Co prezydentowi Krakowa o SCT mówi Arystoteles

Co prezydentowi Krakowa o SCT mówi Arystoteles

Łukasz Warzecha co-prezydentowi-krakowa-o-sct-mowi-arystoteles


Z krakowskich ulic zniknęło już lub zostało uszkodzonych kilkadziesiąt znaków, oznaczających wjazd do obowiązującej od 1 stycznia strefy czystego transportu. Zaglądając do „Polityki” Arystotelesa, można to uznać za usprawiedliwiony bunt przeciwko tyranowi.

O strefie nietrudno znaleźć informacje, w tym o jej absurdalnych i maksymalnie uciążliwych założeniach. Znajdziemy je na wielu profilach prawdziwie oddolnych, obywatelskich organizacji, które mobilizowały się przeciwko SCT już dawno. To Fundacja Wolność i Własność, Ruch Nie Oddamy Miasta, Krakowski Bunt, Komitet Społeczny „Kraków dla Kierowców” czy wreszcie największy przebój ostatnich dni na Facebooku – profil Blade Runners Kraków. Ten ostatni skrupulatnie dokumentuje, dzięki zdjęciom i informacjom przysyłanym przez wkurzonych użytkowników, gdzie znikają lub niszczone są znaki oraz informuje, gdzie straż miejska ustawiła się z lizakiem. A pamiętać trzeba, że jeśli znaku nie ma, nie można też wymierzyć kary za złamanie zakazu wjazdu daną drogą do SCT. Nazwa „Blade Runners” jest nawiązaniem do londyńskiej grupy, sabotującej i uszkadzającej kamery nadzorujące londyńską ULEZ (Ultra Low Emissions Zone). Z kolei ta swoją nazwą nawiązuje do kultowego, znakomitego filmu „Blade Runner” Ridleya Scotta z 1982 r., znanego w Polsce pod dość topornym tytułem „Łowca androidów”, opartego na powieści Philipa K. Dicka „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”.

Wspomniane organizacje firmują protest, który 10 stycznia odbędzie się przed siedzibą Zarządu Dróg m. Krakowa (ul. Centralna 53, godz. 10).

Przy tej okazji trzeba do znudzenia przypominać: możliwość tworzenia stref najpierw do polskiego prawa, konkretnie do Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość. Potem jeszcze tę możliwość poszerzyło na w zasadzie dowolny obszar w dowolnej gminie, nawet najmniejszej. Mało tego – rząd PiS wpisał obowiązek tworzenia stref w powiązaniu z normami stężenia dwutlenku azotu do KPO. Już po przejęciu władzy zostało to zrealizowane w postaci kolejnej zmiany w ustawie przez nową większość – PiS wtedy zagłosowało przeciwko – a nowelizację bez zastanowienia podpisał pan prezydent Andrzej Duda.

Przeciwnicy zamordystycznych regulacji w rodzaju SCT właściwie powinni się cieszyć z tego, co wydarzyło się w Krakowie, choć mieszkańcom aglomeracji trzeba współczuć. Inaczej niż w Warszawie – gdzie od tego roku obowiązuje kolejne zaostrzenie SCT (Euro 3 dla pojazdów z silnikiem benzynowym i Euro 5 dla tych z silnikiem diesla), ale finałowy etap przewidziany jest dopiero na rok 2032 – Kraków poszedł na całość i wprowadził ograniczenia jednym ciosem, obejmując nimi większość obszaru miasta.

To musiało spowodować gwałtowną reakcję, mimo że na razie stawki za wjazd do strefy dla pojazdów nieuprawnionych są względnie niskie: 5 zł za dzień i 100 zł miesięcznego abonamentu. Jednak w ciągu trzech lat wzrosną radykalnie, do 500 zł abonamentu w 2028 r. i bez możliwości jednorazowego wjazdu. Opisywanie absurdów i wad krakowskiej SCT zajęłoby mnóstwo miejsca. Z najważniejszych trzeba wymienić: ograniczenia w uzyskaniu zwolnienia w zależności od tego, od kiedy dana osoba, będąca właścicielem auta, ma meldunek w Krakowie (on jest decydujący) lub od kiedy jest właścicielem samochodu, a graniczną datą jest 26 czerwca ubiegłego roku – mnóstwo osób dostaje już decyzje odmowne; niemożność uzyskania zwolnienia dla pojazdów zarejestrowanych na firmę; niejasne, nonsensowne zasady „potwierdzania” wizyt w placówkach medycznych, które w teorii dają zwolnienie z restrykcji – placówki w ogóle nie wiedzą, jak miałyby to robić, nie wiadomo, co z tajemnicą medyczną, a miasto wymaga, aby o wizytach uprzedzać w specjalnym formularzu; dla wszystkich aut na rejestracjach zagranicznych obowiązuje wcześniejsze odmeldowanie się w systemie (trzeba podać dokładne dane samochodu i właściciela), o czym oczywiście zagraniczni goście nie będą mieć pojęcia.

