Strona Mirosława Dakowskiego
Odwiedza nas 18 gości
S T A R T arrow Społeczeństwo arrow Mów do ...(??!) arrow O przygotowaniach do przejścia z PRL do III RP
Wednesday 12 August 2020 05:34:44.30.
W Y S Z U K I W A R K A
O przygotowaniach do przejścia z PRL do III RP Drukuj Email
Wpisał: Piotr Skórzyński   
07.06.2008.

Bardzo ciekawy tekst Piotra Skórzyńskiego o przygotowaniach do przejścia z PRL do III RP

Piotr Skórzyński : /w latach 1981-1994 dziennikarz prasy niezależnej, internowany, nadawca podziemnego Radia „Solidarność”, członek Zarządu Fundacji Radia Solidarność, kier. działu kultury „Tygodnika Solidarność” - następnie niezależny publicysta i krytyk, autor książki „Na obraz i podobieństwo”/ (zm. tragicznie 3 czerwca 2008)

 „Słuchaliśmy też Ojca Świętego, który mówił słowa Prawdy. Prawdy o naszym życiu, prawdy o potrzebie prawdy i wolności. /.../ Prawda nigdy nie jest amoralna, ale nauka moralna może być wewnętrznie pusta, jeśli zwyczajnie i po prostu nie odwołuje się do prawdy.”

 Marcin Król, 1987 r., po III pielgrzymce Papieża do Polski

 Ćwierć wieku to czas, jaki dawniej przyjmowało się za okres jednego „pokolenia”. Z czysto biologicznego punktu widzenia mężczyzna 25-letni, może, jeśli spłodził dziecko, umrzeć... inaczej mówiąc, podsumować swoje życie. [Oczywiście NIE, Piotrze: trzeba spłodzić trójkę, by zapewnić choć powtarzalność pokoleń - trzeba tę trójkę doprowadzić do wieku rozumu, tj. z 21 lat...MD].        Jak więc wygląda to podsumowanie dla tych z nas, którzy na swoją miarę jakoś staraliśmy się pomóc w narodzinach i przetrwaniu Pierwszej / = prawdziwej/ „Solidarności” ?

Na temat tego wielkiego pokojowego powstania narodowego istnieje w języku polskim zaledwie kilka godnych wzmianki opracowań. Największym z nich jest napisana w 1991 r. i wydana dzięki amerykańskiej fundacji książka - ostatnio wznowiona - „Breaking the Barrier” uczonego z Oxfordu, Lawrence’a Goodwyna /polski tytuł „Jak to zrobiliście? Powstanie Solidarności w Polsce”/. Jej 600 stron wnikliwej analizy socjologicznej przeszło jednak u nas bez echa - i nie przypadkiem. [Została ona w Polsce praktycznie przemilczana także dlatego, że samą ilością włożoną w nią pracy i sumienności kompromituje pośrednio brak porządnych, interdyscyplinarnych polskich opracowań tego fenomenu.]

Trzeba tu też przywołać refleksje prof. Hanny Świdy-Ziemby opublikowane w „Rzeczpospolitej” 10 VIII ‘96 : „W latach 70. zasada sitw i układów, które decydowały praktycznie o wszystkim, została jeszcze rozszerzona. Wytworzyła się wg. bardzo trafnej teorii prof. Adama Podgóreckiego, zjawisko tak zwanej brudnej wspólnoty. Zjawisko to polegało na wzajemnym i nielegalnym świadczeniu usług deficytowych , a jednocześnie na tym jakie nadużycia popełnili inni członkowie wspólnoty. Wspólnota wymagała absolutnej lojalności wewnętrznej. Jej członkowie popierali się na przykład w awansach, w stopniach naukowych. /.../ Ruch ‘Solidarności’ był w moim przekonaniu w pierwszej kolejności właśnie ruchem występującym przeciw ‘brudnym wspólnotom’.../.../

Te wartości kultury zachodniej, które przynależały też do przedwojennej Polski, raz wyartykułowane, mimo stanu wojennego w pewnych środowiskach trwały. /.../ W stosunku do tego okresu rok 1989 stał się przełomem negatywnym. /.../ Drugim czynnikiem wpływającym na pogłębiającą się demoralizację zawodową był jawny kult pieniądza, w czym swój udział miały środki masowego przekazu. Wyraźnie mówiono i pisano, że o wartości człowieka, a nawet o tym, że nie jest homo sovieticus świadczy to, że umie wziąć sprawy w swoje ręce. I nic więcej! Nikt nie pisał, że są pewne granice i zastrzeżenia w jaki sposób ma się brać swoje sprawy w swoje ręce.”

Dlatego właśnie dziennikarz brytyjski Timothy Garton Ash mógł napisać: „Nie można dobrze opisać zachowania robotników w Stoczni Lenina / a potem w ‘Solidarności’ / bez odwołania się do słowa ‘godność’. Godność była wartością, którą głosili i realizowali - i którą demonstrowali pod wizerunkiem Papieża, którego pielgrzymka była wielką jej lekcją.”

Od samego początku towarzyszył „Solidarności” mit o tym, że to KOR był jej prawdziwym twórcą.

Był on szerzony zwłaszcza przez Adama Michnika. W 2000 r. z okazji otrzymania nagrody im. Erazma powtórzył on po raz kolejny utrwalony już w inteligenckiej świadomości mit o Jacku Kuroniu jako o założycielu wolnych związków zawodowych, który miał pouczać robotników: „Zamiast palić komitety, zakładajcie własne”. Niestety, nie ma świadków momentu kiedy Kuroń miał to rzekomo powiedzieć; zaś Goodwyn ukazuje, że jest to legenda, która raz opisana w zachodnich mediach, powiela się już własnym rozpędem. [Dotyczy to także roli Adama Michnika, który do ostatniej chwili sprzeciwiał się żądaniu wolnych związków zawodowych, optując za zakładowymi komisjami robotniczymi, gdzie mogliby też działać członkowie państwowej CRZZ. „Miałem tam dobrych przyjaciół - powiedział po latach - i mógłbym niektórych przekonać. Na szczęście aresztowali mnie.”] „Nieważne, że Kuroń nie rozmawiał z robotnikami wybrzeża, kiedy tamtejszy ruch rodził się sam. Nieważne, że nie miał on żadnej empirycznej wiedzy na temat przygotowań organizacyjnych niezbędnych dla podjęcia strajku okupacyjnego. Nieważne, że nie wiedział nic - ani z doświadczenia, ani z teorii - o politycznej roli międzyzakładowego komitetu strajkowego. Nieważne, że był wtedy rzecznikiem różnych form lokalnych ‘rad robotniczych’ a także wchodzenia do oficjalnych związków, choć polska klasa robotnicza przeszło 30 lat doświadczała dobrodziejstw takich zakładowych rad...

Były to fakty elementarne; ruch, który stworzył ‘Solidarność’, wyrastał z doświadczeń organizacyjnych, jakich nie mieli polscy intelektualiści z KOR-u i dlatego nie mogli ich od razu uchwycić.

Niemniej, wyjaśnienia oferowane zachodnim dziennikarzom i badaczom przez intelektualistów warszawskich, zgodnie z którymi to KOR pobudził ruch Sierpnia można, w tej czy innej wersji, odnaleźć w całej literaturze o ‘Solidarności’ - tak, że sposób, w jaki ludzie na całym świecie rozumieją jej początki nie ma wielkiego związku z tym, co zdarzyło się rzeczywiście. /.../

Szeroko akceptowane twierdzenie KOR-u, że to oni przygotowali ‘świadomość robotników do strajków’, można uważać za fantazję intelektualną nie mającą odpowiednika w instytucjach społecznych.” [Nie powstał też ani jeden MKS w innych miastach, w których KOR był aktywny, gdzie również kolportaż ‘Robotnika’ był najbardziej systematyczny; w Radomiu, Ursusie, Płocku, Krakowie i Lublinie. „Nie wynikało to z jakichś szczególnych błędów działalności KOR-u. Wynikało to po prostu z faktu, żę ‘świadomości’ nie można uformować tak jak to sobie wyobrażają intelektualiści - czy to przez ‘żelazne’ prawa stosunków produkcji, czy to przez czytanie odpowiednich książek i broszur. /.../

Żelazna zasada współczesnej kultury intelektualnej - ‘obserwować z dystansu’ - sprawia, że akademickim autorom i czytelnikom wystarczają wyjaśnienia abstrakcyjne. Nic dziwnego więc, że artykuły i książki analizujące historyczna genezę ‘Solidarności’ mówią raczej o warszawskich intelektualistach niż o lokalnych, nadbałtyckich sprawcach tego ruchu.”]

To rzeczywiście zdumiewające jak mało wciąż wiemy o wojnie polsko-pezetpeerowskiej, która wybuchła 16 sierpnia 1980 r. w Gdańsku - i skończyła się kulawym rozejmem dopiero w kwietniu 1989 r. Na przykład do dziś nie spotkałem się nigdzie z opisem posiedzenia Biura Politycznego 27 sierpnia, na którym Gierek zaproponował siłowe rozbicie strajków; co wtedy - gdy ogarnęły już większość zakładów - oznaczało rzecz jasna stan wojenny. /Radio i telewizja zaczęły wówczas nadawać wiadomości o terrorze, jakim poddawani są w fabrykach porządni robotnicy pragnący spokojnie pracować./ Jaruzelski i Kania, odpowiedzialny za bezpiekę, przeważyli wtedy /11 głosów było za, 14 przeciw/ propozycją, by jeszcze się powstrzymać; jakie były ich argumenty nie zdradzili do dzisiaj. Zapewne trochę zabrakło im wyobraźni, co Kania przypłacił stanowiskiem I Sekretarza w październiku ‘81... z drugiej strony jednak wiedział jak ogromną i wpływową agenturą dysponuje. Dopiero dziś szeroka opinia publiczna ma szanse domyśleć się jej zasięgu.

Po 25 latach możemy już chyba bez narażania się na ataki pseudopatriotów zadać sobie pytanie jak to było możliwe, że wiedząc, iż w Polsce każda podwyżka mięsa /która nastąpiła 1 lipca/ doprowadza do strajków i mając za sobą dekadę wypełnioną nimi /choć były one w 99% kilkugodzinne i dotyczyły tylko podwyżek stawki lub obniżenia norm/ - SB nie była na nie przygotowana. Strajki trwały już od pierwszych dni lipca /zaczęły się w Lublinie/ i każdy, kto miał trochę politycznego wyczucia wiedział, że dotrą na Wybrzeże - i że tam może być gorąco. Operacja usunięcia I sekretarza poprzez wybuch robotniczy udała się już raz w 1970 r. i być może była nieskutecznie powtórzona w wojskowych fabrykach Radomia w 1976. A PRL, przypomnijmy, była w stanie rozkładu: rok wcześniej wprowadzono kartki na cukier, za trzy miesiące miano wprowadzić kartki na wszystkie artykuły spożywcze, w TV zalecano na okrągło masło roślinne i snuto projekty dostaw kryla z... Antarktydy. Budownictwo stanęło, do eksportu dopłacano, zaś nie dalej jak w zimie poprzedniego roku cały kraj stanął na tydzień z powodu paru dni 20-stopniowego mrozu. Zachód domagał się rozpoczęcia spłaty 22 mld $ długów /o których nie poinformowano społeczeństwa/. Można więc bez ryzyka założyć, że z Moskwy płynęły nagany - bo towarzysze z Kremla bali się kryzysów w Polsce.

Sierpień ‘80 został wygrany nie dzięki nieproszonym doradcom ale dzięki determinacji załóg. Andrzej Gwiazda, ówczesny główny negocjator, wspominał w „Pulsie”, jesień ‘88:

„W 1980 r. pierwszą reakcją „czerwonego” na strajki było wysłanie wicepremiera Pyki, aby rozmawiał z poszczególnymi komitetami strajkowymi, nie uznając MKS. Odrzuciliśmy ten pomysł. Gdy wreszcie zgodzono się na rozmowy z MKS, postawiono warunki personalne: do rozmów dojdzie jeśli wśród reprezentacji nie będzie przedstawicieli opozycji. Odrzuciliśmy również to żądanie. /.../ Wreszcie zaproponowano, że będziemy dyskutować postulaty najłatwiejsze do spełnienia, natomiast wolne związki i prawo do strajku zostawimy na koniec. Odrzuciliśmy także to. Dlatego wygraliśmy. Przyjęcie któregolwiek z ich warunków zadecydowałoby o pełnej klęsce strajku sierpniowego.”

Po ustąpieniu Gierka z powodu kłopotów z sercem - cóż by się stało gdyby pozostał zdrów ??? /przed jego ustąpieniem nikt go wówczas w KC nie krytykował/ - Kania i Jaruzelski podzielili się władzą. Ogłoszono to początkiem „socjalistycznej odnowy”. Nikt nie wyjaśnił co też co się stało z poprzednią odnową, zaingurowaną przez tegoż Gierka 20 grudnia 1970 r. W każdym razie nowy Pierwszy natychmiast otrzymał wyjątkowo długą i bardzo wylewną depeszę gratulacyjną od L. Breżniewa - w której przeczytać można było, że „naród radziecki dobrze zna tow. Stanisława Kanię i jego oddanie dla sprawy internacjonalizmu”.

Naród polski jednak prawie w ogóle nie znał tej postaci... i nie zna do dzisiaj. Kania jest bodaj jedynym czołowym politykiem PZPR tego okresu, który nie tylko nie wydał wspomnień ale też nigdy nie udzielił wywiadu po latach. W normalnym państwie powinien odsiadywać dożywocie za zbrodnie bezpieki popełnione w czasie, gdy miał nad nią kontrolę /począwszy od „ścieżek zdrowia”/.

NSZZ „Solidarność” miała w intencji jej twórców zajmować się płacami i warunkami pracy; odpowiedni program, opracowany głównie przez Andrzeja Gwiazdę i Jacka Kuronia, został przyjęty w październiku 1980 r. Dodajmy, że Kuroń został wprowadzony na posiedzenie MKZ arbitralnie przez Wałęsę i z miejsca zaczął zebranych pouczać /co wywołało oburzenie pisarza Lecha Będkowskiego - który zaraz potem ustąpił na znak protestu przeciw szarogęszeniu się tzw. ekspertów/. [Wałęsa przeforsował ich obecność podczas zebrań prezydium MKS w Stoczni, wbrew Borusewiczowi, Borowczakowi i Gwieździe, którzy uznali, że nie mają oni ani nic do zaoferowania ani do powiedzenia, poza nieustannymi przestrogami przed konfrontacją z władzą.]

Ale wtedy okazało się, że władze nie zamierzają dotrzymać umowy. Zamiast rozmów związkowych zaczęła się walka o przetrwanie.

Jej kronika jest z grubsza znana. Po trzech miesiącach i dwóch przegranych przez partię bitwach /o rejestrację i zwolnienie Narożniaka/ Sowieci, zaskoczeni rozmachem i siłą „Solidarności”, postanowili zdusić zarazę wolności w zarodku. Wywiad satelitarny, a także płk. Kukliński, donosili do Waszyngtonu o koncentracji wojsk ZSRR i NRD wokół granic Polski. Wyglądało to na powtórzenie 17 września 1939 roku.

Brzeziński i Carter pokazali wtedy nie tylko czym jest dyplomacja na najwyższym poziomie. W rzeczywistości po raz pierwszy od rozpoczęcia Zimnej Wojny - USA dokonały interwencji na obszarze sowieckiej strefy wpływów. 4 grudnia, /gdy w nocy Radio Luxemburg podało już o wkroczeniu Rosjan do Polski/ Carter przez tzw. gorącą linię wysłał spokojną lecz stanowczą depeszę. Po dwóch uprzejmych zapewnieniach o poszanowaniu interesów sowieckich kończyła się ona jasnym ostrzeżeniem: „Jednocześnie jednak muszę stwierdzić, że rozwiązanie narzucone narodowi polskiemu siłą wpłynęłoby jak najbardziej negatywnie na nasze stosunki.”

Jednocześnie identyczną depeszę wysłali, poproszeni o to przez Cartera w równie przekonujący choć bardziej przyjacielski sposób, kanclerz Schmidt, premier Thatcher i prez. Giscard d’Estaing /znajdujący się pod ogniem krytyki za swoją przyjaźń z Breżniewem/.

Breżniew, Andropow i Gromyko rozważyli ile kredytów, umów i wpływów mogą stracić - i polecili anulować operację.

