Długotrwała stagnacja i bieda. Klimatyzm sprowadza katastrofę
29.11.2025 Tomasz Myslek https://nczas.info/2025/11/29/dlugotrwala-stagnacja-i-bieda-klimatyzm-sprowadza-katastrofe/

Po katastrofalnych „klimatycznych” decyzjach władz UE i Niemiec z 4–5 listopada br. już wiadomo, że nie będzie żadnego znaczącego i systematycznego rozwoju gospodarek i wzrostu poziomu życia rodzin w większości krajów UE. Będzie dominować euro-komunistyczna biurokracja, gospodarcza stagnacja i marazm – i to w tym najlepszym razie, gdy kraje UE nie zostaną jeszcze bardziej wciągnięte w wojnę z Rosją.
5 listopada ministrowie 27 państw UE ostatecznie uzgodnili i ogłosili swoje porozumienie w sprawie ustanowienia „nowego celu klimatycznego” wszystkich instytucji i krajów UE na rok 2040. Do tego roku emisje „gazów cieplarnianych” na terytorium całego unijnego eurokołchozu mają zostać zredukowane aż o 90 proc. względem roku 1990.
Ceny obecnych „uprawnień do emisji” dwutlenku węgla i innych gazów (w ramach systemu i podatku ETS1) z biegiem lat znacznie wzrosną. Ale przede wszystkim pojawią się nowe i duże opłaty od tej „emisji gazów” już także w kolejnych obszarach życia i gospodarki: budownictwa, transportu drogowego i paliw, całego przemysłu przetwórczego, w tym „klimatyczne” opłaty od firm średnich i małych, a także te od ogrzewania mieszkań i domów. To wszystko już od stycznia 2027 r., a w Polsce i paru innych krajach UE, w ramach ewentualnego opóźnienia o rok wdrożenia nowego systemu UE, być może „dopiero” od stycznia 2028 r. (jak dobrze pójdzie).
To tzw. europejski system ETS2, który spowoduje, że koszty energii, paliw, transportu, ogrzewania domów i ciepłej wody dla milionów rodzin polskich i innych i dla niemal całej gospodarki polskiej czy np. rumuńskiej drastycznie wzrosną. Co spowoduje znaczne podrożenie kosztów życia, w tym przede wszystkim żywności, dużej części artykułów przemysłowych, kosztów utrzymania samochodów i domów. Wunderbar!
Te koszty życia itd. wzrosną oczywiście także w Niemczech, ale zapewne znacząco mniej. Głównie z tego powodu, że niemiecki przemysł energochłonny i transport drogowy już od wielu miesięcy jest obłożony opłatami i kosztami związanymi z systemem ETS1. Szef think tanku EPICO KlimaInnovation Bernd Weber powiedział telewizji NTV, że wprowadzenie w Niemczech od stycznia 2027 r. podatku ETS2 nie będzie więc dla ludzi i większości firm szokiem, bo np. rachunek za tankowanie samochodu czy zużycie gazu w domu będzie zbliżony do obecnego. W Niemczech cena za emisje dwutlenku węgla już obecnie jest uwzględniana w rachunkach za ogrzewanie, paliwa i transport. Ale w Polsce nowy system i podatek ETS2 „w ponad trzech milionach gospodarstw domowych może doprowadzić do wzrostów kosztów ogrzewania nawet o 150 procent”, powiedział Weber (wg dw.com).
Z kolei komentator dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” zwrócił uwagę (w wydaniu dziennika z 6 listopada), że decyzja unijnych ministrów ochrony środowiska o ewentualnym opóźnieniu wprowadzenia systemu ETS2 o rok jest godna odnotowania, gdyż „w ten sposób UE osłabi sedno swojej polityki klimatycznej”. Bo w takim przypadku „osiągnięcie celu klimatycznego UE na rok 2030 – redukcji emisji gazów o 55 procent w stosunku do poziomu z roku 1990 – będzie wówczas znacznie trudniejsze. Czas pokaże, czy takie kraje, jak Polska czy Rumunia, naciskając na wprowadzenie tego opóźnienia [ETS2], wyświadczyły sobie przysługę”.
Bo „im później nowy system zostanie uruchomiony, tym wyższe ceny i koszty grożą w momencie jego wprowadzenia – jeśli tylko UE pozostanie przy swoich celach [redukcji gazów itd.]”. Więc „przesunięcie terminu [wprowadzenia ETS2] może zemścić się na mieszkańcach Europy Wschodniej, których rządy, w przeciwieństwie do Niemiec, jeszcze nie wprowadziły krajowych cen emisji CO2. Paradoksalnie, w Niemczech handel emisjami początkowo może nawet doprowadzić do spadków tych cen – nawet wtedy, gdy to nastąpi dopiero rok później” – stwierdzał komentator dziennika „FAZ”. Super!
Stagnacja i stopniowa zapaść przemysłu
Tymczasem według listopadowego sondażu instytutu Forsa, po pół roku urzędowania kanclerza Fryderyka Merza (od 6 maja) aż 72 proc. pytanych Niemców jest niezadowolonych z jego działań i rządu. W lipcu br. ten wskaźnik niezadowolenia wynosił jeszcze „tylko” 64 proc. Zadowolenie z prac obecnego kanclerza wyrażało w listopadzie już tylko 25 proc. ankietowanych. W opinii bardzo doświadczonego 83-letniego Manfreda Güllnera – założyciela i szefa ww. instytutu, głównym powodem tak słabych ocen działań kanclerza jest trudna sytuacja gospodarcza kraju. Aż ponad 60 proc. społeczeństwa postrzega bowiem obecny stan gospodarki Niemiec za główny problem kraju. Z kolei np. prof. Klaus Stüwe – politolog z Katolickiego Uniwersytetu w Eichstätt-Ingolstadt uważa, że wiarygodność Merza i jego gabinetu została osłabiona przede wszystkim dlatego, że zadłużenie Niemiec jest dziś już znacząco wyższe niż kiedykolwiek wcześniej. A ponadto wiele z wyborczych obietnic szefa CDU pozostaje zupełnie niespełnionych. Richtig!
Według danych niemieckiego GUS opublikowanych 30 października br., w III kwartale br. niemiecka gospodarka tym razem uniknęła jakiejś wyraźnej recesji. Oficjalnie ogłoszono, że przez trzy letnie miesiące wzrost PKB w stosunku do poprzedniego kwartału był zerowy (realnie, czyli po uwzględnieniu inflacji i wzrostów cen). A to znaczy, że była stagnacja. Wskutek tego ogłoszenia czołowe niemieckie instytuty ekonomiczne zaraz obniżyły swoje nowe prognozy na cały rok 2025 – spodziewając się przedłużenia stagnacji i gospodarczego marazmu. Ponadto urząd statystyczny dokonał rewizji danych za poprzedni kwartał.
Okazało się, że w okresie kwiecień–czerwiec br. niemiecki PKB spadł o trochę ponad 0,2 proc. w porównaniu do I kwartału br., a nie o 0,3 proc., jak to obliczono w sierpniu. Prognozy ekonomistów okołorządowych przewidują dalszą stagnację gospodarki i co najwyżej drobny wzrost rzędu 0,1–0,3 proc. PKB za cały rok 2025. Monachijski Instytut Ifo prognozuje wzrost PKB Niemiec o 0,2 proc. w całym roku 2025. Ale aż o 1,3 proc. w roku 2026. Jest to odpowiednio o 0,1 i 0,2 proc. mniej niż w prognozach Ifo z lata br.
Niemal identyczne prognozy przedstawił kiloński IfW. Należy przypomnieć, że w ujęciu rocznym PKB Niemiec spadł oficjalnie w całym roku 2024 o 0,2 proc., a w 2023 o 0,3 proc. Ogromny niemiecki eksport, w niektórych latach obecnego wieku największy w świecie, a od roku 1957 główny motor gospodarki Niemiec, od roku ubiegłego już stopniowo spada. Bo niektóre niemieckie produkty, jak np. niektóre pojazdy czy produkty chemiczne, stały się już na rynkach świata zbyt drogie i niekonkurencyjne.
Te cyfry i prognozy są ważne, ale znacznie ważniejszy wydaje się fakt, że ponoć nadal spada liczba zamówień, produkcja i sprzedaż w niemieckim przemyśle – i to już od ponad trzech lat. Większość komentatorów i mediów obwinia za to wszystko – co najmniej od kwietnia br. – przede wszystkim „nieobliczalnego” prezydenta USA i jego znacząco wyższe niż dawniej taryfy celne, którymi obłożył prawie wszystkie produkty niemieckie i europejskie eksportowane do Ameryki. Obwinia także Chiny i ich ogromny eksport do Niemiec wielu tanich towarów, a także m.in. ciągle „pogarszającą się koniunkturę” globalną w wielu branżach. Jak zwykle przy takich okazjach, już od ponad czterech lat nie padają przy tym żadne stwierdzenia i opinie wskazujące na głównego winowajcę niemieckiej stagnacji i recesji, tj. na absurdalną i katastrofalną w skutkach politykę „klimatyczną” (z systemem ETS na czele), na „zieloną” i euro-socjalistyczną politykę energetyczną, przemysłową, podatkową i socjalną władz RFN i władz UE. Sehr schön und demokratisch!
