Szpieg – mój przyjaciel. Cz.1. Odwieczne proste prawdy

Szpieg – mój przyjaciel. Cz.1. Odwieczne proste prawdy

=============================

[Po konsultacjach – umieszczam. Argument:

Za dużo ludzi młodych gromadzi się wokół Brauna, a więc ktoś wpadł na pomysł, by odgrzać jakiś konserwatywny kotlet tworząc alternatywę dla nowego pokolenia „młodych konserwatystów”. To [przypominanie tego obrzydliwego pedryla md] naprawdę wygląda na wist przedwyborczy. Ktoś raczej Krasnodębskiego o to poprosił. Z tym, że uczestnicy to dawno pobite gary.

=============================================

Henryk Krzeczkowski, Proste prawdy, wyd. Ararat, Warszawa 1996, książka dofinansowana przez Ministerstwo Kultury i Sztuki

Wspominany tu niedawno przeze mnie szpieg z czasów zygmuntowskich – Mikołaj Nipszyc podpisywał się w korespondencji do księcia Albrechta nieco mniej swojsko brzmiąco imieniem i nazwiskiem: „Nykel NYBSCHYTZ”. Wiktor Szymaniak, który tropił jego działalność nad wyraz dzielnie, ale zdecydowanie zbyt krótko (umarł w wieku 52 lat – w niecałe trzy lata po wydaniu „Roli dworu polskiego w polityce zagranicznej Prus Książęcych”). Opisał modus operandi Nipszyca w innej swojej książce dotyczącej „Organizacji dyplomacji Prus Książęcych na dworze Zygmunta Starego 1525-1548”. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment:

„Mikołaj Nipszyc, oprócz zaangażowania w pracy służbowej, znajdował czas i na życie towarzyskie, które kwitło na renesansowym dworze Zygmunta I. Trafił do założonego przez Korybuta Koszyrskiego stowarzyszenia „opilców i obżarców” i nawet stał na jego czele wraz z Janem Dantyszkiem i Janem Zambockim. Nipszyc z racji miejsca w tym „triumwiracie” nazywany był krótko „Tertius”. Brał udział w dość częstych bachanaliach, lubił zwłaszcza wina austriackie. Nie stronił także od hazardu i mimo dość znacznych dochodów stale był z tego powodu zadłużony. W listach do Zambockiego i Dantyszka pisał, że w ciągu jednej nocy zgrał się aż do spodni, lecz do rana odegrał się jeszcze o 50 florenów. W biesiadach stowarzyszenia obok „braci” towarzyszyły i „siostry”. Niektóre z nich były bliskimi przyjaciółkami Nipszyca. (Tu pojawia się ciekawy przypis, że K. Hartleb zaliczył do przyjaciółek Nipszyca następujące, nieznane z nazwiska kobiety: Dorotki, Zofki, Prospery oraz Annę, Helenę, Nuscę, Margaretę i Faustę). Należy jednak przypuszczać, że zebrania towarzystwa nie były zwykłymi orgiami pijackimi, lecz miały także charakter literacki. Wskazuje na to skład stowarzyszenia i fakt, że prymat w nim przyznawano poetom: Koszyrskiemu, Krzyckiemu i Dantyszkowi. Nipszyc więc obracał się w środowisku ludzi swobodnych obyczajów, ale wykształconych i nowoczesnych”.

Ostatnie zdania powinni dobrze zapamiętać wszyscy zapamiętali praktycy bachanaliów i orgii pijackich. Jeśli bowiem chcą być dobrze zapamiętani przez historię, która uzna, że nie były to orgie „zwykłe”, to powinni popracować nad ich literackim charakterem – wtedy nie zostaną określone ordynarnymi popijawami, lecz obrotami w sferach nowoczesnej i wykształconej elity.

