Logika rewolucji: Rok pierwszy, wiecznie od nowa
14 lipca 2026 pch24/logika-rewolucji-rok-pierwszy-wiecznie-od-nowa

Co łączy okrojony w polskiej szkole spis lektur z głową Krzysztofa Kolumba leżącą na bostońskim bruku? Na pierwszy rzut oka – nic. W istocie rzeczy to jednak taki sam impuls, który w 1793 roku kazał jakobinom rozbijać królewskie groby, dziś pcha ich ideowych spadkobierców do niszczenia przeszłości. To pycha i ślepe przeświadczenie, że lepszą przyszłość można zbudować dopiero wtedy, gdy doszczętnie zrówna się z ziemią wszystko, co było wcześniej.
Kiedy zatrzymano zegar
Już raz historia miała wystartować na nowo. Jesienią 1793 roku rewolucyjny konwent we Francji uznał, że świat trwał dotąd na próżno, a wszystko, co wydarzyło się wcześniej, nie ma żadnego znaczenia. Nakazał więc liczyć lata od samej rewolucji, jakby stwarzając świat ex nihilo. Wrzesień 1792 roku ogłoszono „rokiem pierwszym”. Miesiącom nadano inne nazwy, a tydzień rozciągnięto do dziesięciu dni, żeby w nowej rachubie czasu zabrakło miejsca na niedzielę.
Po zmianie kalendarza rozpoczęto brutalną walkę z materialnymi przejawami religii. W listopadzie 1793 roku pod sklepieniem katedry Notre Dame wywrotowcy tańczyli ku czci Rozumu. Z fasad strącano figury, z wież zdejmowano dzwony, a krzyże przetapiano. Najbardziej wymowna była jednak czystka w bazylice Saint-Denis. Tam, w grobach królów rewolucjoniści rozłupali trumny liczące sobie setki lat. Wywlekli szczątki monarchów, cisnęli je do wspólnego dołu i przysypali wapnem. Nie zależało im na złocie. Chodziło o to, by Francja obudziła się w nowej rzeczywistości, bez przodków.
Jak zauważa historyk sztuki François Souchal w książce Wandalizm rewolucji, obsesję równości za wszelką cenę rozszerzono nawet na zabytki. Irytujące stały się iglice kościołów wskazujące na niebo i swymi rozmiarami rażące wzrok obywatela, niemogącego tolerować takiego „wywyższania się”.
Nie oszczędzono także żywych. Już we wrześniu 1792 roku tłum wdarł się do paryskich więzień i w kilka dni wymordował około tysiąca trzystu ludzi. Później w ruch poszła gilotyna. Pracowała nieustannie, miarowo, niczym wytrawny rzemieślnik dumny ze swego fachu. Do Wandei, gdzie chłopi ujęli się za Bogiem i królem, republika posłała „kolumny piekielne”. Pod Nantes zaś topiła skazańców w nurtach Loary, całymi barkami naraz. Dziesiątki tysięcy ludzi zginęły tylko dlatego, że nie chciały wyrzec się własnej przeszłości.
Prawdziwe zawołanie rewolucji nie brzmiało: „wolność, równość, braterstwo”. Głosiło natomiast – „wolność, równość, braterstwo albo śmierć”. A gilotyna była najlepszą przyjaciółką rewolucjonisty.
Czystki w ministerstwie
A jak przejawia się ten jakobiński, rewolucyjny duch dzisiaj? Otóż współcześni neo-jakobini nie próżnują. Nie mając gilotyny, stosują bardziej wyrafinowane metody, by zniszczyć tradycję. Jedną z nich jest choćby… systematyczne okrajanie spisu lektur.
Podstawą prawną stało się podpisane 11 marca rozporządzenie, które wejdzie w życie wraz z nowym rokiem szkolnym. Przesuwa ono akcent z lektur obowiązkowych na uzupełniające. Lista tych pierwszych topnieje, druga zaś rośnie i otwiera się na reportaż czy literaturę współczesną, podczas gdy z dawnych dzieł pozostają jedynie fragmenty. Nauczyciel ma odtąd wybierać swobodniej, a zestaw książek dostrajać do gustu i możliwości poszczególnych klas. Brzmi to z pozoru rozsądnie, ale tak naprawdę jest karygodne.
Weźmy na przykład Pana Tadeusza. Epopeja, którą całe pokolenia czytały w całości, od Inwokacji „Litwo, Ojczyzno moja”, po koncert Jankiela, zostaje ograniczona do materiału czytanego na wyrywki. Z obligatoryjnych elementów utworu pozostaje wspomniany wstęp i kilka scen. Cała reszta zaś przechodzi do sekcji nieobowiązkowej.