Testem dla przeciwników SCT, umożliwiającym realne policzenie się, będzie wspomniany sobotni protest, jednak równolegle trwa inny test: z ulic znikają lub niszczone są znaki o granicy SCT. To wywołuje największe kontrowersje. Organizacje, firmujące opór wobec SCT, podkreślają, że działają legalnie i na temat akcji „kasowania” znaków się nie wypowiadają. Niektóre struktury, teoretycznie będące po tej samej stronie, wprost ją potępiają. Taki wpis znalazł się na profilu facebookowym „Zmotoryzowani łodzianie”. Jego autor bardzo emocjonalnie krytykował sabotaż oznaczeń krakowskiej SCT, oskarżając o to grupę Blade Runners Kraków – bez śladu dowodów – stwierdzając, że ich działania narażają tylko podatników na koszty odtwarzania znaków, podczas gdy oryginalni blade runnerzy walczą z kamerami, czyli systemem inwigilacji. Komentarz wywołał jednak falę negatywnych reakcji i został usunięty – nie ma go już na profilu grupy.

Władza i jej poplecznicy w obliczu ewidentnego buntu idą w zaparte, posuwając się wręcz do śmieszności. Profil Blade Runners Kraków pokazał, że w pobliżu znaków oznaczających wjazd do SCT zainstalowano fotopułapki. Jak zauważył jeden z moich stałych korespondentów na X, wkrótce zajdzie konieczność zainstalowania fotopułapek pilnujących fotopułapek.

W sukurs panu prezydentowi Miszalskiemu ruszyli twardzi przedstawiciele establishmentu. Oto w państwowym Radiu Kraków z oburzenia trzęsie się pani Róża Rzeplińska, znana przedstawicielka tak zwanego trzeciego sektora, a prywatnie córka byłego przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego, pana Andrzeja Rzeplińskiego. Jak czytamy na stronach radia: „Rozmówczyni przypomina, że sprzeciw wobec SCT mógł – i faktycznie częściowo był – wyrażany w ramach demokratycznych mechanizmów: konsultacji społecznych, spotkań komisji Rady Miasta czy inicjatyw uchwałodawczych. To właśnie te działania doprowadziły do złagodzenia przepisów. Jej zdaniem argument o »trudności« formalnego zaangażowania nie jest przekonujący – mobilizacja w internecie wymaga podobnego wysiłku jak udział w procesach decyzyjnych”.

Albo pani Rzeplińska nie wie, jak przebiegał proces „konsultacji” i nie zna historii krakowskiej SCT oraz nie wie, jakie to „złagodzenia” zawarto w uchwale, albo – co bardziej prawdopodobne – wie, ale rżnie głupa w imię lojalności wobec swojego obozu. Zakładam, że takie wypowiedzi nie tylko nie łagodzą nastrojów, ale przeciwnie – jeszcze je podgrzewają, bo bezsilni ludzie uświadamiają sobie, że mają naprzeciwko siebie nie tylko arogancką władzę, ale też równie aroganckich jej popleczników.

I tu dochodzę do tego, z czym właściwie mamy do czynienia i jaki jest mój stosunek do tej formy protestu. Ktoś mógłby powiedzieć, że mamy do czynienia z nieposłuszeństwem obywatelskim, ale nie byłaby to prawda. Przypominam, że terminu tego po raz pierwszy użył amerykański transcendentalista, urodzony w 1817 r. Henry David Thoreau, syn producenta ołówków z Concord w stanie Massachusetts. Ten samotnik i oryginał w 1846 r. w lesie Walden, gdzie w tamtym czasie mieszkał w samotnej chatce, starł się z poborcą podatkowym. Odmówił płacenia daniny, uzasadniając to wojną, którą USA toczyły z Meksykiem, a której nie chciał finansować. Wylądował na jedną noc w areszcie, a podatki zapłacił za niego ktoś z jego rodziny. Pod wpływem tego zdarzenia napisał rozprawkę „Opór wobec rządu” (Resistance to Civil Government), bardziej znanej jako „Obywatelskie nieposłuszeństwo” (Civil Disobedience). Pójście w ślady Thoreau polegałoby zatem raczej na świadomym zlekceważeniu regulacji i zgody na poniesienie tego konsekwencji z mocnym akcentem obrony swoich obywatelskich praw przed sądem. Co zresztą zapewne wiele osób wybierze.

