedziczył!), inspirowane jakoby mądrością ludową: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. I narzuca się pytanie: Czy skłonność do geszeftów jest dziedziczna? Tu pamiętać trzeba, że Niemcy sprawnie zbudowali w Polsce swoje lobby nie poprzez przedstawicieli mniejszości niemieckiej, ale żydowskiej, ludzi o żebraczym usposobieniu, kupionych za niemieckie srebrniki. Jednym ze sposobów jest zapraszanie do wygłaszania prelekcje, które są okazją do korumpowania prelegentów. Jednym z nich był ojciec Teofila. Ile na tym zarobił, nie wiemy. Wiemy natomiast, że UOP przesłał do MSZ trzy raporty nt. zagrażającego bezpieczeństwu państwa zachowania Janusza Reitera, ambasadora RP w Niemczech z poręki Bartoszewskiego, który za „wykłady” zarabiał trzykrotnie więcej, niż wynosiło jego ambasadorskie uposażenie.
Innym sposobem jest przyznawanie nagród i medali, a właściwie związanych z nimi gratyfikacji pieniężnych. Tu modelowym przykładem był „otoczony szczególnym szacunkiem w Niemczech” ojciec Teofila, który przyjął złoty medal Gustawa Stresemanna, kanclerza Niemiec i polakożercy. I w tym miejscu warto przypomnieć słowa Prymasa Tysiąclecia:„Nie ma polskiej polityki za niepolskie pieniądze”. A co do „prelekcji”, to nigdy nie ma w nich krytycznego słowa pod adresem gospodarzy. Mnóstwo natomiast o ksenofobii Polaków i ich współudziale w eksterminacji Żydów. Ojciec Teofila twierdził, że „w czasie okupacji bardziej bał się Polaków niż Niemców” a „Polacy to ochrzczony motłoch”. Teofil uważa, że premier Izraela nie popełnia zbrodni, a „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. A my pytamy: Czy Teofil za korzyści osobiste jest gotów, jak ojciec, mówić wszystko? I czy w jego przypadku nie jest trafnym powiedzenie: Niedaleko pada jabłko od jabłoni?
Niemieckie lobby to także aktywa niemieckich służb specjalnych. Okazało się, iż wiele osób wyselekcjonowanych przez ojca Teofila na odcinek niemiecki miało kłopoty lustracyjne. Znawcy archiwów PRL-owskiej bezpieki mówili z pełnym przekonaniem, iż w 1954 r. podjął wobec departamentu I MSW zobowiązanie do zdawania szczegółowych relacji ze swych podróży po RFN, w większości sponsorowanych i opłacanych przez MSW. Po 1989 r. wykazał się dużym zapałem lustracyjnym i dekomunizacyjnym. Ale nie było tego widać podczas urzędowania w MSZ i wcześniej na placówce w Wiedniu, gdzie dbał o przedstawicieli bezpieki, a po powrocie do kraju zatrudnił ich i ich żony w MSZ. Inna sprawa, że ci odwdzięczali mu się pisaniem na niego raportów do UOP.
Był zdecydowanym zwolennikiem, by Sikorski objął tekę szefa resortu dyplomacji. Tusk (mimo iż wiedział o afiliacjach Radka z brytyjskim MI6) chciał mu początkowo dać resort obrony, ale pomogła interwencja Władysław Bartoszewskiego, który zresztą publicznie to przyznał: „To był mój pogląd, że jest to najodpowiedniejszy kandydat, tego poglądu do dzisiejszego dnia nie zmieniłem”. Gdy Bartoszewski został ministrem, zawzięcie bronił ambasadorów mianowanych przez swego poprzednika TW „Buyer” i otwarcie manifestował wrogość do lustracji i dekomunizacji. Odchodząc z MSZ, z rozrzewnieniem wspominał: „Ambasadorami zrobiłem takich PZPR-owców, którym za komuny nawet by się to nie śniło” i szczycił się: „W ciągu 15 miesięcy mianowałem 47 ambasadorów, dzięki dobrej współpracy z A. Kwaśniewskim. Tylko trzech pracowników odwołałem, ale z nowej kadry, w tym jednego z ZChN. Zostawiam MSZ w dobrym stanie”.
Władysław Bartoszewski przez lata był „na utrzymaniu” Marion Dehnhoff, u nas przedstawianej, jako główna postać pojednania niemiecko-polskiego. Tymczasem prasa niemiecka ujawniła, iż hrabina była agentką Urzędu Ochrony Konstytucji, czyli niemieckiej bezpieki. Teofil przez lata był na utrzymaniu Żydów, jako dyrektor w Instytucie polsko-żydowskim w Londynie. Radek Sikorski wygadał się, że Instytut „pomagał organizować” jego serdeczny londyński przyjaciel Maciej Jachimczyk, stypendysta organizacji „Church In Need”, powołanej w celu niesienia pomocy prześladowanym po drugiej stronie żelaznej kurtyny chrześcijanom. Radek nie dopowiedział jednak, że Maciej przeszedł na islam, że w latach 90. był szefem Ośrodka Czeczeńskiego w Krakowie i że UOP uznawała go za człowieka związanego z rosyjskimi służbami, zagrażającego bezpieczeństwu Polski (a w tym samym czasie rosyjski „Kommiersant” kpił: „Sikorski włączył do resortu ludzi, którzy kształcili się w radzieckich akademiach wojskowych, więc mogli być związani z rosyjskimi służbami specjalnymi”).
