Filip Obara: Epstein to ideał amerykańskiego liberała i szczytowy wykwit Rewolucji
pch24/filip-obara-epstein-to-ideal-amerykanskiego-liberala-i-dojrzaly-wykwit-rewolucji

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że ujawnienie akt Epsteina to tylko listek figowy dla rządzącej elity. Pokazano skalę jej degeneracji, ale prawdziwe źródło choroby toczącej Amerykę wciąż jest tajemnicą poliszynela. A szansa na jej złamanie jest tym mniejsza, że problem dotyczy nie tylko kliki polityczno-biznesowej, ale… większości Amerykanów.
Wielkie poruszenie. W Europie politycy tracą stołki za to, że trzydzieści lat temu odebrali telefon od Epsteina. W Ameryce – dziwnym trafem, poza gadaniem, nic się nie dzieje. I, jak sądzę, nic się nie stanie. Bo żeby wyciągnąć jakiekolwiek realne konsekwencje, trzeba by najpierw odważnie wyznać, skąd wzięło się seksualne imperium zbrodni Jeffreya Epsteina…
Epstein dzieckiem rewolucji seksualnej
Pedofilski kingpin, który skupił wokół siebie całą elitę władzy i wielkiego biznesu w USA i na świecie, nie jest wypaczeniem ani nadużyciem – on jest logiczną konsekwencją porzucenia tradycyjnych zasad moralnych przez społeczeństwo stoczone rewolucją seksualną. Kiedy elity podnoszą lament i zastanawiają się, jak uniknąć w przyszłości takiego okropieństwa, należy z całym naciskiem podkreślić: Epstein musiał się wydarzyć. I wydarzy się znowu, jeżeli świat będzie prześlepiał się na przyczynę tej choroby.
Jeszcze do niedawna politycy ponosili pewną odpowiedzialność za skandale obyczajowe. Bill Clinton za romans ze stażystką prawie stracił urząd (Izba Reprezentantów przegłosowała wotum nieufności, lecz Senat go uniewinnił), za Obamy szef CIA, gen. David Petraeus, podał się do dymisji po tym, jak wyszło, że rozmawiał o poufnych sprawach państwowych ze swoją kochanką (asystentką), a z najnowszych wiadomości – jeden z kluczowych popleczników Trumpa Matt Geatz, który był już nominowany na prokuratora generalnego, zrezygnował z polityki po ogłoszeniu skandalu seksualnego z jego udziałem, choć nigdy tego skandalu nie udowodniono, a on sam był wschodzącą gwiazdą młodej konserwatywnej sceny politycznej.
Natomiast historycznie, istnieją różne wspomnienia – nawet z okresu tuż po rewolucji 1968 roku – wedle których Ameryka była niegdyś bardziej pruderyjna niż Europa. Taki pogląd wyraża nawet Arnold Schwarzenegger w swojej autobiografii (pisząc, że gdy przyjechał w 1968 roku do Stanów, było mu trudniej niż w Europie o seks bez zobowiązań), a w obrazkach z XIX-wiecznej Ameryki napotykamy świadectwo śląskiej rodziny, której córki pracowały w polu w jednym z amerykańskich stanów i były uważane za „wyuzdane”, ponieważ nosiły spódnice odsłaniające kostki.
Problem polega na tym, że powierzchowna moralność protestancka – pozbawiona prawdziwej, rozumnej i wspartej przez łaskę, cnoty – musiała popadać w tego typu zewnętrzną przesadę. Jest to cecha amerykańskich protestantów w ogóle i to o niej pisał Leon XIII piętnując w encyklice Testem benevolentiae zjawisko tak zwanego amerykanizmu. Zresztą, sama rewolucja – jak poświadcza jej znakomity badacz Pitirim Sorokin – przetoczyła się już w latach pięćdziesiątych. Rok 1968 to tylko upowszechnienie tej rewolucji w masowych środkach przekazu (czego cezurą jest zniesienie w Hollywood Kodeksu Haysa, a więc dokumentu, który określał ścisłe ramy moralności publicznej – wykluczały one umieszczanie w filmach treści nieobyczajnych i antyreligijnych).