W skrócie rzec można, że Nipszyc był duszą towarzystwa i mieszał w głowach nie tylko pań swawolnych, lecz pięćset lat później, także w głowach naukowców. Wiktor Szymaniak starał się ulokować jego działalność na szeroko rozpostartej skali semantycznej rozciągniętej między słowami „szpieg” i „ambasador”. Choć skala rozziewu znaczna to i tak nie rekord. Ten bowiem ustanowił nieco wcześniej znany nam tu dobrze Kallimach, umieszczany przez badaczy na skali wielo-oktawowej, czyli pomiędzy  „spiskowiec i niedoszły zabójca papieża” a „wybitny humanista pochowany w krakowskim kościele dominikanów z epitafium przeniesionym w wieku XXI wieku z bocznej kaplicy na prawicę ołtarza głównego”.

Teraz pora dokonać skoku przez mniej więcej pięć stuleci. Aby to uczynić, trzeba się zanurzyć w nurt „Prostych prawd” Henryka Krzeczkowskiego, książki o tyle ciekawej, że oprócz tekstów autorskich, zawiera wspominki osób mniej lub bardziej znanych, na których dziś się skupię.

Marek Skwarnicki wspominając Henryka Krzeczkowskiego pisze o znakomitej herbacie, którą parzył pan Henryk. Przypomina sobie także rzędy książek i fotografię „uszczęśliwionego Henryka, z którym rozmawia Ojciec święty”. „Ileż to w tym pokoiku (…) powstało pomysłów pisarskich i publicystycznych, ileż dyskretnych spraw załatwiono, iluż interesujących spotkało się ludzi”. (s.412).

Marcin Król rozszerzył nieco wachlarz henrykowskich atrybutów: „półki z książkami i płyty, fotel, kanapa, herbata albo (częściej) whisky (s.417)”.

Dwa krótkie cytaty z „prostych prawd” i już widzimy, że nipszycowa zasada jest wiecznie żywa. Jeśli już pić, to w towarzystwie intelektualistów, a wtedy ewentualne grzechy ulegną mocno odmienionej naukowej kwalifikacji.

O dość oczywistej, czyli tak zwanej „prostej prawdzie” dotyczącej pana Henryka napisał w swoim stylu Stefan Kisielewski. Jedynie on nie szczypał się, żeby nazwać Henryka „ubekiem„. Owo rozpoznanie nie uwierało chyba zbyt mocno, bo dalej wokół Krzeczkowskiego wdzięcznie orbitował. Kisielowi wystarczyło zapewnienie, że Henryk czasami „zapomina” o tym co usłyszał:

STEFAN KISIELEWSKI

Warto było go słuchać.

„Henryka poznałem w roku 1952 dzięki Pawłowi Hertzowi. Pamiętam, jak przegadaliśmy we trójkę pierwszą noc naszej znajomości. To było w „Kameralnej”. Bardzo błyskotliwa i inteligentna rozmowa. Następnego dnia rano spotykam jakiegoś znajomego i mówię mu, że poznałem właśnie bardzo ciekawego człowieka, Henryka Krzeczkowskiego. A on na to: „Coś pan, oszalał?! Przecież to ubek”. Idę dalej i natykam się na Henryka. Mówię mu: „Dowiedziałem się, że pan jest z UB, a ja tyle panu nagadałem”. Na co on odpowiada „Owszem, jestem, ale to wszystko, co pan mi powiedział, zapomniałem.” (…)

Ze względu na plotki o wcześniejszych związkach Henryka z UB czy z wywiadem wojskowym, początkowo traktowałem różne jego antykomunistyczne filipki z przymrużeniem oka. Dopiero później, w miarę jak poznawałem jego historię intelektualną i jego poglądy, musiałem przyznać, ze jest umysłem o dużej niezależności sądów i samodzielności w myśleniu. (…) Nie lubił intelektualnej kawiarni warszawskiej, chociaż się przy niej kręcił”. (s. 408-409)

Krzeczkowski od samego początku interesował się „Tygodnikiem Powszechnym” (…) Wprowadził do niego grupę młodych, interesujących, świeżych ludzi – między innymi Wojciecha Karpińskiego i Marcina Króla (…).