W połowie października zaczęły znikać towary ze sklepów; najpierw tekstylnych i elektromechanicznych, a potem spożywczych. Sprawa ta jest dziś, by sparafrazować Orwella, największą historyczną „non-question”: bowiem oficjalnie jej nie ma, skoro nikt z historyków się nią nie zajmuje. Tymczasem faktem jest, że produkcja przebiegała normalnie, natomiast artykuły spożywcze ginęły podczas państwowej dystrybucji. Wkrótce zaczęły krążyć pogłoski o wyrzucanych do bagien tonach żywności i o zapełnionych po brzegi magazynach wojskowych. W czerwcu reportaż opisujący wizytę w takim przeładowanym magazynie /nie podano kto i gdzie to widział/ opublikował gdański tygodnik „Czas” - miesiąc później materiały z podobną informacją zamieściły trzy niskonakładowe periodyki francuskie. Propaganda, głównie piórem Urbana - głównego autora Dziennika Telewizyjnego - wyjaśniała: strajki i bałagan dezorganizują wszystko. Pytany o to co dzieje się z żywnością i dlaczego nie dopuszcza się związkowców do jej dystrybucji, wicepremier Rakowski odparł z właściwą sobie brutalnością: - Kto kontroluje żywność, kontroluje państwo.

Jednak ta śmiertelna w zamyśle broń została w pewnej mierze rozładowana przemyślnością Polaków: wielu robotników miało rodziny na wsi, a w mieście odrodził się okupacyjny szmugiel. Poza tym władze nie odważyły się pozbawić dostaw stołówek w różnych instytucjach, które szybko zaczęły handlować drogocennym towarem. Wkrótce zaczęły też przychodzić zachodnie paczki z żywnością.

W listopadzie 1987 r. Janina Jankowska nagrała bardzo obszerny wywiad z Andrzejem Gwiazdą dla podziemnej „Krytyki” /nr 27/. W pewnym momencie krytykuje komisje branżowe KK., „które, kiedy powstało podejrzenie, że towary żywnościowe i inne są przez administrację /?? Czy chodzi o administrację amerykańską? A może jednak o Biuro Polityczne KC PZPR? - P.S./ sztucznie magazynowane, nie potrafiły dać w tej sprawie wiarygodnych danych.”

Gwiazda odpowiada: „ - Już w marcu postulowałem zorganizowanie /m.in. w tym celu/ w każdej komórce związkowej komisji ekonomicznej. Uchwała przeszła w Komisji Krajowej, tylko dziwnym zbiegiem okoliczności jej tekst zginął zaraz po przegłosowaniu.”

Co dalej? Nie wiemy, bowiem w tym momencie redaktorzy „Krytyki” wstawili - znak /.../.

W ćwierć wieku potem ta kluczowa sprawa pozostaje Tajemnicą Stanu. Konsekwentna blokada dostaw żywności doprowadziła najpierw do marszy głodowych - a potem do stanu wyczerpania większości społeczeństwa. Głównie dlatego przewrót 13 grudnia został przeprowadzony stosunkowo gładko.

21 III 1981 r. na sesję Wojewódzkiej Rady Narodowej przybyła milicja i ciężko pobiła delegację „Solidarności” z przewodniczącym Regionu Janem Rulewskim. Zamiast zgodnie ze statutem natychmiast odpowiedzieć strajkiem, Komisja Krajowa zaczęła deliberować, cały czas napominana przez Wałęsę, iż nie wolno działać pochopnie. Działacz robotniczy ze Śląska i przywódca największego Regionu „Solidarności”, Andrzej Rozpłochowski - uznany za jednego z najgroźniejszych wrogów dla władz, stał się po zamachu 13 grudnia jednym z 11 najważniejszych więźniów politycznych przetrzymywanych do października 1984 r. na Rakowieckiej - pisał po latach: „Wałęsa, wbrew stanowisku głównych regionów, nie chciał dopuścić do zwołania posiedzenia Komisji Krajowej. /.../ Rozmowy z nim nigdy nie zapomnę. Na mój wniosek, że trzeba natychmiast zwołać posiedzenie kierownictwa „Solidarności”, Wałęsa wrzasnął: - Co ty będziesz tam podskakiwał? Przyjadę na Śląsk i na stadionie w Chorzowie zrobię wiec. Ludzie postawią ci szubienicę, a mi tron, ciebie powieszą, a mnie będą wielbili.

Mimo zdumienia, błyskawicznie odpowiedziałem, że chyba nie wie co mówi, ale niech przyjeżdża, to zobaczymy co będzie. /Było paru świadków tej wymiany zdań./”

Andrzej Gwiazda był wtedy w Bombaju, zaproszony na kogres hinduskich związków zawodowych; przerwał pobyt i wróciwszy do Gdańska doprowadził do powstania Krajowego Komitetu Strajkowego. Strajk generalny miał się rozpocząć 31 marca.


 

    Konflikt bydgoski jest jednym z tych frapujących wydarzeń, kiedy historycy są uprawnieni do pytania: co by było gdyby. „Solidarność” była przygotowana do bezpośredniej konfrontacji - były regiony, w których istniały nawet cztery siatki działaczy, na wypadek gdyby trzy pierwsze zostały aresztowane. Gwiazda w wywiadzie dla „Krytyki” mówi, że przeciąganie sprawy spowodowało narastanie strachu w fabrykach - i że koledzy z delegacji na rozmowy w Warszawie 30 marca po prostu zdradzili; najpierw wyjeżdżając gdzieś potajemnie, a potem zgadzając się na faktyczną kapitulację.

Andrzej Celiński, który przewodził tej nieformalnej grupie, z początku wszystkiego się wypierał - aby po latach dumnie się do tego przyznać; oświadczając, że samotrzeć /z Wałęsą, Jurczykiem i Słowikiem/ ocalił Polskę.

Dziś można wysunąć dwie uprawnione tezy: - 1. Na pewno nie poszłoby to tak łatwo jak 13 grudnia i na pewno w szeregu miast rozpoczęłyby się walki, w czasie których część żołnierzy po jakimś czasie przeszłaby na stronę „Solidarności”. - 2. Zadziałaliby wszyscy agenci, co w bardzo wielu przypadkach doprowadziłoby do aresztowań działaczy.

Jest rzecz jasna jeszcze trzeci aspekt: czy Moskwa spokojnie przyglądałaby się jak najważniejszy dla niej kraj wyślizguje się z jej imperium?

Są to te pytania, na które być może nigdy nie poznamy odpowiedzi. Evelyn Waugh napisał gdzieś, że najsmutniejszym nagrobkiem jest ten, na którym można przeczytać jedno słowo: „Gdybym...”

Po latach Jerzy Giedroyc nie mógł opanować sarkazmu słuchając wyrzekań Polaków na świeżą wolność i zapytał: - A jaką byście chcieli mieć, skoro nie zdobyliście się na to, by zaryzykować życie w walce o nią?

Tymczasem w ZSRR KGB wyszukiwała członków „Solidarności” wśród polskich załóg na budowach i kazała im wracać do siebie. W marcu 1981 r. doszło do strajków w Estonii; jak twierdziło KGB, pod wpływem „Solidarności”. Raport gen. J. Żuka, szefa kontrwywiadu wojskowego w Okręgu Bałtyckim, donosił, że „wielu sowieckich wojskowych pochwala wywrotowe działania „Solidarności” i wykazuje wrogie uczucia polityczne i nacjonalistyczne. Pod ich wpływem planują dopuścić się zdradzieckiej działalności...” [Schweizer, op. cit.]

Pod koniec marca na terenie północnej Polski rozpoczęły się wielkie manewry „Bratni Sojusz ‘81”. Mimo, że po tygodniu zostały zakończone, wojska nadal pozostawały w gotowości i cały świat zastanawiał się co zrobi Kreml. 5 kwietnia Breżniew oświadczył jednak, iż wierzy, że polscy towarzysze potrafią sami rozwiązać swoje problemy. 7 kwietnia w Legnicy dowódca sił Układu Warszawskiego, marsz. Wiktor Kulikow sprecyzował w spotkaniu z członkami Biura Politycznego KC PZPR: musicie sami uporać się z waszymi kłopotami. Ale, dodał, wojska Układu Warszawskiego są w każdej chwili przyjść wam z pomocą, jeśli o nią poprosicie. [Sprawozdanie dla wschodnioniemieckich władz SED, cytowane przez Schweizera, op. cit.]

KC KPZR wysłało następnie dwa listy do polskich towarzyszy, gdzie wyrażano „szczerą troskę i niepokój o losy bratniego kraju”.