Wracając zaś do Schwarzeneggera, gdy czytałem jego autobiografię (tak, to mój idol z dzieciństwa), z gorzkim uśmiechem konstatowałem naiwność tego wzoru współczesnego człowieka sukcesu. Otóż, przed ślubem oddawał się on w najlepsze [najgorsze?? md] przygodom erotycznym bez żadnych zahamowań moralnych. Nagle pojawia się u niego wielkie zdziwienie, gdy nie udało mu się dochować wierności małżeńskiej, co było swoistą tragedią rodzinną i skandalem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że oboje z żoną będąc katolikami, po ślubie kościelnym i z czwórką dzieci, rozeszli się z powodu „wpadki” Arnolda z latynoską sprzątaczką. Jest to naiwność typowa dla liberalnego świata, któremu wydaje się, że można sobie folgować, po czym, gdy podejmiemy decyzję o małżeństwie, to w cudowny sposób wszystko się odmieni.
Jakże inny jest wzorzec klasycznej – greckiej, skupionej na cnocie – mądrości i klasycznego wychowania. Jakże inaczej katolik pojmuje zasadę bonum facere, malum vitare! W pierwszym lepszym podręczniku do życia duchowego przeczytamy, że elementem kształtowania charakteru jest ćwiczenie się w powściągliwości i taki właśnie jest sens czystości przedmałżeńskiej. Skoro mamy dochować przysięgi, wychować dzieci, pomagać przy wnukach, słowem – wytrwać w wierności i stworzyć prawdziwą rodzinę – to musimy najpierw wykazać się samozaparciem! Nie ma innej opcji. Naiwnością jest dziwienie się, że potem coś „nie poszło”. Rozumieli to nawet rozumni poganie. Nie rozumie tego współczesna kultura amerykańska.
A skoro o kulturze amerykańskiej mowa, przypomina mi się scena z „Czasu Apokalipsy”, gdzie żołnierze otrzymują w ramach „zaopatrzenia” egzemplarz „Playboya”. W innych filmach pojawia się motyw, w którym największą „nagrodą” dla wojaków stacjonujących na placówce bądź podróżujących okrętem jest wizyta frywolnej i roznegliżowanej „miss miesiąca” tejże gazety. W taki sposób to, co było swoistym Mordorem moralnym żołnierzy niepotrafiących radzić sobie z popędem, stało się wręcz wzorcem kulturowym.
Taka jest kultura Ameryki. Skrajnie i do cna zseksualizowana. Najwięksi bohaterowie są jednocześnie notorycznymi rozwodnikami. Lee Greenwood, który przed pierwszym zaprzysiężeniem Trumpa wykonywał swój superhit God Bless the USA, śpiewa: Gdyby jutro przepadło wszystko, na co pracowałem przez całe życie i miałbym zacząć od nowa, mając przy boku tylko żonę i dzieci, dziękowałbym moim przewodnim gwiazdom, że żyję tu i teraz, bo tu flaga wciąż powiewa dla wolności i tego nikt nie może mi zabrać.
W jakiś dziwny sposób autor tego pięknego hymnu, proszący w nim o Boże błogosławieństwo dla swojej ojczyzny, jest jednocześnie po trzech rozwodach i żyje w kolejnym konkubinacie.
Taka jest moralność Ameryki. Tam (zresztą, już nie tylko tam) można nazywać się prawicowcem czy konserwatystą, będąc zupełnie obojętnym na kodeks moralny w kwestiach związanych z seksem, małżeństwem i rodziną!
Epstein ręka w rękę z feministkami
Kiedy więc wychodzi na jaw afera Epsteina i słyszymy jak elity prześcigają się w „potępieńczych swarach”, nie dziwmy się. Absolutnie się nie dziwmy i powiedzmy więcej: to, że obecnie największym mocarstwem świata rządzi „spisek degeneratów i zboczeńców” (jak to ujął kolega Piotr Relich), jest logiczną konsekwencją rewolucji seksualnej i liberalizmu z jego kłamstwem autonomii jednostki oraz wyabstrahowaniem spod zasad klasycznej etyki.