Henryk Krzeczkowski miewał genialne intuicje, był jedynym obok Wiesława Chrzanowskiego, człowiekiem, który dokładnie przewidział moment i kształt stanu wojennego, ale popełniał też pomyłki. Mimo to, zawsze chętnie go słuchałem. Warto go było słuchać” (s. 410)

Wydaje mi się trochę nielogiczne, że po demaskacji dokonanej przez Kisiela, wiedzę o nadchodzących wydarzeniach, nazywał „genialnymi intuicjami”

W każdym razie przekonanie o tym, że H.K. był wybitnym wróżbitą rozprzestrzeniało się jak wirus.

KRZYSZTOF MĘTRAK

Wróżbita z ulicy Czackiego

Posiadał rzadki dar jakiejś intuicyjnej mądrości wokół spraw życia, historii, polityki, wiary. Dla mnie pozostanie wróżbitą z ulicy Czackiego, gdyż przewidział wiele spraw i wydarzeń. (…) zawdzięczam Mu kilka najistotniejszych rozmów, które zdecydowały o moim literackim życiu i moich wyborach. Będzie jeszcze czas się z tego rozliczyć. (s. 424)

Teraz fragmencik, który wzmocni tezę o tym, że pan Henryk był prawdziwym humanistą:

BOGDAN POCIEJ

***

Mogę chyba powiedzieć, że Henryk był przyjacielem naszego pisma Ruchu Muzycznego (…).

Należał do tych nie tak licznych humanistów naszych, którym muzyka jest równie bliska jak literatura (…) Sytuował się skromnie na pozycji melomana, zwykłego szarego słuchacza. Z tej pozycji również omawiał na naszych łamach gruntownie i fachowo, dwa dotychczas wydane tomy Encyklopedii Muzycznej PWN. (s.413)

No i teraz pora na działa największego kalibru. Coryllus pyta się, po cholerę prawica organizuje Henrykowi jakieś wspominkowe wieczorki. We fragmencie wyrychtowanym przez guru polskiej myśli konserwatywnej, pojawi się kluczowe słowo „elita”. 

JACEK BARTYZEL

Henryk Krzeczkowski

„Ocalenie kultury wymaga jej troskliwego pielęgnowania przez strażników tradycji i ładu moralnego – a więc przez elitę. Elitę organiczną, to znaczy zachowującą pewną homogeniczność, acz otwartą na świeży dopływ krwi; chroniącą samą siebie przed szalbierzami i moralnymi parweniuszami; obdarzoną pewnymi przywilejami, ale świadomą obowiązków na niej ciążących. Wiedział jednak Krzeczkowski, że sukcesja takich elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu. Dlatego tak bardzo cenił Anglię, która zakonserwowanie sensu brytyjskości zawdzięczała uszanowaniu politycznej i kulturowej roli arystokracji. Ale nawet doświadczenie faktu przerwania owej ciągłości i panoszenia się nowego barbarzyństwa nie zwalnia od obowiązku czuwania nad wartościami nam danymi oraz nad własną rozpaczą. Tym mężnym pesymizmem, odległym od zwątpienia i histerii, bo równoważonym wiarą w sens dziejów kierowanych boską Opatrznością, wnosił Krzeczkowski do myśli polskiej ton nie słyszany w niej bodaj od śmierci Mariana Zdziechowskiego.

Konserwatyzm Krzeczkowskiego to wreszcie przekonanie, ze absolutne normy moralne obowiązywać muszą bez zastrzeżeń w życiu publicznym; Ze system prawny powinien być rozwinięciem Dekalogu, że prawa będące fundamentem społeczeństwa tylko wtedy są przestrzegane, gdy w interpretacji nie ma elementów relatywizmu moralnego (…). (s.430)

Moim zdaniem, tylko mózgu w postaci mielonki zamkniętej w konserwie o grubości czołgowego pancerza,  nie może się odezwać pewien dysonans poznawczy wywołany zestawieniem słów „ubek” i „Dekalog”. Śmiem przypuszczać, że tekst Bartyzela to brawurowa próba osadzenia Krzeczkowskiego w roli „strażnika tradycji i ładu moralnego”. Słowem: strażnik – ubek stojący na straży ładu moralnego, czyli Dekalogu!

Mocne.

Zerknijmy w takim razie jeszcze na projekt owego „moralnego ładu”, który krótko nam wyłuszczy jeden z nieustraszonych strażników Dekalogu:

MAREK JUREK

Krzeczkowski, czyli o nostalgii i nadziei

Evelyn Waugh opisywał zniszczenie, motyw ruiny jakiegoś mikroświata powraca we wszystkich jego książkach. Krzeczkowski tak to interpretuje: „Dwór… został skazany na zagładę… gdy ludzie, którym służył za schronienie, stali się bezdomni, ponieważ nie umieli już usprawiedliwić swojego przebywania we dworze”. (s.465)

Wow. Powiem Wam, że to zdanie to wyzwanie! Próbowałem jego analizę zacząć od końca. Wyszedł mi taki ciąg. Szlachta długo myślała nad usprawiedliwieniem swojego przebywania na dworze. Kiepsko im ten proces szedł, choć przecież szkoły trzymały niezły poziom po przeprowadzeniu oświeceniowo-pozytywistycznych reform. I wtedy mieszkańcy dworu postanowili (zapewne pod wpływem „Ludzi bezdomnych”), że opuszczą schronienie i staną się bezdomni. I tą oto głęboko przemyślaną decyzją, skazali dwór na zagładę…

Jak ktoś ma jakąś inną interpretację, to bardzo proszę. Chętnie się jeszcze czegoś na styku logiki i semantyki nauczę.

A teraz o tym jaką interpretację PRL wyznawał Marek Jurek:

„Refleksja polityczna Krzeczkowskiego miała charakter antykomunistyczny jednak jej wnioski prowadziły do konieczności szukania modus z PRL.

Dla Krzeczkowskiego PRL był kalekim, ale polskim państwem. (…)

Niewątpliwie „państwowa” interpretacja PRL, którą ja sam – niezależnie od przyjaźni z Panem Henrykiem – wyznawałem, okazała się czynnikiem znacznie zaciemniającym realistyczną ocenę położenia Polski, czyli brutalnie rewolucyjnego, a nie tylko okupacyjnego, charakteru komunistycznych rządów”. (s.465-466)

Jak widzimy, Marek Jurek uległ pewnemu „zaciemnieniu”, ale stało się to niezależnie od „przyjaźni z Panem Henrykiem”. Potem uznał (i na dodatek podkreślił), że Polska była rządzona w sposób „brutalnie rewolucyjny”, a nie „okupacyjny”. Nie wiemy w jaki sposób umiejscawiał on w tej historyczno-politycznej topografii „ubeków”, ale wiemy, że prywatnie potrafił się z nimi przyjaźnić.

Oto co jeszcze w swym tekście podkreślił Marek Jurek:

„… sukcesja elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu”. (podkr. Moje – M.J.) (s.465)

Zauważyliście już, że program antyplagiatowy coś by tu miałby tu do roboty? Jacek Bartyzel napisał to w cytowanym już tutaj fragmencie to samo w roku 1994. Przytoczę raz jeszcze:

„Wiedział jednak Krzeczkowski, że sukcesja takich elit możliwa jest tylko wtedy, kiedy nie zostanie przerwany proces przekazywania sensu ładu, w imię którego zbiorowość została powołana do bytu”.

