Białoruski biznes rodzinny Cichanowskich
Siergiej Cichanowski prosto z USA dymisjonuje własną małżonkę i obnaża cyrk zachodnich elit

neon24/bialoruski-biznes-rodzinny-cichanowskich
Blogerka Bożena Gaworska-Aleksandrowicz pisze na fb, następujący post:
» Białoruski biznes rodzinny, czyli jak zachodnie salony dały się zrobić w konia blogerowi i jego „prezydentce”.
Gdy amerykański reset z Mińskiem i potasowe miliony Trumpa wchodzą do gry, Siergiej Cichanowski prosto z USA dymisjonuje własną małżonkę i obnaża cyrk zachodnich elit.
A to się porobiło!
Siergiej Cichanowski – białoruski bloger i mąż „prezydentki” Białorusi, tej samej, którą zachodni, „cywilizowany” świat od lat z namaszczeniem przedstawia jako niezłomną przywódczynię demokratycznej Białorusi – wziął się i zeźlił.
Chłopina najwyraźniej otrząsnął się już z po-więziennej traumy, spojrzał na mapę dotacji i zaczął głośno upominać się o swoje.
Co ciekawe, pod lupę wziął nie tylko małżonkę, ale i całe jej polityczne zaplecze, któremu podatnicy na Litwie, a teraz w Polsce, posłusznie zapewniają wikt, opierunek i luksusowe zakwaterowanie.
W swoich transmisjach na żywo, nadawanych prosto z bezpiecznej Ameryki, Cichanowski bez owijania w bawełnę wylał rzekę frustracji.
Zapalnikiem okazał się ckliwy wywiad Swietłany, w którym opowiadała o problemach zdrowotnych ich syna.
„Biuro Swietłany Cichanowskiej postąpiło nisko i podle, zaczynając wykorzystywać moje dzieci do własnych celów” – grzmi prawdziwy autor wydarzeń z 2020 roku.
Bloger wprost zarzuca sztabowi żony, że bezczelnie żeruje na prywatnych dramatach, byle tylko podreparować jej polityczny PR.
Jakby tego było mało, oskarża tak zwany „gabinet przejściowy” o ordynarne wygumkowywanie jego własnych zasług. Sztabowcy mają ponoć na gwałt przepisywać historię, byle tylko wmówić światu, że Swietłana była rewolucjonistką jeszcze zanim stało się to modne i opłacalne.
„Chcą przekonać wszystkich, że przed latem 2020 roku była bojowniczką, tylko na innym froncie” – konstatuje z ironią Cichanowski.
Najlepsze zostawia jednak na koniec, bezlitośnie obnażając kulisy politycznego awansu żony.
Według niego Swietłana bezwstydnie wykorzystała jego wizerunek i popularność wyłącznie po to, by dorwać się do zachodnich grantów i międzynarodowego wsparcia.
Kim zresztą była?
Cichanowski przypomina bezlitośnie: była jedynie kandydatką techniczną, na którą zmęczeni Białorusini zagłosowali z braku laku.
Poparcie dla niej samej było zerowe, bo nikt jej nie znał. Ludzie wiedzieli tylko, że to żona blogera, któremu reżim zablokował start.
„Dopuszczając się oszustwa i przypisując sobie moją grupę inicjatywną, zdołała się zarejestrować.
A zarejestrowano ją tylko dlatego, że dla Łukaszenki nie stanowiła żadnego zagrożenia” – podsumowuje mąż-założyciel.
I oto mamy kuriozalny finał tego politycznego teatrzyku.
Człowiek, wokół którego kręciła się cała białoruska rewolucja, jednym nagraniem dymisjonuje „prezydentkę” kreowaną przez światowe salony.
Przedstawia ją we właściwym świetle: jako uzurpatorkę, która ukradła mężowi sztab, by przez kolejne lata objeżdżać zachodnie parlamenty, buńczucznie wydawać „dekrety”, obsadzać fikcyjne „ministerstwa” i – mówiąc wprost – doskonale bawić się za zagraniczne fundusze.
Rodzinny biznes właśnie spektakularnie rypnął, a smaczku całej sprawie dodaje fakt, skąd Cichanowski nadaje swoje rewelacje.
Chłop siedzi obecnie w USA – kraju, który całkiem niedawno sam wyciągnął go z łagru.
I tu zaczynają się prawdziwe schody dla „pani prezydent”.
Waszyngton pod batutą Donalda Trumpa bezceremonialnie przystąpił do normalizacji stosunków z Mińskiem, zdejmując sankcje z białoruskiego potażu w zamian za tańsze nawozy i kolejne gesty ze strony Łukaszenki.
Amerykanie i Białorusini robią potężne biznesy, dogadują się ponad głowami emigracyjnych celebrytów, a Cichanowski zza oceanu bezkarnie demoluje mit swojej małżonki.
Co z tego będzie?
Ciekawe, kiedy Biały Dom oficjalnie odwoła upadłą „prezydentkę”, skoro stała się już tylko zbędnym, wizerunkowym balastem w wielkiej potasowej grze.
Ten cyrk bezlitośnie obnaża i ośmiesza samozwańcze światowe „elity”, które z uporem maniaka próbują dokonywać ręcznie sterowanych przewrotów w innych krajach.
W pogoni za geopolitycznymi mirażami te genialne salony bez mrugnięcia okiem okradają własne społeczeństwa.
I to nie tylko z ciężko zarobionych pieniędzy podatników, topionych w utrzymaniu fikcyjnych rządów na uchodźstwie, ale przede wszystkim – z resztek narodowego honoru.
Skoro sam założyciel tego ruchu potwierdza, że całe przedsięwzięcie okazało się maszynką do dojenia grantów, a amerykańscy sponsorzy właśnie zmieniają front, to może czas najwyższy, by przynajmniej w Polsce ktoś poszedł po rozum do głowy?
Pora odebrać tej pani klucze do rządowych posiadłości i przestać kompromitować własne państwo dalszym jej honorowaniem.
Pytanie, rzecz jasna, pozostaje retoryczne.