Wojna o mega-lotnisko w Baranowie. „Przystawili ludziom pistolet do głowy”

Mieszkańcy kompletnie stracili poczucie bezpieczeństwa. Nie rozumieją, dlaczego muszą złożyć na ołtarzu tej gigantycznej inwestycji całe swoje życie. Wielu z tych rolników po prostu sobie nie poradzi. No bo jak ludzie po 70-tce mają od nowa organizować swoje życie w nowym miejscu? Jak mają się zabrać za budowę nowego domu? – mówi w rozmowie z Onetem Robert Pindor, zastępca szefa niezależnej od rządu rady społecznej przy Centralnym Porcie Komunikacyjnym. Budowa lotniska ma ruszyć za dwa lata.

Nikt tu tej inwestycji nie chciał. Ani mieszkańcy, ani samorządy. Ona jest robiona wbrew lokalnym środowiskom. Dobra lokalizacja byłaby tam, gdzie ludzie by o nią zabiegali. Były takie miejsca, np. Mszczonów, Babsk, kiedyś Sochaczew – mówi Robert Pindor

  • Członek rady społecznej przy CPK przekonuje, że od 2017 r., kiedy rząd zdecydował o budowie portu, nikt nie chciał prowadzić realnego dialogu z mieszkańcami terenów, na których lotnisko ma powstać
  • – Poświęcamy 1/3 rocznych wydatków państwa, pożyczając de facto od naszych dzieci, wyrzucając ludzi z domów i nie mamy pewności, czy to jest potrzebne. Cofamy się do państwa dogmatycznego, jakim było PRL, które z góry wie, co jest dobre i potrzebne ludziom – dodaje’

Kamil Dziubka: Wywłaszczą pana?

Robert Pindor: Z domu, w którym mieszkam, raczej nie. Ale niedaleko mam jeszcze jedną nieruchomość, która częściowo ma się znaleźć w granicach lotniska. Nie wykluczam, że tak czy inaczej będę musiał się wyprowadzić, bo strefa nalotu ma być niedaleko. Trudno będzie wytrzymać ten huk. Ta uciążliwość spotka kilka tysięcy nieświadomych osób, również z miejscowości leżących poza obszarem planowanego CPK.

Czasu na decyzję dużo panu nie zostało. Rząd utrzymuje, że pierwsza łopata pod budowę CPK będzie wbita w ziemię w 2023 r.

Ona będzie wbita co najwyżej w doniczce na balkonie, albo w ogródku w Alejach Ujazdowskich. Do 2023 r. spółka budująca lotnisko nie dostanie tych nieruchomości. Nie ma na to żadnych szans. Jeśli ktoś mówi, że za 1,5 roku ruszy budowa, to moim zdaniem jest niepoważny. Może się to stanie dwa lata później. Mówić można bezkarnie wiele rzeczy, ale na razie to jest wyłącznie propaganda sukcesu.

Jeden z tutejszych rolników na niedawnym spotkaniu z oficjelami z CPK powiedział: „Wysadzi nas stąd tylko trotyl”.

Zegar tyka, ludzie mają świadomość, że mogą zostać wywłaszczeni i ten moment się zbliża. Tymczasem inwestor nie przejmuje tym, że nie ma rozwiązań i mechanizmów prawnych, które zabezpieczą interes wywłaszczanych. Nie ma zastępczych wiosek, nie ma metody sprawiedliwej wyceny ziemi, którą mieszkańcy mają opuścić.

Ludzie nie wiedzą, ile dostaną pieniędzy za swoje nieruchomości. Co więcej, trwają prace nad nowelizacją ustawy o gospodarce nieruchomościami, która ma pozwolić na jak najniższą wycenę ziemi przed wywłaszczeniem.

  • – Nikt tu tej inwestycji nie chciał. Ani mieszkańcy, ani samorządy. Ona jest robiona wbrew lokalnym środowiskom. Dobra lokalizacja byłaby tam, gdzie ludzie by o nią zabiegali. Były takie miejsca, np. Mszczonów, Babsk, kiedyś Sochaczew – mówi Robert Pindor
  • Członek rady społecznej przy CPK przekonuje, że od 2017 r., kiedy rząd zdecydował o budowie portu, nikt nie chciał prowadzić realnego dialogu z mieszkańcami terenów, na których lotnisko ma powstać
  • – Poświęcamy 1/3 rocznych wydatków państwa, pożyczając de facto od naszych dzieci, wyrzucając ludzi z domów i nie mamy pewności, czy to jest potrzebne. Cofamy się do państwa dogmatycznego, jakim było PRL, które z góry wie, co jest dobre i potrzebne ludziom – dodaje nasz rozmówca

Kamil Dziubka: Wywłaszczą pana?

Robert Pindor: Z domu, w którym mieszkam, raczej nie. Ale niedaleko mam jeszcze jedną nieruchomość, która częściowo ma się znaleźć w granicach lotniska. Nie wykluczam, że tak czy inaczej będę musiał się wyprowadzić, bo strefa nalotu ma być niedaleko. Trudno będzie wytrzymać ten huk. Ta uciążliwość spotka kilka tysięcy nieświadomych osób, również z miejscowości leżących poza obszarem planowanego CPK.

Czasu na decyzję dużo panu nie zostało. Rząd utrzymuje, że pierwsza łopata pod budowę CPK będzie wbita w ziemię w 2023 r.

Ona będzie wbita co najwyżej w doniczce na balkonie, albo w ogródku w Alejach Ujazdowskich. Do 2023 r. spółka budująca lotnisko nie dostanie tych nieruchomości. Nie ma na to żadnych szans. Jeśli ktoś mówi, że za 1,5 roku ruszy budowa, to moim zdaniem jest niepoważny. Może się to stanie dwa lata później. Mówić można bezkarnie wiele rzeczy, ale na razie to jest wyłącznie propaganda sukcesu.

Jeden z tutejszych rolników na niedawnym spotkaniu z oficjelami z CPK powiedział: „Wysadzi nas stąd tylko trotyl”.

Zegar tyka, ludzie mają świadomość, że mogą zostać wywłaszczeni i ten moment się zbliża. Tymczasem inwestor nie przejmuje tym, że nie ma rozwiązań i mechanizmów prawnych, które zabezpieczą interes wywłaszczanych. Nie ma zastępczych wiosek, nie ma metody sprawiedliwej wyceny ziemi, którą mieszkańcy mają opuścić.

Ludzie nie wiedzą, ile dostaną pieniędzy za swoje nieruchomości. Co więcej, trwają prace nad nowelizacją ustawy o gospodarce nieruchomościami, która ma pozwolić na jak najniższą wycenę ziemi przed wywłaszczeniem.

Minister Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. budowy CPK, mówił niedawno, że ludzie chcą tu za dużo pieniędzy za ziemię. Więcej niż może dać spółka publiczna, jaką jest Centralny Port Komunikacyjny.

Obszar między Łodzią a Warszawą to są bardzo atrakcyjne tereny inwestycyjne. Tu się dużo buduje i ceny ziemi wynoszą tu 100-200 zł za metr. Jeśli teraz ktoś przychodzi i mówi, że będzie się kierował cenami transakcji sprzed sześciu, siedmiu lat, na dodatek dotyczącymi nieruchomości rolnych, to to nie są uczciwe warunki.

Ziemia rolna jest tańsza, to oczywiste.

I może ją kupić rolnik tylko z tej konkretnej gminy, co dodatkowo obniża cenę. Poza tym w ostatnich latach w Baranowie i okolicach właściwie nic się nie kupuje, bo ma być lotnisko. Rynek został tu zamrożony, bo ludzie boją się podjąć jakąkolwiek decyzję.

Dlaczego więc mają się kierować cenami sprzed lat, skoro to była zupełnie inna epoka, jeśli chodzi o nieruchomości w Polsce? A jeszcze jak słyszą, że żona premiera Morawieckiego sprzedała właśnie działkę pod Wrocławiem…

I nieźle na tym zarobiła.

Ok. 100 zł za metr, bo jest tam potencjał inwestycyjny. A tutaj urzędnicy proponują ludziom np. kilkanaście złotych na równie atrakcyjnym terenie. To jest oburzające. Nikt się na to nie zgodzi, bo wie, że za takie pieniądze nie odtworzy w innym miejscu ani swojego gospodarstwa, ani domu. Tym ludziom stanie się krzywda. Powiem więcej, gdyby pan chciał ode mnie teraz kupić moją ziemię, to spółka CPK może przejąć naszą umowę.

Jak to?

Takie uprawnienia daje jej specustawa. Moglibyśmy się umówić np. na cenę 50 zł za metr, ale CPK miałoby prawo obniżyć ją do 20 zł. To wszystko jest robione po to, by ludzie pozbyli się sami swoich domów. Po prostu przychodzi rząd i mówi: „Sprzedajcie nam teraz tanio, bo za rok was wywłaszczymy i dostaniecie jeszcze mniej”.

Wielu z tych rolników po prostu sobie nie poradzi. No bo jak ludzie po 70-tce mają od nowa organizować swoje życie w nowym miejscu? Jak mają się zabrać za budowę nowego domu? Dla nich miała być wioska zastępcza, ale poza obietnicami, nic nie dostali.

Zabiorą domy, zostawią kościoły

Minister Horała mówi, że 200 osób zgłosiło się do programu dobrowolnych wykupów ziemi.

Ale realnie tylko kilka osób sprzedało swoje domy i pola. Program trwa już ponad rok. Spółka CPK kupiła w tym czasie ok. 10 hektarów. Pan minister mówi o 200 osobach, ale być może chodzi o 200 nieruchomości, a to różnica.

Znam osoby, które mają np. 20 nieruchomości, więc w praktyce liczba chętnych może być o wiele mniejsza, niż przekonuje rząd. Zresztą większość osób, które zgłosiły swój akces do tego programu, nie jest zainteresowana sprzedażą, tylko wyceną. Chcą wiedzieć, ile państwo chce im zaoferować.

Ktoś jednak sprzedaje.

