Przegląd afer. Moje teorie spiskowe

Przegląd afer. Moje teorie spiskowe

7.03.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/przeglad-afer-moje-teorie-spiskowe/

NCZAS.INFO | Teoria spiskowa? Podobieństwo do osób i zdarzeń całkowicie przypadkowe. Obrazek ilustracyjny. Źródło: Grok
NCZAS.INFO | Teoria spiskowa? Podobieństwo do osób i zdarzeń całkowicie przypadkowe. Obrazek ilustracyjny. Źródło: Grok

No i mamy wojnę, pani Mullerowo – mógłby powiedzieć dobry wojak Szwejk do swej posługaczki, na widok konfliktu, jaki targa nasz nieszczęśliwy kraj, wstrząsając nawet fundamentami naszej młodej demokracji. Chodzi mi oczywiście o wojnę, jaką panu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu wypowiedział Wielce Czcigodny obywatel Czarzasty Włodzimierz, który dzięki siuchcie z obywatelem Hołownią Szymonem został marszałkiem naszego Knesejmu.

Ale to nie on, to znaczy – nie obywatel Czarzasty jest wynalazcą naszego oryginalnego systemu politycznego, opisanego w konstytucji z 1997 roku. Jej ojcostwo przypisuje się – nie wiem, czy słusznie – czterem osobnikom: Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, Ryszardowi Bugajowi, Tadeuszowi Mazowieckiemu i Waldemarowi Pawlakowi. O Tadeuszu Mazowieckim nie chcę mówić, jako że de mortuis nihil nisi bene, co się wykłada, że o zmarłych tylko dobrze, ale jeśli chodzi o pozostałych, a zwłaszcza – o Aleksandra Kwaśniewskiego, to – jak mówią gitowcy – „wszystko gra i koliduje”.

Chodzi o to, że konstytucja z 1997 roku ustanawia taki dziwaczny system władz i zależności między nimi, że na podstawie jej przepisów nie można odpowiedzieć na proste i z punktu widzenia państwa – bardzo ważne pytanie: kto dowodzi wojskiem. Przede wszystkim zaś konstytucja utrzymuje system parlamentarno-gabinetowy, w którym głównym ośrodkiem władzy jest prezes Rady Ministrów, który w ogóle nie musi mieć legitymacji demokratycznej – bo nie ma żadnych przeszkód prawnych, by premierem został jegomość nie będący ani posłem, ani senatorem. Najsilniejszą w całym państwie legitymację demokratyczną ma prezydent, jako że to stanowisko jest obsadzane na podstawie wyniku powszechnych wyborów – ale nie ma władzy, a najwyżej – jej pozory.

Taki stan rzeczy powoduje nieustanną destabilizację państwa, nawet w sytuacji gdy między prezydentem i premierem nie ma różnicy politycznej na tle przynależności do obozu politycznego. Jak pamiętamy, nawet między premierem Millerem a prezydentem Kwaśniewskim panowała „szorstka przyjaźń”, co było łagodnym określeniem wzajemnego się podsrywania. Czy jest to skutek ignorancji „ojców” tej konstytucji, czy może w tym szaleństwie jest metoda? Skłaniałbym się ku drugiej odpowiedzi, chociaż nie mam przesadnego wyobrażenia o zdolnościach Aleksandra Kwaśniewskiego, który legitymuje się specyficznym rodzajem mądrości, nazywanej sprytem. Moim zdaniem właśnie dlatego forsował on takie dziwaczne rozwiązania ustrojowe.

Chodzi o to, że Aleksander Kwaśniewski był za pierwszej komuny tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie operacyjnym „Alek”. Właśnie dlatego został upatrzony na prezydenta, żeby tak ukształtować ustrój państwa, by ostatnie słowo należało do bezpieki, która – jak to wynika z mojej innej teorii spiskowej – wykonuje polecenia tej zagranicznej centrali wywiadowczej, do której się podczas transformacji ustrojowej przewerbowała. Z tego punktu widzenia nie tylko ustrojowy bałagan w Polsce jest jak najbardziej pożądany, a już najbardziej pożądana jest sytuacja, w której nie można odpowiedzieć na pytanie: kto dowodzi wojskiem.

Obywatel Tusk wyjaśnia aferę Epsteina

Jak niedawno oświadczył obywatel Tusk Donald, powoła specjalny zespół pod kierownictwem obywatela Żurka Waldemara, który ma wyjaśnić tzw. „polskie wątki” afery Epsteina. Ale równocześnie z obwieszczeniem o zamiarze powołania takiego zespołu od razu nakazał mu wykazać, że nici „polskich wątków” prowadzą do Putina. Jestem pewien, że obywatel Żurek Waldemar w podskokach wykona ten obstalunek, bo myślę, że za pieniądze gotów jest na wszystko.