Teofil Bartoszewski nie dostał od ABW poświadczenia bezpieczeństwa (które daje dostęp do tajnych dokumentów), a mimo to został wiceministrem. Ma też (tak, jak Radek) podwójne obywatelstwo. Mamy zatem prawo zapytać: Dla kogo pracuje i czy skłonność do obcych wywiadów jest dziedziczna?
Mamy też prawo znać przeszłość takich ludzi i postawić pytanie: Kim jest Teofil? Ojciec utrzymywał, że był synem urzędnika bankowego. Z kręgów ojca chrzestnego Teofila, potomka kresowej rodziny ziemiańskiej dotarło, że pierwotnie nazywał się Bartosiak i pochodził ze wsi Żaby, gdzie był lokajem na miejscowym dworze. Ursynowsko-natoliński tygodnik „Pasmo” z 18.09.97 r. w rubryce „Wierzcie nie wierzcie” relacjonował, iż na zorganizowanym przez Unię Wolności w parku przy stacji metra Natolin festynie wyborczym „Bartoszewski z werwą opowiadał na estradzie […] w b. ciekawym wątku osobistym o swoim dzieciństwie w biednej rodzinie żydowskiej”.
Sam Bartoszewski przyznał w Knesecie: „Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym trzech szefów dyplomacji było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę”. W zakres kompetencji Teofila weszły relacje z diasporą żydowską i nadzór nad urzędem pełnomocnika ds. kontaktów z diasporą żydowską, który powołał jego ojciec. No i pierwszą żoną starego Bartoszewskiego, a matką Teofila była starsza od męża o siedem lat Antonina Mijal, bratanica znanego działacza Komunistycznej Partii Polski ( i później PPR) Kazimierza Mijala. Bądźmy jednak obiektywni – żona Teofila to czysty typ aryjski, bo jej pradziadkiem był pruski generał Helmuth von Moltke.
Pora zatem zawołać: Jeśli tak wygląda minister twojego kraju, to już dawno nie jest to twój kraj! Ojciec Teofila jest autorem obowiązującej do dziś dyplomatycznej doktryny: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu”. Tymczasem swoim szkaradnym semickim wyglądem (jednym z jego pseudonimów w MSZ był – „nietoperz”) naruszał powagę urzędu. Brak mu było też najzwyklejszej schludności. Liche garnitury wiszące na nim jak na drucianym wieszaku, kołnierz marynarki odstający od karku na szerokość pięści. Nie tylko nosił byle co, ale pachniał, czym zjadł. Niekorzystny wizerunek pogarszał sposób mówienia – wrzeszczał, ślinił się, a nawet pluł. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, w obecności Żydów spisywał się na medal – przywdziewał elegancką, atłasową jarmułkę. No i mamy to, co mamy: na dyplomatycznych salonach bryluje syn „nietoperza” i pupilek Bartoszewskiego, dżentelmen z Chobielina o wyglądzie fryzjerczyka. Bo przełożony Teofila ma nietypową urodę: kałmuckie rysy, zapuchnięte ponure oczy, przetłuszczone włosy, niewyprasowane i poplamione spodnie.
Człowiek zaczyna się przedstawiać zanim otworzy usta. Znalazło to wyraz w powiedzeniu:Jak cię widzą tak cię piszą. U dyplomaty ważne, co mówi, ale nie mniej ważny jest wygląd. To profesja wybitnie reprezentacyjna. Staranność ubioru dyplomaty jest przejawem szacunku, bylejakość oznacza lekceważenie partnerów. Niechlujny wygląd to także sygnał – ten człowiek nie radzi sobie z sobą, więc nie poradzi sobie z zadaniem, które ma wykonać. Dyplomaci i w ogóle ludzie piastujący stanowiska publiczne muszą przy tym pamiętać, że występują nie tylko w swoim imieniu, lecz państwa, nas wszystkich. Tu zacytujmy francuskiego polityka Paula Cambon: W świecie polityki nie wystarczy mieć rację, trzeba się jeszcze podobać i umieć zachować.
Sytuacja geopolityczna Polski jest niezwykle trudna. Ważą się losy kraju. Potrzebni są finezyjni i profesjonalni dyplomaci, a nie notorycznie przegrywające miernoty, przynoszący Polsce same straty. Potrzebny jest MSZ, a nie jego atrapa. Dziś urzędowi temu potrzebne są szczególnie: pełna odnowa, in capite et in membris (w całości i w szczegółach), przywrócenia narodowego charakteru, kompetentni lojalni dyplomaci służący państwu polskiemu, o życiorysach przejrzystych dla opinii publicznej, a nie Mosadu.
Krzysztof Baliński
==========

————————————

—————————–