Marek Jurek widocznie słowo w słowo zapamiętał, i dwa lata później (1996) powtórzył nie zaznaczając, że to zerżnięty cytat. Mamy więc do wyboru, albo to taki konserwatywny zwyczaj – „zrzynaj nie pożyczaj”, albo była to obowiązkowa fraza wkuwana na blachę przez wszystkich młodych adeptów na kanapie przy ulicy Czackiego?

Tak, czy inaczej wspominkowy wieczór poświęcony H.K. to chyba chęć szukania sukcesorów. Wiemy już przecież, że „proces przekazywania sensu ładu” potrzebuje „świeżego dopływu krwi”, by chronić nas przed „szalbierzami i moralnymi parweniuszami”. Przynależność do owych elit nie została nikomu z nas zaoferowana, więc na drodze dedukcji spróbujcie w powyższych frazach odnaleźć gdzieś siebie.

Na zakończenie chciałbym podkreślić wyraźny ryt „humanistyczny” w działaniach Henryka Krzeczkowskiego i fakt, że opiera się on o wieki kallimachowej tradycji.

Wrzucam link do „Prostych prawd”. Uwierzcie, że bardzo trudno je wyszperać. Widocznie osób aspirujących do elit jest na tyle dużo, że popyt przewyższa podaż.

https://allegrolokalnie.pl/oferta/henryk-krzeczkowski-proste-prawdy-rwb

=====================================

Jeden z komentarzy pod tekstem „szpieg-moj-przyjaciel-cz1-odwieczne-proste-prawdy”

Relacja Jarosława Iwaszkiewicza o majorze Gernerze vel Meysztowiczu alias Krzeczkowskim w spisanych przezeń „Dziennikach”. Zapis dokonany pod datą 30 marca 1960 roku:

„Parę dni temu miałem przykrą historię. Przyszedł do mnie rano Henio K[rzeczkowski]., że [Tadeusz] Steć prosi do siebie do Sobieszowa na czwartą po południu. Nie chciało mi się iść, ale Henio prosił, mieli tam być jacyś chłopcy itd. Henio kupił dwie butelki wina i poszliśmy. Steć jest obłąkany na punkcie seksualnym, jest to przykra obsesja, która rozmowę z inteligentnym gościem, znającym doskonale warunki tutejsze, zamienia w szereg niezwykle ordynarnych fragmentów. Niecierpliwiło mnie to wszystko. Z oczekiwania na tych „chłopców” wynikało, że to są chłopcy do konsumpcji na miejscu, co mnie przeraziło. Wreszcie przyszli ci chłopcy, trzy chłopaczyska, jak to bywa, w miarę ordynarni i głupi. I z nimi jeszcze jeden pan – nieznajomy, który mnie widział w takim towarzystwie. Zacząłem się rozpytywać o powrotne tramwaje, ten obcy facet wyszedł, a Henio i Steć wzięli tych dwóch chłopaków do bocznych pokoi, jak w burdelu. Nie mogłem wyjść zaraz, bo mój płaszcz był w tym pokoju, gdzie był Henio. Wściekłość moja nie miała granic, chodziłem po stołowym pokoju, roztrącając meble, i gdzie z przerażeniem na mnie podpatrywał trzeci chłopak, „sekretarz” Stecia. Wreszcie wyleciałem jak z procy i piechotą poszedłem do domu, a to jest ze cztery kilometry. Przeraziło mnie to ogromnie. Więc oni myślą, że ja, prawie siedemdziesięcioletni facet, Jarosław Iwaszkiewicz, mąż, ojciec, dziadek – mogę w ten sposób załatwiać swoje sprawy erotyczne. Publiczne chędożyć nieznajomych chłopaków? Coś nieprawdopodobnego. Dlatego, że mam pociąg do mężczyzn, to od razu już tak? Uczułem się do głębi, do żywca, obrażony. Wróciłem do domu, położyłem się do łóżka i rozpłakałem się. Byłem upokorzony i przerażony. Ale świat jest taki”.

=============================

Mizdrzy się, „dla potomności”… md