Można by zadać pytanie: Kto w tym kraju jeszcze nie jest zdegenerowany? Może pewne grupy rednecków z konserwatywnych stanów, dla których wciąż ważna jest rodzinna tradycja, może pewne sekty religijne, które trzymają się zewnętrznych ram moralności, może część katolików, dla których ważna jest nauka o wartości dziewictwa i czystości przedmałżeńskiej, może nieliczne wyjątki wśród elity kulturalnych, potrafiące wytrwać z jedną żoną przez kilkadziesiąt lat.
Poza tym wzorzec zepsucia obyczajów obejmuje wszystkie warstwy społeczeństwa. Spójrzmy na ruch MAGA. Po ilu rozwodach jest sam Trump? Jak wyglądają, jak się ubierają i zachowują niektóre kobiety związane z tym ruchem? Ameryka stworzyła kulturę, którą można by określić jako arcy-szowinistyczną. W jej ramach mężczyzna będący na szczycie patriotycznej drabiny może upajać się spełnieniem „mokrych snów” (przepraszam za wyrażenie) na temat żony, która jest jednocześnie kochanką żywcem wyjętą z kalendarza „Playboya”.
Ostatecznie dochodzimy do szczytu obłudy. Kultura owocująca żywiołem wojującego feminizmu, jest odpowiedzialna za stworzenie takiego monstrum, jakim był Jeffrey Epstein. Walka o rzekome „wyzwolenie” seksualne doprowadziła do erotycznej anarchii. Ta zaś wydała ze swego upadłego łona arcy-zboczeńca, który skorumpował szerokie kręgi tylko i wyłącznie dlatego, że obiecywał zaspokojenie rozkiełznanych fantazji. Straciły one bodziec normalizujący, jakim była tradycyjna – spójna i konsekwentna – moralność.
Epstein jest więc – z gorzką ironią to stwierdzam – idealnym exemplum współczesnego liberalnego Amerykanina. Równie dobrze mógłby być… wyborcą Partii Republikańskiej. Wystarczyłoby, żeby popierał określoną agendę polityczną, a swoje brudne zachcianki realizował na boku i po cichu. W sensie obyczajowym nie ma bowiem wielkiej różnicy pomiędzy przeciętnym Demokratą a przeciętnym Republikaninem. W tym sensie rewolucja seksualna przeżarła duszę Ameryki tak, że prawie zanikła granica pomiędzy konserwatyzmem a liberalizmem.
I nie będzie lepiej – nie unikniemy kolejnych „idealnych Amerykanów” pokroju degenerata Epsteina – jeżeli ktoś tam za wielką wodą nie pójdzie po rozum do głowy i nie powie, że król jest nagi. Że mocarstwo stoi na glinianych nogach, ponieważ przeżera je rak moralnego zepsucia, a każda upadająca cywilizacja – jak zauważa przywołany wcześniej Sorokin – cechuje się anarchią seksualną, podważeniem moralności rodzinnej i falą rozwodów (dziś w Ameryce jest to wręcz „kultura rozwodów”, a ludzie potrafią zamawiać torty z okazji zniszczenia małżeństwa!).
Dlatego, z praktycznego punktu widzenia, tak wielką rolę mają obecnie do odegrania katolicy. Nie wchodzi się bowiem dwa razy do tej samej rzeki, jak konstatował Heraklit z Efezu. Nie ma powrotu do sztywnej (i sztucznej), pruderyjnej moralności protestanckiej. Potrzebna jest prawdziwa odnowa moralna. Odnowa pojęć i odnowa duszy.
a tym polu tradycyjny katolicyzm – niszowy, ale rosnący w siłę – miałby wielkie i ważne pole do działania. nie I nie do protestanckiej nadaktywności, lecz do prawdziwego działania na rzecz amerykańskiego ideału Domu Walecznych i Ziemi Wolnych, który nigdy nie przestał być piękny i wspaniały, nawet jeżeli fundamenty narodu chwieją się przez zarazę rozpasania seksualnego.
Filip Obara