SB i KGB uważnie monitorowało sytuację, oznaczając bardziej aktywnych działaczy. Agentura pozwalała niekiedy odsunąć ich na margines - przydarzyło się to m.in. Rozpłochowskiemu. „Latem Andrzej Celiński zorganizował wizytę Wałęsy na Śląsku. Porozumiewał się tylko z grupą b. komunisty A. Cierniewskiego i ludzi, którzy już wtedy ujawniali się jako agenci. /.../ My, czyli zarząd Regionu, nie byliśmy zaproszeni na wiec w Chorzowie. Nie chciałem jechać na stadion, lecz przekonano mnie, że bp. Bednorz nie zrozumie tej sytucji, więc w końcu pojechaliśmy. Na bramie zatrzymała nas straż porządkowa w galowych mundurach górniczych z krótkofalówkami. ‘Solidarność’ nie miała takiego sprzętu na wyposażeniu. /.../ Potem było luksusowe przyjęcie w hotelu. Wysłannik Przewodniczącego nalegał, żebym przyszedł. Powiedziałem, że nie mam ochoty, wtedy powiedział, że Wałęsa nalega. Odparłem, że w takim razie przyjdę z zarządem regionu - na co usłyszałem, że to wykluczone, bo spotkanie jest ‘specjalnie dobrane’. Zaparłem się i dopiero wtedy nas wpuszczono.”

Rozpłochowski opisuje dalej jak machinacjami pozbawiono go stanowiska przewodniczącego i nawet członkostwa zarządu tego najważniejszego po gdańskim Regionu - na rzecz L. Waliszewskiego i jego ludzi. Wszyscy oni wyjechali latem 1982 r. do USA lub Australii; w latach 80. region katowicki był jednym z mniej aktywnych w działalności opozycyjnej.

Także inni ludzie wyciągnięci z kapelusza przez Wałęsę zachowali się podobnie: przykładem rzecznik Komisji Krajowej Marek Brunne, wcześniej nikomu nieznany. Już w trzy dni po przewrocie wrócił ze Szwecji i wyznał w telewizji swoje grzechy - po czym, niczym nowy płk. Rzepecki, wezwał do ujawniania się,.

W „Tygodniku Solidarność” z 26 08 ‘94 znajdujemy relację z wizyty w redakcji działacza emigracyjnego, dawnego opozycjonisty Andrzeja Jarmakowskiego. Oto co mówił :

„W 1976 r. w Wolnych Związkach Zawodowych Lechu wzbudzał sympatię, był uczynny, grał w piłkę nożną i chodził do kościoła. Koledzy składali się po sto zł na utrzymanie jego rodziny.

Jednak już w grudniu 1980 r. nie był tym samym facetem, który w stoczni wskakiwał na skrzynkę. To żart historii, że tak potoczyły się losy. /.../ Wałęsa to cwaniak dbający tylko o swój interes - a nam wmówiono, że to nowy symbol, który dla dobra sprawy trzeba zawsze ochraniać.

/.../ W najbliższym otoczeniu Wałęsy typowano nieraz kto może być agentem. Wachowski zawsze zajmował pierwsze miejsce na liście - również /o dziwo/ u Wałęsy. Mimo to w znacznym stopniu decydował o wszystkich sprawach personalnych. Powołanie Prezydium KK po Zjeździe w 1981 r. wyglądało tak, że Wachowski napisał w samochodzie skład osobowy i dał go Wałęsie. Przeraziłem się, gdy zobaczyłem tę kartkę. Lech zgodził się na wszystko.

Gdy Wachowski mówił ‘nie’ - to Wałęsa zmieniał decyzję. Przed publicznymi wystąpieniami Wachowski instruował Lecha co ma mówić. I Wałęsa to mówił !”

 

 

 „Człowiek jest przede wszystkim istotą, która szuka prawdy.”

 Jan Paweł II, „Centesimus annus"

W swoim dzienniku krytyk literacki Tomasz Burek zapisał jesienią 1981 r. : „Życie jak po wojnie, w zrujnowanej gospodarce, w opustoszałych miastach, na pustyni gdzie zabiegani ludzie walczą o zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb życiowych. Nie ma niczego - jedzenia, mydła, książek i gazet, żarówek i świeczek, lodów i cukierków, cud, że jest jeszcze najostatniejszego gatunku wędlina, ale wygląda na to, że i ona się kończy.

W jaki sposób jeszcze żyjemy?

A przecież toczy się cicha, codzienna, nieustępliwa bitwa o Polskę nową. I ta nowa Polska jest naprawdę, nie jest wymyślona, staje się...”

Istnieje co najmniej pięć dowodów na to, że gen. Jaruzelski był przerażony odmową Kremla wysłania do Polski Armii Sowieckiej. Pod koniec prasa i telewizja zaczęły ukazywać zniszczone groby żołnierzy sowieckich. Wykonane bez staranności, po 30 latach braku konserwacji zaczęły się rozsypywać, zwłaszcza gdy popracowali nad nimi esbecy. [Gdy chłopcy bawiący się na jednym z cmentarzy przypadkowo utrącili jakiś detal, telewizja zrobiła z tego antyradziecką prowokację. W wydanej w podziemiu książce „Rubikon ‘81” Danuta Pacyńska-Drzewińska pisze: „8 XII Piotr Załuski poinformał nas: - Wczoraj podczas codziennej telekonferencji ośrodek wrocławski dostał od redaktora wydania Dziennika takie zamówienie: - Dajcie mi dziś coś o zbeszczeniu jakiegoś pomnika radzieckiego.”]

W „Przeglądzie Powszechnym” /nr 932/ Janusz Gazda zrelacjonował audycję telewizji moskiewskiej z 19 XII 1998 o stanie wojennym w Polsce. „Aleksander Bowin, ówczesny komentator dziennika ‘Izwiestija’, wspominał o telefonie kogoś ważnego z Polski: ‘Warszawa zaczęła histeryzować: ratowaliście Czechosłowację, ratowaliście tam socjalizm, więc teraz pośpieszcie i nam z pomocą. Breżniew zajął zdecydowane stanowisko; byłem przy tym, byłem tego świadkiem. Powiedział mniej więcej tak: tam mąciła wodę inteligencja, a tu okazują niezadowolenie robotnicy. Przeciwko klasie robotniczej nie pójdziemy’. Dalej przedstawiono dziennikarza Aleksandra Cypko, który opowiadał jak pisał przemówienie, które gen. Jaruzelski wygłosił 13 grudnia, bowiem „jego doradca leżał pijany”.”

Pod datą 13 XII T. Burek napisał: „Własnymi rękami. /.../ Ohyda komunizmu.”

22 XII 1981 r. odbyło się tajne posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR. Na zakończenie nowy generalissimus stwierdził, że „partia powinna na co dzień potwierdzać społeczną potrzebę swego istnienia przez dyscyplinowanie życia w stanie wojny” /sic/ oraz oświadczył ważną rzecz, co nie wiedzieć czemu zostało dziś zapomniane: „Należy stanowczo przeciwstawiać się propagandzie, że wprowadzenie stanu wojennego zostało narzucone z zewnątrz. To nas obraża. Sami podjęliśmy decyzję, sami ją zrealizowaliśmy i sami za nią odpowiadamy.”

Przebieg samego wprowadzenia stanu wojennego jest wciąż do wyjaśnienia: prawie 10-milionowy związek zareagował ledwie kilkudziesięcioma strajkami, w tym tylko kilka nie zostało zakończone po groźbach władzy. Charakterystyczne, że kolebka Solidarności czyli Stocznia Gdańska, została sparaliżowana przez przewodniczącego komisji zakładowej Związku, który zabronił wszelkich akcji obronnych, nawet takich jak wyłączenie radiowęzła, przez który dyrekcja wzywała do kapitulacji. Działacz ów był protegowanym Wałęsy. /Świadectwo Bogdana Borusewicza/.

Fenomen późniejszego ruchu oporu lat 80. jest dziś przysypany piaskiem zapomnienia /”Bohaterów nie ma - bohaterzy leżą w piachu!”, jak to ujął nasz Lider Maximo/: nie pasuje on bowiem do czasów, gdy - jak nam mówią media i ich dyżurni mędrcy - życie stało się lepsze, życie stało się weselsze... [Dla młodszych Czytelników: tą sławną frazą Tow. Stalin podsumował pierwszą dekadę władzy sowieckiej.] Dziś należy przyznać, że w sumie niewiele wynikło z niego złego dla władzy, która miała swoje wtyczki w większości grup konspiracyjnych; niekiedy na samym szczycie. Dobrą tego ilustracją jest zachowanie Leszka Moczulskiego, który 13 XII był na przepustce z więzienia, ale dwa dni potem sam się do niego zgłosił, nakazawszy przedtem swej bojowej, kadrowej Konfederacji Polski Niepodległej, by wszystkie swe działania czyniła jawnie. [Zob. „Wolne pismo MOST”, nr. 18] Toteż, ku zaskoczeniu wielu, nie odegrała żadnej roli w tym czasie, do którego się od czterech lat podobno przygotowywała.

Jednak trwałość i rozległość konspiry była pewnym fenomenem w sowieckim świecie. Miał on prostą przyczynę: po raz pierwszy od 1944 r. ludzie czuli, że popiera ich Zachód. Duchowo, materialnie i politycznie.