Dodatkową poszlaką, która wskazuje, że ten zespół nie ma niczego wyjaśniać, tylko skonfabulować jakieś opowieści o ruskich agentach, jest okoliczność, że członkostwo w tym zespole ma być utajnione. Wiadomo tylko, że będą tam prokuratorzy – być może prokuratura Ewa Wrzosek – no i bezpieczniacy – ale kto konkretnie – tego już się nie dowiemy. To bardzo asekuranckie wyjście, zapewniające członkom zespołu całkowite bezpieczeństwo i bezkarność – dzięki której będą mogli oskarżyć każdego o cokolwiek. Jeśli nie można by delikwenta wsadzić do lochu za jakieś udowodnione szpiegostwo – chociaż z drugiej strony, czyż nienawistnym sędziom trzeba by takie rzeczy udowadniać, by wydali wyrok skazujący? – to na wszelki wypadek sprokuruje mu się bzykanie panienek, najlepiej nieletnich, na przykład – ze środowiska „galerianek”, w których policja i bezpieka mogą sobie wprost przebierać. Takiej panience nie trzeba nawet dużo zapłacić, żeby zeznała, co trzeba, dzięki czemu do końca życia będzie mogła zażywać reputacji ofiary, a niezależnie od tego napisać książkę o swoich przygodach i stać się damą i pisarką.

Afera podkarpacka

No dobrze – ale dlaczego obywatel Tusk Donald uczepił się jak pijany płotu rozporkowej afery Epsteina, chociaż ma tuż pod nosem nierozliczoną aferę podkarpacką, w której – obok wątku ukraińskiego – są wyłącznie polskie wątki? Przypomnijmy: w roku 2014, kiedy tylko amerykański prezydent Obama wysadził w powietrze lizboński porządek polityczny, dwaj Ukraińcy, prawdopodobnie agenci SBU, zakładają na Podkarpaciu sieć burdeli, do których sprowadzają ukraińskie panienki, z których wdzięków korzystają – no właśnie. Nie żadni ludzie z ulicy, tylko osoby z towarzystwa i to powiązanego wzajemnymi zależnościami. Dzięki temu obydwaj Ukraińcy prosperują na Podkarpaciu jak pączki w maśle, korzystając z ochrony policyjnej, z parasola ochronnego prokuratury, no i oczywiście – niezawisłych sądów, dzięki czemu, nawet jeśli za bardzo się rozdokazywali, traktowani byli niezwykle łagodnie. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ale niezależnie od tego ten wyjątkowo pobłażliwy stosunek do ukraińskich alfonsów mógł wynikać również z nastawienia ówczesnych władz naszego bantustanu, który już wtedy przepoczwarzał się w „sługę narodu ukraińskiego”. Dzisiaj sprawy zaszły pod tym względem tak daleko, że trudno mówić tu o „słudze”, a nawet – o „posługaczu”. Jeśli już – to raczej o szmacie, którą Ukraińcy wycierają sobie utytłane buty. Toteż „afera podkarpacka” nigdy właściwie nie została nawet rozpoznana, nie mówiąc już o jakichś, dzisiaj niezwykle modnych, „rozliczeniach”.

W tej sytuacji lepiej rozumiemy, dlaczego obywatel Tusk Donald uczepił się afery Epsteina pod pozorem „polskich wątków”, natomiast szerokim łukiem omija aferę podkarpacką. Z uwagi na wiodącą rolę Ukraińców, prawdopodobnie agentów SBU, trudno byłoby nawet zdolnemu do wszystkiego obywatelowi Żurkowi Waldemarowi, natrafić tam na nitki wiodące do kłębka w postaci Putina, więc użyteczność tej afery dla bieżących potrzeb jest niewielka, a może nawet żadna, skoro nie wiemy, czy wśród klientów tamtejszych burdeli nie było przypadkiem kolegów obywatela Tuska Donalda?

A mogło tak być, choćby z uwagi na opinię boksera „Cygana” Kosteckiego, który – zanim taktownie powiesił się w więziennej celi na własnym prześcieradle – oskarżał tamtejszą policję, prokuraturę i niezawisłe sądy, że zwalczają burdelową konkurencję dla Ukraińców. Zaiste, świętą rację miał pan Jasina, kiedy mówił, że Polska jest „sługą narodu ukraińskiego” – co pokazało się nawet na odcinku burdelowym.