Tak to trwa już od sierpnia 2021 r. To wtedy pod wpływem unijnego podatku ETS i całej polityki „klimatycznej”, energetycznej i podatkowej władz UE i RFN – tak zgubnej dla wielu firm – doszło w Europie do gwałtownych wzrostów hurtowych cen gazu ziemnego i innych nośników energii. A także do znacznych wzrostów kosztów transportu, pracy i budownictwa.
Kolejne znaczne podwyżki „płacy minimalnej”
Koszty pracy w Niemczech rosły systematycznie od stycznia 2022 r., tj. od czasu wprowadzenia przez rząd SPD i Zielonych znacznej podwyżki urzędowej „płacy minimalnej”, która już po kilku miesiącach przyczyniła się do upadku co najmniej kilkunastu tysięcy firm małych i średnich.
W związku z powyższymi zagrożeniami, niektórzy znani ekonomiści – głównie ci około-rządowi – nareszcie ocknęli się i biją na alarm. Np. szef Instytutu Badań Ekonomicznych (Ifo) Clemens Fuest ostrzegł w rozmowie z dziennikiem „Bild”, że „jeśli nie zostaną wprowadzone poważne reformy, niemiecką gospodarkę czekają kolejne spadki”. Obecną sytuację gospodarczą w Niemczech uznał za „dramatyczną” i stwierdził, że „miliony Niemców już doświadczają pogarszania się ich sytuacji materialnej”. A ponieważ wydatki rządu wciąż rosną, a prywatne inwestycje wciąż maleją, więc „to oznacza w średnim okresie mniejszy wzrost gospodarczy, niższe wpływy z podatków i w efekcie coraz mniej środków na publiczne usługi państwa”.
Prof. Fuest wezwał rządzących do ograniczenia biurokracji i „zbyt kosztownych” regulacji UE i RFN – wskazał na zbyt wielkie wymagania i koszty dotyczące emisji dwutlenku węgla i innych „gazów cieplarnianych”, a także łańcuchów dostaw i tzw. płacy minimalnej. Stwierdził, że znaczne uproszczenie i ograniczenie tysięcy przepisów mogłoby przynieść gospodarce Niemiec do 146 miliardów euro dodatkowych środków. Zaapelował do rządu RFN o pilne przedstawienie „kompleksowego programu reform” – wykraczającego poza dotychczasowe ustalenia koalicyjnych partii. Najpóźniej do początku wiosny 2026 r. Richtig!
Tymczasem raptem trzy dni po ww. wypowiedzi szefa Ifo, tj. 29 października, rząd RFN przyjął rozporządzenie o podwyżce urzędowej „płacy minimalnej” – od stycznia 2026 r. Ma być ona dwustopniowa: od 1 stycznia ma wzrosnąć z obecnych 12,82 euro brutto do 13,90 euro brutto za godzinę pracy, a rok później do aż 14,60 euro za godzinę. Ta podwyżka płac wyniesie więc łącznie prawie 14 procent. Wunderbar! To już na pewno zachęci setki tysięcy przedsiębiorców, szczególnie tych małych, do inwestycji produkcyjnych i innych, do zaprzestania myślenia o przeniesieniu działalności gdzieś za granicę itd.
Ta fatalna dla przedsiębiorstw i gospodarki decyzja rządu Niemiec jest ponoć zgodna z tzw. rekomendacją komisji ds. płacy minimalnej, w skład której wchodzą od lat przedstawiciele pracodawców i pracowników. Ta rekomendacja została uzgodniona już w czerwcu br. – po dość silnych sporach w rządzie. SPD postulowała bowiem podwyżkę „płacy minimalnej” do aż 15 euro i to już od stycznia 2026 r., na co politycy CDU i bawarskiej CSU nie zgodzili się.
Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego w przyszłym roku ze wspomnianej podwyżki do 13,90 euro brutto za godzinę pracy może skorzystać nawet 6,6 miliona pracowników – w większości kobiet i pracowników w Niemczech wschodnich, tj. na obszarze byłej NRD. A np. osoby pracujące za tę „płacę minimalną” w pełnym wymiarze godzin od stycznia będą zarabiać miesięcznie już około 190 euro brutto więcej niż teraz. Super! A jeszcze w roku 2015, gdy tę urzędową „płacę minimalną” wprowadzono w RFN po raz pierwszy, minimalna stawka godzinowa wynosiła tylko 8,50 euro brutto.
Na tym niemieckim przykładzie dobrze widać nieustanne postępy euro-socjalizmu UE – rujnujące firmy, gospodarki, budżety ludzi pracujących i całych państw. I prowadzące do coraz bardziej powszechnej biedy.
Donnerwetter!