13 grudnia 1981 r. po otrzymaniu wiadomości o stanie wojennym w Polsce, prezydent USA był wściekły. Powiedział do swoich współpracowników: „Coś trzeba zrobić. Musimy ich mocno uderzyć i uratować ‘Solidarność’.”

Nadzwyczajne posiedzenie National Security Council zwołane 15 grudnia okazało się najbardziej dramatyczne od czasu kryzysu kubańskiego sprzed prawie 20 lat. Alexander Haig i George Bush argumentowali, że Sowieci działają w obrębie swojej strefy wpływów, w związku z czym Ameryka może tylko wyrazić oburzenie - i nic więcej. Kolejni członkowie wahali się. Wtedy zabrał głos specjalny asystent doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego, polski Żyd z pochodzenia, Richar Pipes. Peter Schweizer /w książce ”Victory”/ podaje jego wypowiedź na podstawie wywiadu z samym Pipesem i innymi uczestnikami tej historycznej narady:

„ - To, co naprawdę niepokoi Sowietów, to możliwość, że „Solidarność” przeżyje. Boją się jej jak zarazy, która może rozprzestrzenić się na pozostałe kraje Bloku - nawet na Rosję. Nie zna pan Polaków, panie ministrze! ‘Solidarność’ przeżyje !!’

William Casey i William Clark gorąco go poparli. Wtedy zabrał głos prezydent: - Nie wolno tolerować tej akcji wspieranej przez Sowietów.”

Gdy jego doradcy omawiali sytuację w Polsce, Ronald Reagan coś sobie zapisał. Było to sformułowanie celu jego „polskiej” polityki.

Celem tym były wolne wybory w Polsce. [Notatka ta zachowała się: jest dostępna w National Archives and Records Administration, zbiór EXZEC.]

W tym właśnie momencie Akt Końcowy w Helsinkach, Organizacja Współpracy i Bezpieczeństwa oraz praktycznie 35 lat polityki „powstrzymywania” - powędrowały do kosza.

Konkluzją tej narady było polecenie prezydenta, by przygotować akcję pomocy dla Polski.

W swoim dzienniku Reagan zanotował tego dnia: „Doszedłem do wniosku, że w naszym życiu może to być ostatnia szansa na ujrzenie zmian w kolonialnej polityce imperium sowieckiego w stosunku do Europy Wschodniej. Powinniśmy przyjąć zdecydowane stanowisko i powiedzieć im, że dopóki stan wojenny w Polsce nie zostanie zawieszony /.../ utrzymamy w stosunku do Sowietów i Polski kwarantannę i nie będzie żadnego handlu ani komunikacji przez ich granice. Powiemy także naszym sojusznikom z NATO i innym, że albo przyłączą się do tych sankcji, albo zaryzykują oziębienie stosunków z nami.”

Szybko okazało się, że wszystko, co prezydent zamierzał uczynić, prawdopodobnie będzie musiał uczynić sam. W Europie Międzynarodówka Socjalistyczna wydała oględne oświadczenie. Porównano w nim przestrzeganie praw człowieka w Polsce i Turcji i postawiono znak równości między sowiecką okupacją Afganistanu /90 tys. żołnierzy/ i wojną domową w Salwadorze /55 amerykańskich doradców/.

Odpowiedź wielu innych sojuszników była podobna. Prezydent postanowił działać samodzielnie.

29 grudnia rząd USA odebrał Polsce klauzulę największego uprzywilejowania w handlu, a firmom amerykańskim zakazał sprzedaży urządzeń do wydobywania ropy i gazu. A tylko one mogły umożliwić realizację kontraktu stulecia. Wg. ocen CIA z 1982 r. pompy do wydobycia ropy naftowej zakupione w USA w latach 70. „zwiększyły zdolność wydobycia sowieckiej ropy o dwa miliony baryłek dziennie”. Wniosek sprawozdania brzmiał: „Osiągając korzyści gospodarcze poprzez zakupy, które likwidowały wąskie gardła i poprawiając sprawność gospodarki, Sowieci zmniejszyli tym samym jej obciążenie wydatkami na obronę.” [„Special National Intelligence Estimate”, 21 września 1982 r. /FOIA/

Fabryki europejskie, które miały licencję na ich produkcję, natychmiast ogłosiły, że nie będą się się do niego stosować. Kraje EWG ogłosiły, że nie zastosują się do sankcji; kanclerz Schmidt skrytykował politykę Reagana i poparł WRON mówiąc: „Generał Jaruzelski postąpił zgodnie z najlepszymi intencjami państwa.” Schmidt nie ukrywał swojej dezaprobaty dla polityki praw człowieka prez. Cartera - tym bardziej nie mógł akceptować nowej, konfrontacyjnej polityki Reagana. [Dyplomaci amerykańscy w RFN spotkali się z członkami rządu w Bonn i dowiedzieli się, że Zachód winien pomóc Jaruzelskiemu, by powiodła mu się próba „narodowego odrodzenia”. Podkreślili, że nie zamierzają dopuścić, by sprawy w Polsce pogorszyły ich stosunki z ZSRR.] W styczniu wybrał się do USA i oświadczył Haigowi, iż w jego opinii stan wojenny nie jest taki zły dla Polaków: „Stale miałem wątpliwości co ich umiejętności organizacyjnych, a to z uwagi na ich skłonności do romantyzmu. Wprowadzenie stanu wojennego było konieczne ze względu na chaos, jaki tam zapanował.” Oburzony Haig ostro zaprotestował, a wtedy Schmidt podniósł głos - i, jak wspomina Haig, ku konsernacji asystentów „zaczęliśmy na siebie wrzeszczeć”. [Peter Schweizer, „Victory” - Atlanta Monthly Press, 1994]

Podczas wizyty w Białym Domu kanclerz przez pół godziny pouczał jego gospodarza jak błędna jest jego twarda postawa wobec Moskwy.

Kiedy wreszcie skończył, Reagan odpowiedział ze swoim sławnym uśmiechem:

- A zna pan moją ulubioną anegdotę o Breżniewie? Chwali się przed matką swoją kolekcją zachodnich samochodów. Ta wzdycha ciężko i mówi: - Ach, Lonia, a nie boisz się, że bolszewicy ci to wszystko zabiorą?

Dobre, co? A teraz zapraszam na lunch.

Doradcy Schmidta z niepokojem patrzyli na szefa, któremu rok wcześniej wstawiono zastawkę aorty: jego twarz stała się tak czerwona, jakby miał dostać udaru.

W 1982 r. kraje NATO zebrały się na specjalnej sesji poświęconej wydarzeniom w Polsce. Zarysował się tam najostrzejszy podział Zachodu od roku 1966, gdy większość sojuszników zdystansowała się wobec interwencji w Wietnamie, a Francja wystąpiła z wojskowej struktury NATO. Po trzech dniach burzliwej dyskusji udało się jedynie skłonić Europejczyków do nic nie znaczącego zobowiązania, że „będą działać na rzecz reform w Polsce”.

W tej sytuacji 11 stycznia rząd Stanów Zjednoczonych wydał osobne oświadczenie, w którym stwierdził, że „stawką w Polsce jest wolność”. Zakończył formułą, w której wracał do obietnic Eisenhowera sprzed 30 lat: „My na Zachodzie ponosimy odpowiedzialność nie tylko za zachowanie naszej wolności, ale także za krzewienie jej tam, gdzie jej nie ma.”

Także we własnym rządzie prezydent napotkał na opór. Poza Weinbergerem, Jane Kirkpatrick /w ONZ/ i Pipes’em /który był tylko jednym z doradców/ właściwie nie było nikogo, kto by bez zastrzeżeń popierał jego linię. Wszyscy ci zawodowi urzędnicy i politycy od 13 lat żyli w świecie polityki odprężenia; to znaczy w świecie, w którym Reagan nigdy nie był - i którym gardził. 

Niedługo potem utworzono Narodową Fundację na Rzecz Demokracji, która zajęła się pomocą dla antykomunistów za żelażną kurtyną. /Pierwsze dotacje NED przeznaczono na żywność, leki i ubrania dla rodzin polskich internowanych i uwięzionych./ Kontynuowała w ten sposób Krucjatę Wolności, jaka przeszła na początku lat 50. przez USA zbierając pieniądze m.in. na Radio Wolna Europa - z udziałem Reagana. Teraz prezydent postanowił dokończyć rozpoczęte wtedy przedsięwzięcie. Wytrwałość Ronalda Reagana, ta najrzadsza zaleta - której tak często brakowało politykom Zachodu - stała się prawdziwym kluczem do zwycięstwa.

