DLACZEGO LEWACY KOCHAJĄ ISLAM?

DLACZEGO LEWACY KOCHAJĄ ISLAM?

Krzysztof Baliński

Dlaczego lewacy kochają islam, mimo że muzułmanie ich nienawidzą i nie ma punktów stycznych między wyznawcami Allaha i wyznawcami Marksa? Czy nie dlatego, że to dzieci i późne wnuki Lwa Trockiego i Altiero Spinelli. A może dlatego, że wspólnie utrzymują, że przyczyną islamskiego fanatyzmu nie jest religia, lecz to konsekwencja zachodniego kolonializmu i wynikających z niego biedy i ucisku. Bo rzeczywiście, jeśli usuniesz muzułmańską symbolikę, u islamistów znajdziesz poglądy o wyzyskiwaczach i wyzyskiwanych, ciemiężycielach i uciskanych, kolonizatorach i kolonizowanych.

W cichym sojuszu między radykalną lewicą i radykalnym islamem obowiązuje prosta zasada: „Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Jedni i drudzy są zagorzałymi przeciwnikami Zachodu, a lewacy są sprzymierzeńcami islamistów w ich agresji na cywilizację zachodnią i są przeciwieństwem wszystkiego, co reprezentuje znienawidzony przez nich świat chrześcijański. Lewacki marksizm i radykalny islam stawiają pod pręgierzem Europejczyków i oskarżają cywilizację białego człowieka o wszystkie nieszczęścia świata. Wystarczy przejrzeć podręczniki szkolne, aby dostrzec spójny przekaz: Lepiej by było, gdyby białych ludzi nie było. Bez nich nie byłoby niewolnictwa, wojen, wiary w czarownice, rasizmu, ciemiężenia kobiet oraz pożogi, płaczu i zgrzytania zębów. Dla lewaków każda kultura jest lepsza od europejskiej, wszystkie nie mogły się w pełni rozwinąć, i gdyby nie biali, barbarzyńscy Europejczycy, to Aborygeni i Pigmeje pierwsi wylądowaliby na Księżycu.

Są do tego stopnia zaślepieni nienawiścią do chrześcijaństwa i do białego człowieka, że nie widzi, iż największymi wrogami wyznawanych przez nich poglądów są islamiści. Nie zdaje sobie sprawy, że prędzej czy później hołubione przez nich feminizmy i genderyzmy zderzą się z fanatyzmem islamistów, że wojownicy sprawiedliwości społecznej zderzą się z wojownikami Allaha. Nie widzą, że muzułmanie traktują Europę, jako łatwy łup, że na ludzi Zachodu patrzą jak na zbydlęcone twory, a na ich kobiety jak na dziwki nienadające się nawet do haremu. A żeby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do wytycznych Koranu i porównać je z „Manifestem” Spinelliego.

Współpracę z islamistami (i w ogóle z muzułmanami) lewacy (i w ogóle lewica) widzą, jako „lodołamacz”, który rozbije zastane struktury społeczne i kulturowe, a nade wszystko religijne Zachodu. Islamiści traktują lewaków, jako „użytecznych idiotów”, jako swego rodzaju naiwnego odźwiernego, który wpuszcza każdego nie sprawdzając wcześniej, kim jest. Co jeszcze skrajna lewica ma wspólnego z radykalnymi islamistami? Lewacy to taka nowa „Międzynarodówka”, taki nowy „Komintern” budujący europejskie superpaństwo – Związek Socjalistycznych Republik Europejskich. A islamiści to „Islamski Komintern”, z którym w wielu istotnych punktach przecina się lewacka doktryna. Islamizm nie jest bowiem wyznaniem, lecz ideologią bazującą na religii, a islamiści mają tylko jedną narodowości – islam. I tu pytanie: Jak to możliwe, że komunizm i islamizm nie spotkały się wcześniej?

W tym wszystkim, w tej grze uczestniczy jeszcze jeden szuler – globaliści. Bo czym dla lewaków muzułmanie, tym dla globalistów lewacy. Bo aspirujący do władzy lewacy żywią się ochłapami spadającymi ze stołu globalistów. Także kojarzenie islam z agresją i terrorystycznymi zamachami to element globalistycznego resetu. Wystarczy bowiem zagłębić się w historię pobytu muzułmanów w Europie, żeby znaleźć, że przybyli tu nie w wyniku inwazji, lecz sprowadzili ich globaliści, dokonując uprzednio ich odpowiedniej selekcji.

Globaliści działają na kilku płaszczyznach, i na każdej z nich podminowują Europę. To skoordynowana strategia, którą globaliści stosują do dziesięcioleci. Już w 1911 r. w amerykańskiej gazecie „St. Louis Post-Dispatch” ukazała się karykatura przedstawiająca Karola Marksa otoczonego finansistami z Wall Street (wszyscy, bez wyjątku wyposażeni w haczykowate nosy), żywiącymi nadzieję, że komunizm pomoże im w interesach.

Komisja Europejska finansuje projekt badawczy o nazwie „Biały islam: nowa religia dla Europejczyków”, którego głównym celem jest wsparcie konwertytów na islam oraz walka z islamofobią w Europie. Projekt zakłada, że obecność muzułmanów może stanowić alternatywę wobec nacjonalizmu i „chrześcijańskich narracji antyislamskich”, a islam być odpowiedzią na „wypaczenia” współczesnego Zachodu. W ramach projektu tworzona jest baza danych, która śledzi ewolucję poglądów politycznych konwertytów oraz analizuje ich wkład w krytykę zachodniego porządku społeczno-politycznego. Projekt adresowany jest do państw, które zmagają się z integracją imigrantów oraz napięciami na tle religijnym. Innymi słowy, to prowokacja wobec dziedzictwa kulturowego kontynent i naruszenie zasady neutralności światopoglądowej, którą lewacy w Brukseli tak często przywołują.

Tak, jak lewica wchodzi w sojusz z islamistami, tak antyislamska prawica wchodzi w sojusz z Izraelem. W marcu ubiegłego roku rząd izraelski zwołał w Jerozolimie konferencję „Przeciwdziałanie antysemityzmowi”. Zaproszono na nią przywódców prawicowych partii z Francji, Hiszpanii, Szwecji, Węgier oraz Holandii (notabene, wszystkich z antysemicką kartoteką). Gospodarzy i zaproszonych gości połączyło postrzeganie islamu, jako głównego zagrożenia dla Europy oraz budowa wspólnego frontu do walki islamizmem (który wszyscy uczestnicy konferencji ochoczo potępili). Pikanterii dodaje, że wszystkim zaproszonym, jeszcze do niedawna, Izrael przyklejał etykietę „skrajna antysemicka prawica”.

Z tej okazji odezwał się ambasador Izraela w Warszawie, obwieszczając, że w związku z obecnością mniejszości muzułmańskiej w krajach zachodnich „nasila się antysemityzm”, że „należy go eliminować gdziekolwiek się pojawia” oraz że „w Polsce, gdzie problem jest mniejszy, powinno być łatwiej sobie z nim poradzić”. I uszom własnym nie wierzyliśmy, bo do tej pory słyszeliśmy, coś zupełnie przeciwnego – gdy w Europie Zachodniej Żyd boi się wyjść na ulicę w jarmułce, a niemiecka policja całodobowo pilnuje synagog, w Polsce sprzedawanie figurki Żyda z pieniążkiem jest przejawem „zwierzęcego antysemityzmu”. Słowa izraelskiego ambasadora brzmiały niepokojąco także z uwagi na to, jak Żydzi likwidują „antysemityzm” w Palestynie i zapowiadają użycie bomby atomowej wobec „antysemickich” mieszkańców Gazy.

Polska prawica, w odróżnieniu od zachodniej, jest antyizraelska. Ale to się zmienia, bo na scenie pojawili się Dominik Tarczyński i Patryk Jaki. Okazuje się też, że islamizacji Europy sprzyjają nie tylko zlewaczałe i antyklerykalne elity polityczne Unii Europejskiej i żydoprawica w PiS, ale także duchowni Kościoła. Przykładem równie dobrze czujący się w mycce rabina jak i w turbanie imama kardynał Grzegorz Ryś, rzecznik Żydów, muzułmanów i wszystkich innych (tylko nie katolików), któremu nie przeszkadzają nawoływania do palenia kościołów, a odprawianie tradycyjnej mszy nazywa „pajacowaniem przed ołtarzem”, który w liście do wiernych o imigrantach napisał: „Każdy człowiek ma prawo wybrać sobie miejsce do życia; i ma prawo w tym miejscu być uszanowanym w swoich przekonaniach, kulturze, języku i wierze”.

Wspieranie imigracji (nie tej spontanicznej, lecz stymulowanej przez globalistów) to kolejny dowód na sojusz lewaków z islamem. Bo nie jest tajemnicą, że tzw. „arabska wiosna”, która dała początek islamskiej inwazji i która tak osłabiła chrześcijańską Europę to robota Mosadu. Gdy hordy napierały na europejskie granice, przywódcy islamistów nawoływali do „przeniesienia wojny do serc, domów i miast krzyżowców Zachodu”, a na ich manifestacjach roiło się od czarnych flag z półksiężycem. Gdy odrodził się islamski terroryzm, lewacy utrzymywali, że ten mniej groźny to islamski i ten wiele groźniejszy, kiedy biali tubylcy posługują się mową nienawiści. Dziwiła też niechęć do przyznania, że oprócz terroryzmu islamskiego jest terroryzm lewacki. W tyle nie odstawali muzułmanie i lewacy w Polsce. W organizowanych przez nich demonstracjach udział brała „Czerwona Warszawa”, organizacja związana z trockistowską międzynarodówką, członek antyfaszystowskiej Koalicji 11 Listopada, która blokowała Marsz Niepodległości w Warszawie.

Lewica otworzyła Europę na masową imigrację pod pozorem tolerancji, praw człowieka i „ocieplenia klimatu” (które zmusza ludy Południa do szukania ochłody na Północy). Ale to tylko pretekst, bo wykreowanie licznej mniejszości religijnej pomaga w ostatecznym usunięciu chrześcijaństwa i stworzeniu europejskiego superpaństwa bez tożsamości religijnej i narodowej. Projekt taki zakładał, że ściągnięci do Europy muzułmanie ulegną takiej samej szybkiej laicyzacji, jak rdzenni Europejczycy. Tyle, że wbrew lewackim mrzonkom muzułmanie nie zasymilowali się, a zaczęli za to radykalizować się religijnie i przytłaczać swoją dzietnością zateizowanych Europejczyków.

Lewacy zakładali, że imigranci staną się zapleczem politycznym skrajnej lewicy. I to się udało, bo zwycięstwo partii lewicowych w wyborach parlamentarnych w Wielkiej Brytanii i Francji nie byłoby możliwe bez wsparcia ze strony muzułmanów. W takiej Francji, na Nowy Front Ludowy głosowało 80 procent wyznawców islamu. I mamy taka oto szaradę: Dziś bez poparcia muzułmanów nie można wygrać wyborów. Lewica stała się zakładnikiem środowisk muzułmańskich. Muzułmanie nie są w tej grze pionkami, ale rozgrywającymi. Co prawda, jedni i drudzy traktują się z podejrzliwością i kombinują, kto kogo przechytrzy, ale wynik jest oczywisty: To globaliści przechytrzą i białych lewaków i smagłych islamistów!

Nawiasem mówiąc „wydarzenia” związane z obchodami muzułmańskiego święta kończącego ramadan stworzyły żydoprawicy w Polsce nie tylko okazję do krucjaty przeciwko islamowi, ale do powtarzania z uporem, że zły jest imigrant nielegalny, legalny dobry. Tymczasem, żydoprawicowy rząd Morawieckiego sprowadził do Polski kilkaset tysięcy „legalnych” imigrantów z krajów muzułmańskich, poparł go w tym lewak Michnik, a Jan Hartman, wnuk rabina Izaaka Kramsztyka cieszył się, że „w Polsce za 20 lat może być więcej meczetów niż kościołów”.

Kiedy 50 lat temu szach Iranu Mohammad Reza Pahlavi ostrzegł przed „czerwono-czarnym sojuszem marksistów i islamistów”, francuscy „intelektualiści” Jean Birnbaum i Alain Finkelkraut (wszyscy trockiści pochodzenia żydowskiego) wyśmiali go. Mało tego, drwiąc z szacha podpowiedzieli Białemu Domowi koncepcję „Zielonego Półksiężyca”, muzułmańskiego kordonu sanitarnego mającego powstrzymać bezbożny sowiecki komunizm. I rzeczywiście; Ronald Reagan wsparł mudżahedinów w Afganistanie, nazywał ich „Freedom Fighters” (bojownikami o wolność), a mudżahedinów wspomogli ochotnicy z krajów muzułmańskich.

Efektem, najgroźniejszym było powstanie zbrojnych struktur tzw. państwa islamskiego, a miejsce dominujące świeckich ruchów politycznych i sprawujących władzę w Iraku, Syrii i Libii zajęli fundamentaliści islamscy. Jak widać globaliści są niezwykle elastyczni – na Zachodzie, jako tarana dla swych idei używają lewicę, a na Bliskim Wschodzie – islamu. W bibliotece Osamy bin Ladena znaleziono, obok dzieł założycieli Bractwa Muzułmańskiego, książki komunisty pochodzenia żydowskiego Noama Chomsky’ego, które do dziś namiętnie czytają studenci uniwersytetów amerykańskich. Dziś Chomsky wyraża poparcie dla Hamasu, skrajnego odłamu Bractwa Muzułmańskiego, a amerykańscy lewacy opisują islam jako część międzynarodowej i postępowej lewicy.

Z tym, że nie dajmy się podpuścić narracji Izraela, który jakoby walczy w Gazie z bojownikami Hamasu, a dokonuje ludobójstwa palestyńskich kobiet i dzieci. Ale też, przy całym szacunku dla arabskich przyjaciół, powiedzmy szczerze: Nie daliście rady tchórzliwy żydkom z Izraela, to przenosicie swój konflikt z Żydami do Europy. Nie po to, żeby walczyć z Żydami tylko z białymi Europejczykami. I nie po to, żeby wyzwolić Palestynę, ale wykroić sobie, przy pomocy Żydów i lewicowych dupków, przestrzeń do osiedlenia (nieraz w wielce oryginalny sposób – tak, jak Pakistańczycy w Anglii – gwałcąc białe kobiety, w tym 11-letnie dziewczynki.

A co do Ben Ladena to przypomnijmy, że Radek Sikorski do polskiej dyplomacji trafił wprost ze zbrojnej formacji mudżahedinów afgańskich, wśród których, na zlecenie brytyjskiego wywiadu MI5, działał pod koniec lat 80-tych. Później, dzięki żonie, został członkiem zaplecza amerykańskich polityków żydowskiego pochodzenia, potomków działaczy Komunistycznej Partii USA (przez siebie przewrotnie i dla niepoznaki zwanych neokonserwatystami, a przez prawdziwych konserwatystów neotrockistami). W sporządzonym dla nich raporcie postawił tezę: „Bez mudżahedinów nie byłoby Okrągłego Stołu w Polsce”. Na obronę Radka trzeba jednak przyznać, że nie wystąpił o pokojowego Nobla dla Osamy Ben Ladena, natomiast nagrodę w wysokości 1 miliona euro przyznał Mustafie Dżemilewowi – islamiście, liderowi Tatarów krymskich,których znaczny kontyngent walczył u boku Państwa Islamskiego pod opieką tureckiego wywiadu (tego samego, który wspierał przemieszczanie się tzw. uchodźców do Europy), których udział w eksterminacji chrześcijan w Lewancie jest nie do przecenienia.

Chcemy Polski bez muzułmańskich imigrantów. Czy to oznacza, że muzułmanów mamy nienawidzić? Wprost przeciwnie! Chcemy tylko, aby Polska pozostała krajem katolickim, a bisurmanie niech się modlą do Allaha u siebie. Islam to cywilizacja obca, przed którą musimy się bronić. Ale czy bronić się przy pomocy, pod dyktando i w interesie wyznawców judaizmu? To Żydzi narzucili, bowiem warunki debaty na temat islamu i muzułmańskich imigrantów, ustawiając ją tak: Za falą islamskiej inwazji stoi państwo islamskie i Hamas; Miliony muzułmanów płyną do Europy, by podkładać bomby, gwałcić, ustanawiać kalifat i zaprowadzać prawo islamskie; Jak nie chcecie chanuki to będziecie mieli ramadan; Muzułmanie to wróg, którego macie się bać i przed którym będzie was bronić Izrael.

Równocześnie są za muzułmańską imigracją. Udało im się przekonać lewaków, że ich intencją jest przychylenie muzułmanom nieba, że „Gazetą Wyborczą” i fundacją Sorosa kieruje troska o wyznawców Allaha, że bronią „uchodźców”, a sprzeciwiający się im Polacy to ksenofobi i rasiści. No i mamy taką oto szaradę: Z jednej strony straszą, że hordy bisurmańskie podbijają ziemię „niewiernych”. Z drugiej nakazują tymże „niewiernym” merdania do najeźdźców ogonkiem i w ten prosty sposób wprowadzają w życie zamysł wycięcia chrześcijańskich gojów muzułmańskimi kindżałami.

Nie chodzi o obronę islamu ani o jego potępienie. Chodzi o to, czy Polacy swoją tożsamość mają kształtować w opozycji do islamu, czy w opozycji do rabinów z „Gazety Wyborczej”, którzy napływ muzułmanów do Polski błogosławią. I jakże naiwne są w tym kontekście głosy, że istnienie silnego Izraela może być przydatne, bo „Izrael wiąże znaczące siły świata islamu na Bliskim Wschodzie i tym samym osłabia dżihad na Zachodzie”.

Zagrożeniem dla Polski nie jest islam. Zagrożeniem są ci, którzy udając patriotów, wrzeszczą o islamskim zagrożeniui równocześnie robią wszystko, aby stworzyć dla muzułmanów przestrzeń życiową. Ci, którzy manipulując opinią publiczną, szczują na nielegalnych migrantów, a po cichu wpuszczają tych „legalnych”. I dlatego Polakom potrzebna jest uczciwa diagnoza: To nie islam przerabia europejskie narody na etniczną zbieraninę. To nie islam wymazuje chrześcijańskie oblicze kontynentu. To nie muzułmanie zohydzają Polakom tożsamość, religię, rodzinę i szydzą z ich patriotyzmu. I dlatego, chcemy Polski bez imigrantów, ale także bez tych, którzy są za Polską etnicznie i religijnie skundloną.

Krzysztof Baliński