To ci, których nieruchomości nie są atrakcyjne, bo np. nie mają drogi dojazdowej. Albo ci, którzy już tu nie mieszkają, a ich domy stoją puste. Znam takich ludzi. Generalnie jednak program idzie bardzo źle. Do tej pory spółka CPK nie wykupiła nawet 1 proc. potrzebnych terenów. Rolnicy, którzy uprawiają ziemię, nie chcą jej sprzedawać.

Marcin Horała i prezes spółki CPK Mikołaj Wild przedstawili kilka dni temu na konferencji w Warszawie plany, o których mówią, że jest to docelowa lokalizacja obiektu. To ostateczna wersja?

Nie. To jest tzw. preferowany wariant inwestorski, czyli lokalizacja, która prawdopodobnie się nie zmieni, albo zmieni się minimalnie. O ile decyzja środowiskowa nie naniesie tu poprawek. Mogą być przesunięcia np. dotyczące pasa startowego o kilka stopni. Przy pasie o długości czterech kilometrów może to mieć jednak duże znaczenie.

Kiedy się o tych planach dowiedzieliście?

Dobę wcześniej. I to przez przypadek, bo niektórzy kurierzy, którzy mieli dostarczyć dokumenty mieszkańcom Baranowa i okolic, zrobili to za wcześnie. W ten sposób plany, które miały być omawiane na spotkaniu pracowników CPK z mieszkańcami, wyciekły do sieci kilkadziesiąt godzin wcześniej.

A wy jako rada społeczna znaliście te plany przed mieszkańcami?

Nie. Znaliśmy oczywiście możliwe warianty. Na pewno ta opcja, na którą padł wybór, jest najmniej zła.

Co to znaczy?

Najmniej zła, bo tam nie ma dobrych wariantów. Nikt tu tej inwestycji nie chciał. Ani mieszkańcy, ani samorządy. Ona jest robiona wbrew lokalnym środowiskom. Dobra lokalizacja byłaby tam, gdzie ludzie by o nią zabiegali. Były takie miejsca, np. Mszczonów, Babsk, kiedyś Sochaczew.

A gdyby pan miał powiedzieć coś dobrego?

Chyba tylko to, że nie wywłaszczą kościołów, cmentarzy i budynków użyteczności publicznej.

Zabiegaliście o to?

Tak. Wielokrotnie i przy każdej możliwej okazji powtarzaliśmy, że koszty społeczne przeniesienia świątyni, cmentarza, urzędu gminy, czy szkoły byłyby olbrzymie. Na szczęście ktoś po drugiej stronie nas posłuchał. Przynajmniej w tym aspekcie.

Na spotkaniu mieszkańców z przedstawicielami spółki CPK pojawiła się AgroUnia z jej liderem Michałem Kołodziejczakiem, który właściwie przejął kontrolę nad tym wydarzeniem. Ostatecznie do rozmowy o konkretach nie doszło, bo wybuchła awantura. To było potrzebne?

Nie jestem zwolennikiem rozmowy w stylu wiecowym. Rada społeczna nie organizowała tej demonstracji i jej nie inspirowała. Natomiast oburzenie ludzi jest zrozumiałe i uzasadnione.

  • – Nikt tu tej inwestycji nie chciał. Ani mieszkańcy, ani samorządy. Ona jest robiona wbrew lokalnym środowiskom. Dobra lokalizacja byłaby tam, gdzie ludzie by o nią zabiegali. Były takie miejsca, np. Mszczonów, Babsk, kiedyś Sochaczew – mówi Robert Pindor
  • Członek rady społecznej przy CPK przekonuje, że od 2017 r., kiedy rząd zdecydował o budowie portu, nikt nie chciał prowadzić realnego dialogu z mieszkańcami terenów, na których lotnisko ma powstać
  • – Poświęcamy 1/3 rocznych wydatków państwa, pożyczając de facto od naszych dzieci, wyrzucając ludzi z domów i nie mamy pewności, czy to jest potrzebne. Cofamy się do państwa dogmatycznego, jakim było PRL, które z góry wie, co jest dobre i potrzebne ludziom – dodaje nasz rozmówca

A co mówią inne znane panu opracowania?

Żadne nie pokazało jasno, że trzeba budować CPK. A już na pewno nie tutaj, w Baranowie. Zajmuję się zawodowo logistyką, interesowałem się tym tematem od lat. Poza tym pandemia przeorała rynek lotniczy, który się skurczył.

Ma pan wrażenie, że rząd prowadził z wami przez te lata prawdziwy dialog?

Ten dialog był fasadowy. Kluczowych kwestii nikt z nami nie konsultował. Przecież nikt nie zapytał nas, czy w ogóle chcemy, by powstał tu port lotniczy. My z własnej inicjatywy złożyliśmy wiele propozycji, bazując na ustawodawstwie krajów, w których takie inwestycje były realizowane. Nie po to, by torpedować CPK, tylko żeby dać szansę ludziom na godziwe odszkodowanie. Prawie wszystko zostało odrzucone.

[dalej w oryg. MD]

Kamil Dziubka https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/centralny-port-komunikacyjny-w-baranowie-rozmowa-z-robertem-pindorem/m22j2fc