W latach 90. powstała legenda /głównie za przyczyną Tada Szulca/ o tajnym aliansie Reagana i Jana Pawła II w wojnie przeciw komunizmowi. Taki sojusz był jednak czysto ideowy; CIA dwukrotnie prosiła Watykan o pomoc w transferze środków dla podziemia w Polsce i dwukrotnie spotkała się z odmową. [Schweizer, op. cit.] Agencja znalazła jednak inne kanały; przede wszystkim dzięki pomocy Mossadu. Schweizer pisze, że przekazano ok. 60 mln $ - odbiorcami było wydawnictwo NOWA i „Tygodnik Mazowsze”, a potem Bujak, Lis i Frasyniuk.

Odbiorcy nigdy nie przedstawili bilansu... a Bujak wręcz wyparł się, by otrzymał jakąś pomoc od CIA. /Dla jasności warto dodać, że „Tygodnik Mazowsze” był inicjatywą prywatną, w przeciwieństwie do organu Regionu Mazowsze „Wiadomości Dnia”. Ta redakcja jednak nie miała dostępu do pieniędzy i w 1983 r. zaprzestała wydawania biuletynu./

Janusz Szpotański opowiedział po latach w rozmowie z Antonim Zambrowskim jak uwiarygadniano tzw. „opozycję odpowiedzialną” /„T.S.”, 22 VII ‘94/:

„ - Ślepowron wykazał jednak względem ciebie wiele humanitaryzmu, bo cię z więzienia w Białołęce przenieśli do kurortu dla elity w Jaworzu?

- Jak na taką aferę, to oni nas wszystkich traktowali w białych rękawiczkach. Przecież mogli nam zrobić tysiąc różnych rzeczy w internowaniu. Traktowała nas Wrona dość powściągliwie a w Jaworzu mieliśmy takie półwięzienie i półkurort.

- Te cierpienia w półkurorcie dały, zdaje się, aureolę męczeństwa wielu naszym tzw. autorytetom?

- Oczywiście. Autorytety natychmiast nałożyły na głowę aureolę. Przez cały czas nieustannie się modlili. A co się działo, kiedy do nas przyjeżdżali księża. Wszyscy głośno śpiewali pieśni religijne.

A teraz z tej szalonej miłości do kleru wykonali nagle taką woltę. Teraz autorytety popadły nagle w skrajny antyklerykalizm. Oni sobie przypomnieli, że są jednak siłami postępu, wobec czego muszą być antyklerykalni.”

  Zob. Klaus Zernak, „Polska i Rosja”, 1994: „Akurat Polska doświadczyła na przestrzeni kilku pokoleń separacji narodu i państwa. Tworzenie się narodu zawsze oznaczało tu wejście na drogę społecznej modernizacji. Już dawna rzeczpospolita szlachecka była po części „światem społecznym”, podczas gdy u sąsiadów szalało omnipotentne państwo. Właśnie w Polsce można sięgnąć do potencjału doświadczeń, które muszą uśmierzać aktualny nacjonalizm w interesie „funkcjonalnego wejścia w kontekst powstającego społeczeństwa obywatelskiego i pluralistycznej demokracji” / Gunther Schödl /. W każdym razie ruch Solidarności był do tego zdolny w latach 80.”                          

 

„Wolność trzeba stale zdobywać, nie można jej tylko posiadać. Przychodzi jak dar, utrzymuje się poprzez zmaganie.

Całym sobą płacisz za wolność - więc to wolnością nazywaj, że możesz płacąc tę cenę, siebie na nowo posiadać.” 

 Jan Paweł II

Dla socjotechników z MSW „Solidarność” była tylko mieszanką pospolitego ruszenia z krucjatą dziecięcą - dopóki, rzecz jasna, kontrolowali ją „rozważni strażacy od gaszenia strajków”. Jednak gdy w obliczu pustych półek w sklepach spożywczych powstała 17 X ‘81 r. Krajowa Federacja Samorządów z zamiarem przejęcia od państwa dystrybucji produkowanych przez związkowców towarów - władzę stracił Kania i przejął ją Jaruzelski, w pełni /jak dziś wiemy/ zależny od Moskwy.

Dziś w dziesiątkach publikacji napotykamy na tezę o ostatecznym zwycięstwie „Solidarności” w siedem lat po klęsce grudniowej. Tyle, że siedem lat to o rok dłużej niż trwała II wojna światowa. To tyle, ile trwał w Polsce czysty stalinizm /1947-1955/ - który ten tysiącletni kraj sprowadził niemal do poziomu sowieckiej „republiki związkowej”; z czym do dziś nie umiemy się uporać.

O różnicy między rokiem 1981 a 1989 świadczy najlepiej fakt, że wówczas - mimo strasznego napięcia związanego z „pełzającym głodem” -wszystkie wskaźniki anomii dramatycznie spadły: a mianowicie liczba prób samobójczych, wskaźnik alkoholizmu, liczba rozwodów i nawet burd sąsiedzkich oraz rodzinnych. Ludzie poczuli nadzieję - a zarazem odzyskali poczucie wartości.

Nic takiego nie nastąpiło w 1989 r. Każdy, kto patrzył trzeźwo, widział, że polityczny sukces paru działaczy opozycjnych, jakich wprowadzono do rządu - jeden z nich został nawet premierem /choć czysto malowanym/ - ma się nijak zarówno do ideałów roku 1981, jak i ogromu ofiar, jakie poniosło społeczeństwo.

Faktyczny kres „Solidarności” jako siły politycznej nastąpił 10 X 1982 r., gdy prawie nikt z 10 milionów jej niedawnych członków nie posłuchał wezwania do strajku generalnego, rzuconego przez ukrywających się działaczy. Opór był powszechny, to prawda - ale w praktyce czysto duchowy. Msze, gazetki, książki, seminaria, wykłady... słowem, działalność inteligencka. 95% wysiłku „konspiry” sprowadzało się do inicjatyw wydawniczych, a potem także radiowych; dziś nikt nie ma już chyba wątpliwości, że obie te formy aktywności zostały szybko zinfiltrowane /zdarzało się, że sami agenci je inicjowali/.

Już w 1983 r. pojawiły się pierwsze głosy o konieczności „głębokiego kompromisu historycznego”, co miało się przejawić /p. „Memoriał czterech” sporządzony m.in. przez Henryka Szlajfera i Jerzego Strzeleckiego, późniejszego wiceministra przekształceń własnościowych/ w legitymizacji uwłaszczenia nomenklatury. /Co okazało się proroctwem spełnionym/. Wyraźne pojednawcze gesty wobec junty uczynił prymas Glemp, zaś Wałęsa odmówił uczestnictwa w manifestacjach. [Warszawscy intelektualiści opowiadali o nowym genseku, Andropowowie, że to poliglota, który zna się na zachodnich manierach.]

 Toteż już w trzecim numerze „Kultury niezależnej” Jan Walc, dobrze zorientowany w nastrojach i dyskusjach opozycji, przestrzegał proroczo: „Traktowanie p. Jaruzelskiego jako szefa polskiego rządu i w ogóle przesadne zainteresowanie jego osobą czy osobami jego kolegów zawiera w sobie niebezpieczeństwo przyszłej zgody na porozumienie z tymi panami.”

W 1985 r. opór społeczny zaczął zanikać. Zaczęło się, jak zawsze, od elit. Jan Saber relacjonował w podziemnym miesięczniku „Kultura niezależna” /II, 1985/: „7 stycznia telewizja pokazała migawki z imprezy, którą potem jedni nazwali ‘czerwonym opłatkiem’, inni ‘balem u Senatora’. Było to przyjęcie w Pałacu Rady Ministrów, wydane przez min. kultury Żygulskiego dla twórców i działaczy kultury. /.../ Generał Jaruzelski przyjął pokłon polskiego świata kultury. Wśród uczestników tej ceremonii byli twórcy znani wcześniej z bojkotu telewizji, z twórczości znanej jako ‘kino moralnego niepokoju’, ze śpiewania ‘Aby Polska była Polską”.

Członkowie rozwiązanych stowarzyszeń twórczych wznosili toasty wraz z gen. Dębińskim, który te stowarzyszenia rozwiązał i z gen. Baryłą, szefem zarządu polityczno-wychowawczego LWP i zwierzchnikiem pisma ‘Żołnierz Wolności’.”

W 1986 r. Gorbaczow stwierdził, iż protesty robotników polskich miały u podłoża także „autentyczne bolączki i niedociągnięcia”. Władze zwolniły więźniów politycznych. W 1987 r. Wałęsa ogłosił gotowość do rozmów bez legalizacji „Solidarności”, odcinając się od Komisji Krajowej - która nigdy już nie miała się zebrać w swym składzie z 1981 r.

Na wiosnę 1988 r. sytuacja gospodarcza osiągnęła dno. Pojawił się nowy element: młodzi robotnicy, którzy nie mieli nic do stracenia, i którzy nie szanowali biernych, potrafiących jedynie ględzić działaczy „Solidarności”. To właśnie ci zdesperowani młodzi ludzie zrobili strajki w Nowej Hucie, a potem w Stoczni Gdańskiej. Wałęsa zniknął wtedy; odnalazł się po dwóch dniach i postanowił przyłączyć do strajku. Po paru dniach został on złamany.

Człowiek nie żyje tylko chlebem. Młodzi, ale nie tylko młodzi ludzie, karmieni opowieściami o całym świecie, który się z nimi solidaryzuje, podtrzymani na duchu pielgrzymkami papieża, a przede wszystkim zaznawszy choć w niewielkiej dawce prawdziwej solidarności - mieli wtedy potencjał moralny, który w dzisiejszej Polsce wydawałby się równie obcy jak widok procesji kwakrów.

Z takiego właśnie moralnego impulsu zrodzonego z poczucia zupełnej beznadziei rozpoczęły się strajki górników podjęte w ósmą rocznicę Sierpnia. Dziennikarz „Życia Warszawy” zapytał wówczas przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego Krzysztofa Zakrzewskiego czy pozwoli załodze na zakończenie strajku /był to od ośmiu lat stały motyw propagandy: garstka watażków terroryzująca spokojne załogi, które chcą pracować/. Odpowiedź, jaką otrzymał. jest nie tylko deklaracją ideową, lecz także dokładnym opisem rzeczywistości PRL :

„Ci, którzy zostali, to sól i stal tej ziemi. Najtwardsi. I oni mi ufają. /.../ Nie mamy zresztą wyjścia. Nie możemy teraz stracić wiary, nie możemy się poddać. Dziś jest chyba ostatnia szansa, żebyśmy wywalczyli to, co zaprzepaścili nasi ojcowie. To my tutaj, wszyscy obecni, kształtujemy przyszłość i perspektywę dla naszych dzieci. Jeżeli teraz popuścimy, to nie ma Polski. Nie ma Polaków. Nie ma nic. Jest tylko partia, obłuda i kłamstwo. Dlatego potrzebna jest ‘Solidarność’ i wiara, że coś się jednak może zmienić...”

 ZOMO i Lech Wałęsa złamali wtedy strajki: pierwsi siłą, drugi „rozwagą”. Ale młodzież robotnicza, nad którą grupa Wałęsy nie miała kontroli i której SB nie zdążyło zinfiltrować, przestraszyła władzę, której Kreml odradzał rozwiązanie siłowe. To przełamało pat. Władza uznała, że musi coś obiecać - z czego wynikły półroczne negocjacje władzy i samozwańczej elity opozycyjnej; których ”okrągły stół’ był tylko finałem.

18 grudnia 1988 r. intelektualiści warszawscy i krakowscy powołali Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Jak pisze Goodwyn: „Budząca taki podziw szeroka baza społeczna ‘Solidarności’ skurczyła się do obszaru elity.”

Wśród intelektualistów byli technik Zbigniew Bujak i kierowca autobusów Władysław Frasyniuk, nie było jednak wydawcy dzieł zebranych Gombrowicza, Krzysztofa Wyszkowskiego, ani - co jeszcze ważniejsze - wiceprzewodniczącego Związku, inż. Andrzeja Gwiazdy.

Nie przypadkiem. Rok wcześniej grupa skupiona wokół Gwiazdy, zdecydowana, by działać zgodnie ze statutem „Solidarności”, została izolowana przez Wałęsę i Kuronia. Gwiazda, prawdziwy spiritus movens ruchu wyłonionego w strajkach Sierpnia ‘80 r., nie miał czego szukać w tym towarzystwie z wielu powodów. Większość z nich miał okazję wyłożyć w wywiadzie dla „Pulsu” w numerze z jesieni 1988 r. /Pyta A. Mietkowski/:

 „Komuniści potrzebują jednego: zgody społeczeństwa na zwiększenie wyzysku. Zatem grupa osób występujących ponoć w imieniu społeczeństwa może zaoferować w tym przetargu jedynie interesy tegoż społeczeństwa. Jeżeli potrafi je nakłonić do bierności wobec pogarszających się warunków bytowych, wówczas porozumienie jest możliwe. /.../

- Ten tok rozumowania można odwrócić. Sytuacja w Polsce jest znana: bez zasadniczych reform nic się nie ruszy. Warunkiem ich powodzenia jest udział społeczeństwa: większa wydajność pracy, itd. To jest właśnie towar, który można zaoferować.

- Tezy, które pan powtarza, wymyślili ludzie, którzy nigdy w życiu nie widzieli fabryki. Może w czasie strajku sierpniowego. Ci ludzie nie mają pojęcia jak się w Polsce pracuje. Ci właśnie mądrale od ekonomii dochodzą teraz do wniosku, że trzeba zmusić Polaków do zwiększenia wydajności pracy. Powiem jedno: jeżeli komunistyczna gospodarka jest na coś chora, to wyłącznie na cenę robocizny. W Polsce pracuje się tak wydajnie, że w żadnym innym kraju taka wydajność nikomu się nawet nie śni. Od 40 lat cały nacisk komunizmu jest skierowany na zwiększanie wydajności. Degradowano starych majstrów tylko dlatego, że byli przyzwyczajeni do porządnej roboty, zgodnie z przepisami i normami technicznymi, a pracując w taki sposób nie można było zaspokoić partyjnych żądań co do ilości.

W ani jednej fabryce amerykańskiej czy kanadyjskiej nie zetknąłem się z systemem akordowym. Przemysłowcy są zgodni: wprowadzenie akordu to prosta droga do plajty, bo firma natychmiast zaczyna produkować buble. /.../ W Polsce już od dawna ludzie wytwarzają kilkanaście razy więcej niż przewidują normy. Mógłbym godzinami opowiadać o metodach obchodzenia procesu technologicznego. Tutaj, na Zachodzie, każdemu inżynierowi czy robotnikowi włos zjeżyłby się na głowie, a w Polsce to normalka. /.../

Inna sprawa to szafowanie ‘frazeologią porozumienia’ sprowadzających się do sloganu Wałęsy i ‘Tygodnika Mazowsze’: „Społeczeństwo jest gotowe do wyrzeczeń ale wynikających z reformy.” To są bzdury. Nikt nie ma ochoty do wyrzeczeń. 10 milionów ludzi przyszło do ‘Solidarności’ wierząc, że ich wybrani reprzentanci wywiążą się z przyjętych na siebie zobowiązań i będą walczyć o interesy ludzi pracy. Realizowana przez RWE, Głos Ameryki i BBC polityka namawiania społeczeństwa do wyrzeczeń i spłaty komunistycznych długów nie może spotkać się z popularnością.

- Kto ma zwrócić te długi?

- Proszę pana, ja nie wiem kto zawierał te umowy ani o co w nich chodziło; nie wiem kto dziś handluje wekslami polskich długów. Ja w każdym razie nie pożyczałem ani centa i nikt mnie o zdanie nie pytał. W związku z tym nie czuję się w najmniejszym stopniu zobowiązany, by wykonać jakikolwiek ruch zmierzający do spłaty tego długu.

Pewien zachodni bankier odpowiadał na łamach wielkiego dziennika na pytanie czy inwestowanie w komunizm nie wiąże się z ryzykiem. ‘Nie - powiedział - bowiem system komunistyczny w sposób nieograniczony może obniżać stopę życiową ludności, a więc zawsze jest wypłacalny’. Czy teraz wszystko jasne?”

Był to - jak nietrudno się domyśleć - ostatni wywiad Gwiazdy w tzw. poważnych mediach.

W 25 numerze „Arki” opisano przebieg spotkania z 18 grudnia i warto go przypomnieć. Zawierało ono bowiem wszystkie elementy, jakie złożą się na polskie życie polityczne następnych 13 lat.