Bardziej mamy więc do czynienia z buntem, być może w ogóle z pierwszym we współczesnej historii Polski buntem oddolnym przeciwko temu konkretnemu rodzajowi regulacji, do którego można zaliczyć o wiele więcej wymysłów, motywowanych między innymi „walką o klimat”.

Tyle że o ile trudno zbuntować się przeciwko rachunkom za prąd, to znaki można stosunkowo łatwo zdemontować czy posprayować. Czy można uznać, że to jest dopuszczalne? Wiele osób odruchowo stwierdzi, że absolutnie nie. Ja jednak odesłałbym ich do Księgi V „Polityki” Arystotelesa, w której filozof omawia przyczyny zmian ustrojów.

W części pierwszej czytamy: „Zaburzenia wynikające z nierówności powstają wszędzie tam mianowicie, gdzie nierównym nie daje się odpowiedniego odszkodowania […]. W ogóle bowiem dążenie do równości bywa przyczyną przewrotów”.

W części drugiej Stagiryta kontynuuje wątek: „Otóż co się tyczy nastrojów, które sprzyjają przewrotowi, to przyczyny ich na ogół szukać należy przede wszystkim w tym, o czym już uprzednio mówiliśmy. […] Dążenia takie mogą być w pewnych przypadkach usprawiedliwione, w innych zaś nie” [podkr. Ł.W.].

Bardzo ważny w tym kontekście fragment z części trzeciej Księgi V: „Zaburzenia powstają nie o drobnostki, ale z drobnostek, przedmiotem walki są jednak wielkie rzeczy”.

I wreszcie fragment, który powinien stanowić memento dla pana Miszalskiego i wszystkich, narzucających antyludzkie regulacje (część ósma): „Dwie są przyczyny, które w pierwszym rzędzie zaznaczają się przy zamachach na tyranię: nienawiść i pogarda. Jedna z nich, nienawiść, jest nieodłącznym towarzyszem tyranów, ale i pogarda bywa w wielu przypadkach powodem ich obalenia. […] Jako rodzaj nienawiści trzeba też uznać gniew, bo do pewnego stopnia prowadzi do takich samych czynów, a nawet często jest aktywniejszy od nienawiści. Owładnięci gniewem, ponieważ nie znają rozumowania, więc uderzają z tym większą gwałtownością. Ludzie dają się ponosić gniewowi przede wszystkim skutkiem doznanej zniewagi; z takiego właśnie powodu obalona została tyrania Pizystratydów i wiele innych” [podkr. Ł.W.].

Powie ktoś – a już na pewno ludzie w rodzaju pani Rzeplińskiej – że rozważania Arystotelesa nie mają tu zastosowania, jako że żyjemy przecież w demokracji. To jednak puste słowa. Sam proces tworzenia SCT w Krakowie, z pozornymi konsultacjami i kompletnym zlekceważeniem głosów sprzeciwu, to właśnie pokazuje – demokracja jest dzisiaj w ogromnej części jedynie fasadą, a wybory są częścią tej potiomkinowskiej wioski. Krakowska SCT i sposób jej narzucenia obywatelom jest przez wielu z nich odczytywany jako zniewaga właśnie, prezydent Krakowa jawi się w tych okolicznościach jako tyran, a gniew narasta.

Ten gniew jest w tym wypadku uzasadniony. Nawet jeśli władza formalnie ma prawo o takich sprawach decydować bez odwoływania się do decyzji ludzi poprzez referendum, to ten formalny zakres w wielu kwestiach jest odbierany jako niesprawiedliwy i nadmierny. W sytuacji bezsilności obywatelom pozostają już tylko odruchy czynnego buntu, szczęśliwie – i oby tak pozostało – zwróconego przeciwko symbolom tyranii, jakimi są znaki SCT, a nie przeciwko innym ludziom.

Nie nawołuję zatem do usuwania znaków. Ale, przyznam szczerze, ani trochę nie jestem nim oburzony.

Cytaty za: Arystoteles, „Polityka”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011