Wspólny mianownik afer

Ale afera podkarpacka nie była jedyną w III RP, która nie doczekała się „rozliczenia”. Inne też się nie doczekały, bo trudno uznać za „rozliczenia” ich pozory. Na przykład – „matka wszystkich afer”, czyli afera Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Jak pamiętamy zaczęło się od tego, że z inspiracji bezpieki, na przełomie lat 80. i 90. władze wpadły na pomysł nielegalnego wykupu polskiego długu na międzynarodowym rynku finansowym. Państwo wyłożyło na ten cel 1700 mln dolarów. Długi jednakże wykupiono tylko za 60 mln dolarów, podczas gdy cała reszta gdzieś zniknęła. Gdzie – tego do dzisiaj nikt nie wie i gdyby nie liczne „stare rodziny”, które się w rezultacie u nas pojawiły, to musielibyśmy uwierzyć, że żadnej afery nie było. Po wieloletnim, żmudnym śledztwie wreszcie ruszyła sprawa sądowa, którą prowadziła pani sędzia Barbara Piwnik. Uchodziła ona za bardzo sprawną, ale premier Leszek Miller – być może właśnie dlatego – zaoferował jej stanowisko ministra sprawiedliwości w jego rządzie, które pani Barbara skwapliwie przyjęła. Wskutek tego, zgodnie z procedurą, sprawa musiała rozpocząć się od początku. Po wielu latach zakończyła się wesołym oberkiem, to znaczy – skazany został pan Grzegorz Żemek, który w tym wszystkim był wykonawcą i to podrzędnym oraz pani Janina Chim, będąca wykonawczynią jeszcze podrzędniejszej rangi. Ani jedno, ani drugie nie pisnęło słówkiem o prawdziwych autorach afery, dzięki temu w celach nie odwiedził ich żaden seryjny samobójca.

Podobnie było w przypadku afery Amber Gold, która polegała na tym, że filuci sprzedawali naiwniakom papierowe kwity jako złoto. Całym przedsięwzięciem kierować miał „słup”, a właściwie nawet „słupek”, który oczywiście został poświęcony na ołtarzu praworządności. Ale tu piorun strzelił już blisko, bo w sprawę zamieszany był syn premiera Donalda Tuska Michał, którego pełnomocnikiem był obecnie Wielce Czcigodny Giertych Roman. Były to sceny przypominające te z „Towarzysza Szmaciaka”, kiedy to były sekretarz PZPR Wardęga, próbował w 1968 roku ratować swego znanego z „mózgowych zwojów” syna Aleksa. „Szmaciak śmiał się, patrząc, jak stary jak w ukropie zwija się, by ratować chłopię”.

Ale w naszym fachu nie ma strachu, bo przecież wszystko działo się w znanym na całym świecie z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym. Sejmowa komisja śledcza pod przewodem Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermanówny wprawdzie stwierdziła, że w tej sprawie niezależna prokuratura i niezawisłe sądy nie zachowały się „prawidłowo”: czyli – z innego punktu widzenia zachowały się na najwyższym poziomie – ale już nie odważyła się postawić pytania, dlaczego właściwie zachowały się nieprawidłowo?

Pewne światło na tę sprawę rzuca okoliczność, że nienależna prokuratura wszczęła tak zwane „energiczne śledztwo” dopiero wtedy, gdy cała forsa z Amber Gold zniknęła w tak zwanej sinej dali, to znaczy – gdy było już bezpiecznie. Ma to swoje konsekwencje do dzisiaj, przynajmniej w przypadku Wielce Czcigodnego Giertycha Romana, który przy okazji bycia pełnomocnikiem Michała Tuska, mógł poznać rozmaite wstydliwe zakątki, toteż trudno się dziwić, że obywatel Tusk Donald zaoferował mu „biorące” miejsce na liście kandydatów KO do Knesejmu.

Ale nie tylko w tym punkcie – bo wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało – co oczywiście nigdy się nie okaże – że i obywatel Tusk Donald dostał telefon: wiecie, rozumiecie, Tusk. Myśmy poszli wam na rękę w sprawie Amber Gold, to wy teraz utwórzcie zespół do zbadania polskich wątków rozporkowej „afery Epsteina” – i tak nim pokierujcie, żeby on wskazał na powiązania Putina z tymi delikwentami, których my wam wskażemy w późniejszym terminie – bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa…