Czy jest jakieś wyjście na nową Polskę?

Czy jest jakieś wyjście na nową Polskę?

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis dziennikzarazy/czy-jest-jakies-wyjscie-na-nowa-polske

okładka

22 marca, wpis nr 1400

Dziś małe święto: tysiąc czterysta wpisów do tej pory. A miałem pisać pamiętniczek z dwóch tygodni kwarantanny…
Zeszło się, c’nie?

Mamy różny poziom dyskusji o polityce w Polsce. Króluje bieżączka, codzienna nawalanka plemiennych wzmożeń na poziomie newsów dnia i dziennych przekazów. Pojawiają się dłuższe wątki, ale te są ciągnione wyłącznie w celach eskalowania podziału Polaków na dwa szczekające na siebie stada. Wszystko temu służy, byśmy się kłócili, gdyż walcząc ze sobą na dole nie spoglądamy wzwyż, nie widzimy, że to wszystko idzie z góry: do nas na dół dzielący syf podszczuwania, do nich na górę – nasza bezradność owinięta w podatki. Ale to nasz chleb codzienny, czerstwy i coraz bardziej gorzki.

Drugi poziom to komentariat bardziej zaawansowany – to w nim pojawiają się wątki mechanizmów partyjnych, politycznego grzebania w prawie, unijnych wrzutek regulacyjnych. Tu króluje odczytywanie niepisanych, acz wdrażanych planów. Codziennie liczy się głosy, rozpatruje frakcje, znów przelicza się głosy. Takie taktyczne przesuwanie figurek po szachownicy demokracji przedstawicielskiej. Ważny motyw w tym wymiarze pojawia się po prawej stronie tej niepowszechnej medialnej debaty. Lewa dzisiaj, jak to mówi Bartosiak, poleruje berło rządzących i oprócz tropienia pisizmu nie masz tam żadnej myśli państwowej.

Błędy genetyczne

Wartościowa część tego prawicowego wątku odkrywa kolejną warstwę III RP, jej zaklęte w ustroju błędy genetyczne, które my widzimy coraz częściej w formie politycznych patologii, nie do końca identyfikując ich źródeł. A więc roztrząsa się zaklęte w naszej konstytucji wady i błędy, w końcu stare i podrdzewiałe trybiki, które kiedyś pracowały, choćby i na korzyść wyłącznie elitarnej warstwy kliki. Teraz, kiedy czasy się mocno zmieniły, zacinają się, trzęsą, łamią. Maszyna polskiego ustroju przeżywa konwulsje, zaś lud suwerenny widzi tylko przemalowane co kadencję obudowy, zaś wstrząsy tłumaczy mu się tym, że owszem – konstrukcja jest zacna – tylko poprzednicy ją popsuli. No, jest jeszcze Putin, winny za wszystko.

Mówię tu o pewnym publicznym trendzie do naprawy Rzeczpospolitej. Ma on dwa przejawy, ale jedną fatalną dominantę. Ten zbiór wspólny polega na tym, że właściwie cała III RP wciąż zajmuje się głównie… poprawianiem samej siebie. To tak jakby sam ustrój wiedział, że jest źródłem własnych kłopotów. Przecież cała ta biegunka legislacyjna – pomijając wsad dostosowawczy naszego prawa do unijnych dyrektyw – to są poprawki do istniejących ustaw. W sumie każda zmieniająca się ekipa zaczyna grzebać w ustawach od nowa, zamiast realizować jednolitą politykę wzrostu. Ta zmienność podejścia to nawet nie inne poglądy społeczno-gospodarcze kolejnych ekip, to by było jeszcze nieźle. Gros ustaw to zamiana, zawrócenie redystrybucyjnych strumieni środków publicznych w te strony społeczne, które akurat dana ekipa polityczna uzna za korzystne dla siebie pod względem wyborczym. Nie ma to nic wspólnego z dobrem państwa, tylko chodzi o to, by – właśnie jego kosztem, a właściwie kosztem jego rozwoju – kontynuować pobywanie w promieniach władzy, w tym wypadku dla samej władzy. O wątku agenturalnym, czyli czynieniu prawa i polityki dla realizacji cudzych interesów nie wspomnę, gdyż to sprawa oczywista.

Poprawianie III RP w permanencji

Ale nie po to zacząłem ten tekst, by głosić tu takie komunały. Mamy wysyp prób, widać, że często pozornych, naprawy kraju, ale służą one jednak taktycznym celom politycznym, są więc zasłoną dymną, która ma przysłonić nicnierobienie. III RP jest powoli jak socjalizm – walczy dzielnie z problemami, które sama tworzy poprzez system, na którym się opiera. I mamy do czynienia z pierwszym przejawem troski o Polskę: chodzi o kolejne – co kadencja – próby deregulacji. Praktycznie każda ekipa to obiecuje (oczywiście przed wyborami), zwłaszcza kieruje ten postulat wobec dyżurnych przedsiębiorców, których zaraz po wyborach w tej kwestii… zdradza. A to Palikoty stają na pryzmie papierów z regulacjami, a to powołuje się kolejne komisje do tropienia przerostów administracji, które same wkrótce stają się… jej przejawem. Kolejne podejścia w tym względzie, szczególnie dla przedsiębiorców, stają się już taką udręką, że niektórzy wolą, żeby nic nie deregulować, bo z tego tylko kłopoty.

Dyżurnym przykładem takich prób daremnych, a właściwie kontrproduktywnych, był Polski Ład, który miał wprowadzić porządek, stał się zaś gwoździem do trumny przedsiębiorców, a zwłaszcza PiS-u, który wydał to cudo na świat. Przedsiębiorcy znaleźli się w sytuacji jak ze słynnej bajki, kiedy „wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Tak bardzo się wszyscy starali im pomóc, że wyszło z tego nieszczęście. Ale to był przykład politycznego podejścia do samozreformowania w końcu własnych regulacji, co prawda dziedziczonych z pokolenia na pokolenie polskiej plemiennej sztafety, ale będącej produktem markowym III RP.

Przypadek prezesa Brzoski

Ale mamy też różne próby niepolitycznego podejścia do tematu poprawienia Polski poprzez deregulacje – są to liczne inicjatywy, czy to samych przedsiębiorców, jakichś organizacji, nawet stowarzyszeń pracodawców, ale te są bardziej reaktywne i najczęściej ograniczają się do krytyki jakiejś jednej wyizolowanej regulacji. Nie mają więc nic wspólnego z systemem, zaś ich łatanie na łacie utrwala tylko system polskiej dziurawej kapoty. Ostatnio mieliśmy do czynienia z dużą próbą deregulacyjną, którą zapoczątkowała przygoda biznesmena Brzoski (ten od InPostowych paczkomatów) z premierem Tuskiem. Wyszedł z tego niezły projekt, dużo fajnych pomysłów, zgrabnie zebranych i skonsultowanych. I co? I nic.

Większość tu zacznie utyskiwać, że to była podpucha ze strony Tuska, który miał wrobić biznes w propozycje deregulacyjne. Zamiast sam się zająć tymi sprawami, to pod publiczkę powiedział – marudzicie, marudzicie, to wreszcie coś sami zaproponujcie. I stało się – Tusk dostał niezłą pakę pomysłów i… nic z tym nie zrobił. (Może to był ruch przekuty przez Brzoskę na zdobycie sztandaru przewodnictwa polskiemu biznesowi i założenie – również z przygotowaną w tym trybie paczką postulatów przedsiębiorców – ruchu politycznego, który wystartuje w tych wyborach). A więc po zwyczajowej klapie pomysłów na deregulacje odbitych przez rządzących wszyscy się rzucili na gęganie – no tak, jak zwykle nie dało się. Ale nie tu jest pogrzebany pies polskiego przekleństwa niemożności.

Głównym problemem jest „łatkowatość” podejścia. W ustawie o czymś tam, w paragrafie 3, ustęp 2 wystarczy dodać „i wynosi 16%”, w innym rozporządzeniu wykreślić słowo „podstawę liczy się od średniej krajowej” i będzie dobrze. Poważnie? Będzie dobrze od takiego łatania? Nie może być! Takie łatanie oddala nas od myślenia o tym czy w ogóle ten prawie już 40-letni płaszcz Najjaśniejszej w ogóle został dobrze skrojony od początku, a już w szczególności czy nie sparciał do tej pory, po takim czasie, czy przypadkiem nie pasuje już do polskiej geopolitycznej pogody? Nie – my będziemy łatać na łacie, podszywać stary rękaw nową podszewką. A że wieje przez ten płaszcz coraz bardziej, to napychamy szpary zwitkami pożyczonych pieniędzy i gazetami narracji. Tak dalej to nie pojedzie.

Analizy ale czy remedia?

Drugim aspektem troski o naprawę Polski jest coraz częściej szukanie właśnie dobrego kroju dla Polski na nowe czasy. Coraz częściej mówi się o systemie, ustroju i – też coraz częściej – o jego zmianie w sposób generalny, czyli zahacza się o kwestię konstytucji. I jest to racja z kilku powodów: po pierwsze jeśli traktować konstytucję jako instrukcję obsługi, a właściwie rozwoju potencjału naszego kraju i zamieszkujących go rodaków, to za mało o tym mówimy. Owszem – jako się rzekło w rozwiniętym, a więc nieczęstym komentariacie, wskazuje się na nasze życiowe konsekwencje błędów ustrojowych zawartych w konstytucji, ale jest to tylko (konieczny) początek, analiza przed remediami, których nam wciąż brakuje.

Po drugie Polacy nie potrafią rozmawiać o konstytucji. Owszem potrafią nią wymachiwać z taktycznych inspiracji rządzących. Taktycznych, gdyż na przykład w przypadku kiedy Tuski były w opozycji, to czytali ją dzieciom do snu i biedakom uwięzionym w tramwajach, zaś jak się towarzystwo dorwało do władzy, to niedawna bohaterka ich odniesień ustrojowych stała się momentalnie lekturą przeszkadzającą, którą poddano interpretacji „tak jak ją rozumiemy”. Jeżeli są jakieś głosy jak i gdzie jest niedobra ta nasza ustawa zasadnicza, tak w ogóle nie ma dyskusji na temat jak miałaby być ona lepsza i w których obszarach.

Polacy też nie rozmawiają o konstytucji z jednego naczelnego powodu – nasza ustawa ustaw pasuje bowiem całemu systemowi politycznemu, gdyż to dzięki jej regulacjom ten system jest taki jaki jest i może być tak słaby jakościowo i ludzko, a jednocześnie dochodzić do władzy i utrzymywać się przy niej. Dlatego konstytucja RP należy nie tyle do jednego z elementów POPiS-u, ale jest jego fundamentem. To jej zawdzięczają swoje przewagi dwa plemiona, to ona wytycza to zagrodzone pole, na którym odbywa się już tylko walka które z dwóch plemion wygra. Dlatego POPiS, ale i praktycznie cała klasa polityczna będzie tej konstytucji bronić jak kiedyś Jaruzel socjalizmu, czyli jak niepodległości.

Duda referendalny

Było parę nieśmiałych podejść do konstytucji, ale należy wskazać, że o skromnym wymiarze takich prób świadczy to, że najpoważniejszą była inicjatywa konstytucyjna prezydenta Dudy, co świadczy o tym, że jeśli to była próba najpoważniejsza, to cały interes jest nic nie wart. Prezydent Duda zaproponował dziwny proces dochodzenia do zmian w konstytucji: ogłosił referendum konsultacyjne, nie zaś referendum zmieniające konstytucję. Po prostu miano się zapytać, i to wariantowo, o różne pryncypia, niestety w większości tu nie nadające się do konstytucji. No bo co ma konstytucja do pytań typu: „Czy jest Pani/Pan za odwołaniem się w preambule Konstytucji RP do ponadtysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa Polski i Europy jako ważnego źródła naszej tradycji, kultury i narodowej tożsamości?”, czy „Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem szczególnego wsparcia dla rodziny, polegającego na wprowadzeniu zasady nienaruszalności praw nabytych (takich jak świadczenia „500+”)?”.

Inicjatywa Dudy okazała się kapiszonem i chyba dobrze, że nie doszło do tego referendum, bo temat byłby spalony i obecnie zamknięty. Myślę, że ten pomysł jednak Dudzie utopił… PiS, gdyż jest to formacja jak najbardziej żyjąca z konstytucyjnych patologii, z zapisem o ordynacji proporcjonalnej w wyborach włącznie. Duda chciał się zapytać narodu w którą stronę ma pójść myślenie o zmianach konstytucji. Ale – właśnie – zabrakło tam pytań zasadniczych, bo ustrojowych. Skupiono się na przynależności do NATO czy Unii oraz gwarancjach pozycji rodziny czy choćby… roli w niej ojca. Projekt więc poległ, zaś swym poziomem mocno i na długo spłycił poziom dyskusji o ustawie zasadniczej. Mało tego – zaproponował jakąś dziwną formułę, gdzie znowu, tak jak w roku przyjęcia konstytucji w referendum, będziemy mieli tylko jeden projekt konstytucji, napisany przez polityków w ramach referendalnych konsultacji.

Jak można zmienić konstytucję?

Z tych nielicznych, którzy jeszcze rozprawiają o zmianie konstytucji (głównie jako się rzekło – dziennikarze) większość snuje dramatyczne scenariusze imposybilizmu. Żeby zmienić konstytucję – tak straszą lud – trzeba osiągnąć niemożliwy poziom konsensusu walczących ze sobą plemion. I to w obu przypadkach, to znaczy wtedy, kiedy miałaby to zrobić sama klasa polityczna reprezentowana w parlamencie, a także gdyby chciano zmienić konstytcuję w ramach referendum stanowiącego. Zmiana Konstytucji RP na nową w Polsce wymaga przeprowadzenia rygorystycznej procedury opisanej w art. 235, która obejmuje uchwalenie ustawy konstytucyjnej przez Sejm (większością 2/3) i Senat (większością bezwzględną). Projekt mogą zgłosić: 1/5 posłów, Senat lub Prezydent. A więc biorąc pod uwagę takie ostre wymogi zgody uważa się ten pomysł za niemożliwy, albo wręcz przeciwnie – nakazujący pełną mobilizację do zdobycia wręcz orbanowskich większości w obu izbach.

Ale drugą drogą, często zapominaną, acz o wiele łatwiejszą do osiągnięcia celu jest ścieżka prezydenckiego referendum konsultacyjnego w oparciu o art. 125 konstytucji. Wcale nie trzeba znokautować innych w wyborach, na mandatowy wynik których nałożony jest wypaczający filtr ordynacji wg.  D’Hondta. W referendum, jak to w referendum, odwołujemy się do pojedynczych głosów mas liczonych wprost. Cały proces wygląda inaczej niż proces referendum konstytucyjnego. Referendum konstytucyjne jest decydujące, ale zamieszanie w niego Sejmu powoduje niemożność osiągnięcia progu 2/3 zgody i nie będzie nad czym „referendować”. Trzeba wrócić do przypalonego przez Dudę referendum konsultacyjnego.

Ma ono kilka wad i klika zalet. Co do wad – nie jest stanowiące, nie musi być uwzględnione przez ciała przedstawicielskie. Ale jeżeli naród się gremialnie opowie za konkretną zmianą, to może się tak stać, że cała klasa polityczna będzie się bała przeciwstawić woli ludu. Odpowiedź ludu musi być więc konkretna nie zaś ogólnikowa, bo jak się niekonkretami zajmą politycy, to przerobią każdą wolę ludu na swoje kopyto. Na pewno taki referendalny ruch konstytucyjny musiałby przeformułować postrzeganie priorytetów politycznych przez wyborców na skalę systemową, a więc warto tu zmienić paradygmaty myślenia ludu na rzeczywiste. Samo określenie pytań referendalnych byłoby poważnym pretekstem do konkretnej debaty nad analizą i przyszłością kraju. Pojawić by się mogły nowe struktury, idące w poprzek plemienności podziałów sceny politycznej, objawiliby się może nowi liderzy, może zaczątki nowych, tłumionych, acz potencjalnych elit. Byłby jakichś ruch i to konkretny, nie kolejne narzekanie, ale rzeczowe remedia dla kraju. I jeśli wyszedłby z tego dobry pakiet, to nawet gdyby III RP go olała politycznie, to stanowiłby on znakomity zaczyn konkretyzacji postulatów politycznych na przyszłe wybory.

Gracze zmiany

Ruch z referendum konsultacyjnym wymaga zaangażowania i zgody prezydenta oraz Senatu RP. A to ustawia już z góry i graczy, i teren walki politycznej. Dla prezydenta Nawrockiego byłby to egzamin z tego, czy jest bytem samodzielnym politycznie, czy będzie w kwestii dyskursu konstytucyjnego hamulcowym, gdyż – jako się rzekło –  dla systemu III RP, a więc i dla PiS, obecna konstytucja jest gwarantem trwania tego dysfunkcyjnego układu politycznej dwójpolówki. Sztandar konstytucji mógłby zostać podjęty przez prezydenta i okazałoby się, czy to w ogóle jakiś ośrodek polityczny. Poza tym to prezydent mógłby być przekazicielem w górę energii do zmian, organizacyjnie pochodzących spoza dużego pałacu. Otworzyłoby to drogę do pozytywnej i konstruktywnej presji na prezydenta, by podjął ten pomysł i inicjatywę. Ustrojowo jest do tego niezbędny.

Drugim graczem potrzebnym do tego ruchu jest Senat, najwyraźniej przez PiS odpuszczany. I nie dziwota, jak człowiek sobie przypomni jego ustrojowe źródła w III RP. Senat to dziecko Okrągłego Stołu, zaproponowane przez Kwaśniewskiego jako otarcie łez dla wtedy opozycji solidarnościowej, która miała być tylko 35% kwiatkiem do kożucha rządzących w Sejmie komunistów. Kwaśniewski zaproponował więc powołanie Senatu, gdzie wybory nie będą limitowane i tam się mogą solidaruchy odkuć. I odkuły się, biorąc w 1989 roku 99% miejsc w Senacie, co pokazuje gdzie wtedy była umiejscowiona narodowa popularka. Ale Kwaśniewski dając szanse na Senat od razu się zabezpieczył – Senat mógł dawać poprawki do ustaw Sejmu, ale izba niższa i tak mogła zwykłą większością je unieważnić, co miało wtedy chronić komunistyczną większość w Sejmie. A więc Senat był na tamte czas taktyczny, zaś i wtedy, i teraz jest bezzębnym SENATORIUM, izbą choć wyższą, to nie mającą nic dogadania.

Ale fakt jego umieszczenia jako ważnego gracza w referendum każe się nad nim pochylić. I nagle w takim scenariuszu staje się ważnym na tyle, że można o niego zabiegać. PiS kiedy miał przez pierwszą kadencję po 2015 roku i Sejm, i Senat nic z nim nie zrobił, tylko używał go do przepychania ustaw w dwa dni. Ale jak Senat utracił w kadencji kolejnej to uznał, że jedyne co mu może wraży Senat zrobić przy pisowskiej większości w Sejmie, to tylko opóźniać proces legislacyjny, a więc była to strata tylko tempa. Widać to podejście w PiS-ie i teraz, kiedy powoli godzi się na przegraną w Senacie, będzie z tego, jak wylicza Marcin Palade, z 15 mandatów na 100.

Poniżej: mapka senackich okręgów dla PiS

Wszystkie grafiki za Marcin Palade Statystycznie.

Ale Senat można byłoby odbić, tylko trzeba byłoby zrobić to samo, co strona przeciwna – zrobić pakt senacki, ale prawacki. Ale coś się PiS-owi do tego nie spieszy, co jest kolejnym dowodem, że partia Kaczyńskiego nie umie w koalicje. Jest to też słaby prognostyk na koalicje sejmowe. I, o dziwo, na pakt senacki Kaczyńskiego namawiają obie Konfederacje, zaś PiS nie chce. A pakt senacki to wymarzony projekt dla Nawrockiego, który w ten sposób „oddałby” przysługę 3 milionom konfederatów, którym zawdzięcza swoje prezydenckie zwycięstwo. Wydaje się – ja wiąż jestem jednak optymistą, pytanie czy niepoprawnym -, że PiS zmądrzeje, kiedy już porzuci nadzieje na to, że premier in spe, czyli profesor Czarnek miałby doprowadzić do powstrzymania przepływu pisowców do Brauna. Wtedy można udać, że to inicjatywa Nawrockiego, chyba, że i jego przekona ambasador amerykańsko-izraelski, że nie wolno siadać z Braunem, nawet do chanukowej wieczerzy.

Ruch konstytucyjny

Moim zdaniem kwestia konstytucji będzie papierkiem lakmusowym dla prawdziwych intencji całej klasy politycznej. Szczególnie dla określenia „współczynnika antysystemowości” w każdej z partii. Można będzie się naocznie przekonać kto broni gnijącego systemu opartego na tej konstytucji. Zweryfikuje się też postawa Konfederacji Mentzena i Bosaka, gdyż trzeba będzie konkretnie odnieść się do rzeczywistej antystemowości, w znaczeniu systemu jako pookrągłostołowej III RP. Najprościej ma tu Korona Brauna, gdyż to ona będzie depozytariuszem tej weryfikującej wszystkich antysystemowości. Patrząc się na program Korony, to jest on mocno zaawansowany na poziomie ustrojowym. Wygląda jak piękny obraz przy plakatowych propozycjach konkurentów, licytantów na rozdawnictwo.

Instrukcja obsługi naszego potencjału wzrostów wymaga zmiany zasadniczej. Napisana na inne czasy, na inny potencjał, taktyczna w dodatku rozmyta kompetencyjnie konstytucja nie daje nam szans na rozwój. Wszystkie postulaty łatania a la Brzoska tylko mumifikują ten układ. W końcu dochodzą do poziomu implementacyjnego i tu wchodzi na pełnej petardzie III RP, która nie pozwoli na inne niż kosmetyczne zmiany. Postulat nowej konstytucji ułożyłby cały scenariusz działań politycznych, zweryfikowałby obecną scenę, wyzwoliłby, mam nadzieję, że istniejące, potencjały energii Polaków i przeniósłby dyskurs o Polsce w obszary pragmatycznej racjonalności. W końcu wszystkie dobre pomysły na Polskę kończą się na progu implementacji sprawczości, co wskazuje na słuszność postulatu Brauna, że żeby się ziściły choćby i najlepsze pomysły na Najjaśniejszą to „trzeba odzyskać niepodległość”. Zdobycie nowej konstytucji może więc stać się i drogą, i celem do wykonania tego szczytnego zadania prawdziwej naprawy Najjaśniejszej.                             

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.