To tylko jeden z licznych przykładów modyfikacji na liście lektur – zmian zmierzających do wyplenienia tradycji i maksymalnego uproszczenia kanonu. Zamiast pełnego poznawania dziedzictwa pisanego, uczniowie – przyzwyczajeni do mediów społecznościowych – mają otrzymać materiał łatwy i niewymagający dłuższego skupienia. W dobie TikToka odcina się więc uczniów od przeszłości i kształtuje „nowego człowieka”. To logiczny skutek metody neo-jakobinów zasiadających w resorcie zwanym dla niepoznaki Ministerstwem Edukacji Narodowej.
Sąd nad żywymi i umarłymi
Pokrewne zjawisko, równie bliskie rewolucyjnemu szaleństwu, widać także na Zachodzie. W 2023 roku wydawnictwo Puffin ogłosiło „poprawienie” książki Roalda Dahla – zmarłego przed trzydziestu z górą laty autora Charliego i fabryki czekolady czy Matyldy. Z ich kart zniknęły słowa „gruby”, „brzydki” i „szalony”, a opisy bohaterów przykrojono na miarę tzw. dzisiejszej wrażliwości.
Ofiarami padają także żyjący twórcy. Przykładowo autorkę cyklu o Harrym Potterze, za jej poglądy na płeć obłożono publiczną anatemą. Odcięli się od niej nawet aktorzy filmowi zawdzięczający sławę ekranizacjom jej twórczości. Doszło nawet do tego, że fani zaczęli palić książki J.K. Rowling, a samo jej nazwisko stało się w pewnych kręgach słowem zakazanym.
Z kolei Mel Gibson za swoje nieprawomyślne tyrady trafił na całą dekadę na czarną listę, bez procesu i bez prawa do obrony. Chodzi o to, że ukarał go tłum, a nie sąd. Piętno pariasa miało być już dla niego niemożliwe do zdjęcia.
Przypadki Dahla, Rowling i Gibsona nie są bynajmniej odosobnione. Metoda jest zawsze ta sama: nie obala się argumentu, lecz usuwa człowieka. Nie odpowiada się na słowo, lecz odbiera prawo do jego wypowiedzenia. To sąd, w którym oskarżenie wystarcza za dowód, wyrok zapada przez aklamację, a kara polega na całkowitym wykluczeniu ze środowiska.
Argument siły zamiast siły argumentu
Niekiedy Rewolucja ucieka się do nawet ostrzejszych działań.
I tak w 2020 roku w Kalifornii tłum obalił posąg Junipera Serry, osiemnastowiecznego franciszkanina, który zakładał tam pierwsze misje. Jego wizerunek plamiono, ciągnięto na linach, deptano i opluwano.
Atakowano także pomniki Kolumba. Jedne potraktowane zostały czerwoną farbą, inne zerwano z cokołów przy użyciu lin. W Bostonie posągowi odkrywcy odcięto głowę, która o świcie leżała na bruku obok cokołu. Z kolei w Richmond inny monument wielkiego podróżnika obalono, podpalono i wrzucono do jeziora.
W Bristolu natomiast tłum strącił z cokołu pomnik Edwarda Colstona – zasłużonego kupca i filantropa, choć przy tym handlarza niewolnikami. Przeciągnął go ulicami i wrzucił do portowej wody.
Te gesty nie są bynajmniej przypadkowe.
Ścięcie.
Ogień.
Woda.
Po te same trzy żywioły sięgała Wielka Rewolucja. Pod ostrzem ginęli ludzie, w płomieniach znikały świątynie, a pod Nantes republika topiła skazańców w rzece.
Dwa i pół wieku później rozgrywa się podobny scenariusz, tyle że tym razem obiektem ataku są symbole. Tłum, który topi Kolumba w jeziorze i ścina jego głowę z brązu, robi to samo, co konwent czynił żywym ludziom.
Historia nie powtarza się, lecz rymuje.
Pycha, która sądzi przeszłość
Za szaleństwem rewolucjonistów francuskich i metodą współczesnych neo-jakobinów stoi ta sama zgubna pycha człowieka, który uważa się za lepszego tylko dlatego, że żyje dziś, a wobec przeszłości uzurpuje sobie prawo do bycia sędzią i katem naraz.
Dlatego warto pamiętać o 14 lipca 1789 roku. Nie po to, by po raz kolejny świętować zdobycie Bastylii, w której przebywało wówczas tylko siedmiu więźniów. Warto pamiętać tę datę jako przestrogę, dokąd prowadzi pokusa rozpoczynania świata od nowa. Zegar bowiem łatwo jest zatrzymać. Znacznie trudniej jest go potem prawidłowo nastawić.
Stanisław Bukłowicz