„Znamiennym, jak sądzę, dla politycznych intencji prezydium posiedzenia - Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego i Andrzeja Wielowieyskiego - okazał się głos Adama Michnika. W Rosji, stwierdził, karty rozdano na najbliższe 50 lat i grozi nam przegrana w tym rozdaniu. Aby jej uniknąć - nie wolno nam wyczekiwać na stan kompletnej niemożności i bezwładu władz PRL. Przed tymi, którzy swe nadzieje wiążą z taką perspektywą, Michnik przestrzegał najsilniej. Trzeba dążyć do uzyskania podobnego modus vivendi z aparatem partyjnym, jaki osiągnięty został w Estonii czy na Litwie. Jeśli istnieje tylko 5% szans, iż w aparcie tym zrodzi się myśl patriotyczna, to trzeba bez wahania postawić na te 5 procent. Michnik podkreślił konieczność odcięcia się od młodych ludzi, którzy obrzucili kamieniami posterunek MO w Gdańsku.

W nawiązaniu do jednej z tez referatu Mazowieckiego, iż opozycja uznaje ustawę o związkach zawodowych z 1982, jako punkt wyjścia do rozmów o pluralizmie związkowym, Tadeusz Zieliński zapytał dlaczego nie próbowano rozpocząć negocjacji w tej sprawie od porozumień gdańskich lub przynajmniej konwencji nr 87 MOP. /.../ Odpowiadając, bardzo zdawkowo, Bronisław Geremek uznał cały problem za nieinteresujący, gdyż - jak stwierdził - decyzja została już podjęta. Geremek nie wyjaśnił trybu, w jakim zdecydowano o tej kwestii.

/.../ Jerzy Puciata i Jan Józef Lipski wskazali, że całe otwarcie polityczne jest owocem strajków zorganizowanych przez młodych działaczy, nie zaś bezskutecznych zakulisowych zabiegów doradców. /.../

Andrzej Wielowieyski przedstawił projekt powołania Rady Obywatelskiej. /.../ Tylko dwoje uczestników wystąpiło z krytyką tego pomysłu, mimo iż z kuluarowych rozmów wynikało, że wielu traktuje go z niechęcią. /.../

Tuż przed końcem zabrała głos Halina Bortnowska, stwierdzając, że proponowane sformułowanie ostrzegające przed grożącym krajowi ‘widmem przemocy’ oraz jego kontekst wskazują jednoznacznie, iż Komitet potępiając radykalne grupy opozycyjne przechodzi do porządku dziennego nad przemocą stosowaną przez milicję i ‘nieznanych sprawców’. W obronie tego sformułowania wystąpił bardzo ostro Adam Michnik, sugerując, że odcięcie się od niedawnych gdańskich ekscesów jest niemal najważniejszym celem politycznym spotkania. Przeważyła wreszcie kompromisowa wersja Jacka Kuronia: tajemnicze ‘widmo’ zostało w niej zastąpione ‘groźbą odpowiedzi przemocą na przemoc’.”

[W chwili gdy lepiej zorientowani czuli już, że zanosi się na jakiś historyczny kompromis, komentator podziemnej „Kultury Niezależnej”, Leopolita / Roman Zimand / napisał w grudniu 1988 r. :

 „W związku ze zbliżającym się Nowym Rokiem pozwalam sobie tą drogą przesłać depeszę do Gremiów, Autorytetów i Wybitnych:

Ile jeszcze razy dacie się zrobić w konia stop robicie to nie tylko w swoim imieniu stop noże kiedyś miast wykręcać się PO zapytacie o zdanie PRZED stop Opamiętania życzy 

  Leopolita”]

Równie istotny, co opis, jest komentarz „Arki”. Oto najważniejszy fragment:

 „Organizując Komitet niewielkie grono najbliższych doradców Wałęsy stara się zapewnić sobie formalną podstawę do występowania w imieniu opozycji... Udawanie czy dawanie do zrozumienia, że grupa doradców czerpiąca swój prestiż z autorytetu Wałęsy, wsparta nazwiskami wybitnych artystów i profesorów uniwersyteckich, ma prawo do reprezentowania społeczeństwa jako całości - innymi słowy: ew. roszczenie sobie prawa do politycznego monopolu na opozycyjność, narazi całą opozycję na rozbicie, zatruje atmosferę polityczną kraju, da wreszcie rządowi komunistycznemu okazję do systematycznego kompromitowania w opinii publicznej tych ‘konstruktywnych’ i równoczesnego powolnego likwidowania rozmaitymi metodami tych, którzy do ‘konstruktywnego’ kółka nie przystąpili. /.../

Dlatego kierownictwo Komitetu Obywatelskiego winno czym prędzej uwolnić się od fatalistycznej filozofii politycznej, która nadzieję na poprawę każe wiąząć z ‘pięcioprocentową szansą na zrodzenie się myśli patriotycznej w aparacie komunistycznym’ - a w społecznych roszczeniach upatrywać złowrogą groźbę krwawej, sprowokowanej hekatomby.”

W ten sposób redakcja /jeszcze tego nie wiedząc/ wydała na siebie wyrok. Było mnóstwo ważniejszych spraw, toteż został on wykonany dopiero po paru latach - ale gdyby nie błyskawiczna mobilizacja zespołu, to małe ale wierne ideałom środowisko zostałoby rozproszone; podobnie jak wiele innych grup niepodległościowych, które umarły rozbite przez agenturę i odcięte od jakichkolwiek funduszy.

Trzeba tu powiedzieć otwarcie: nie poszłoby to tak łatwo, gdyby od początku nie były lekceważone i pomijane przez Radio Wolna Europa i BBC. Ani Rewolucyjna Unia Chrześcijan Andrzeja Czumy, ani Ruch Obrony Praw Człowieka nie miał nawet jednej dziesiątej czasu antenowego poświęcanego najpierw rewizjonistom, a potem KORowi. /KOR nie ucieszył się z powstania sojuszniczej grupy w 1977 r. Przeciwnie - antycypując niejako

ataki Geremka i Michnika przeciw „rozłamowcom” w OKP, oskarżył takich ludzi jak Romaszewski czy Kelus o „rozbijanie działalności opozycyjnej”; zupełnie jak by to była frakcja bolszewików./ Pisma antykomunistów liberalnych i niepodległościowych praktycznie nie były omawiane, za to wielką estymą cieszyła się „Krytyka” - bardzo postępowa redakcja, która w pierwszym numerze ogłosiła, że głównym wrogiem demokratycznej opozycji jest... „polski totalitarny nacjonalizm”.

Ćwierć wieku, które mija od zrywu sierpniowego 1980 r. dojmująco ukazuje nam różnice między pragnieniami milionów ludzi, którzy wkrótce mieli stworzyć „Solidarność” - a tym, co z tego dziś zostało. W 16 lat po rzekomym zwycięstwie ludzie ryzykujący karierą, zdrowiem a czasem także życiem w walce z komunizmem są dziś na marginesie politycznym i zwykle żyją w ubóstwie - lub, jak w Radomiu, w nędzy - zaś dworacy i siepacze komunizmu nigdy nie mieli się lepiej.

Goodwyn wykazuje, że to, co zostało nazwane reprezentacją „Solidarności” w 1989 r. łączyły z wielkim ruchem lat 1980-1981 jedynie nazwiska paru głośnych /nagłośnionych/ działaczy, z Wałęsą na czele. Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie był dobraną nie wiadomo przez kogo grupą 232 osób, które w większości nic lub niewiele miały wspólnego ze Związkiem. „Tylko 26 miało powiązania z robotnikami i 11 reprezentowało szeroko rozumiane rolnictwo. /.../ Także niektórzy reprezentanci Stoczni Lenina, stoczni szczecińskiej i Śląska byli doradcami prawnymi lub inżynierami. /.../ Jako wykalkulowany sposób na pominięcie szerokiej i sprawdzonej struktury Związku, zwieńczonej przez demokratycznie wybraną Komisję Krajową - był to krok, którego nie można politycznie usprawiedliwić. Wszystkie manewry prowadzące do uformowania Komitetu, trwające w sumie ponad 7 tygodni, stanowiły konsekwentne odejście od dziedzictwa ‘Solidarności’. Skutecznie ignorujący zbudowaną z takim trudem demokratyczną organizację elitarny Komitet oznaczał ostateczną realizację celu warszawskich intelektualistów: uzyskania kontroli nad wielkim narodowym ruchem.

/.../ W ten sposób zniknął robotniczy rdzeń Solidarności - dokonało się to, czego dotychczas nie potrafiła dopiąć ani partyjna propaganda ani wojskowa przemoc stanu wojennego.”

Grupa ukonstytuowana 18 grudnia 1988 r. stanowiła jądro kulturowego establishmentu III Rzeczpospolitej: stanowiąc polityczne zaplecze kolejno Prezydium Obywatelskiego Kubu Demokratycznego, Ruchu Obywatelskiego - Akcja Demokratyczna, Unii Demokratcznej, Unii Wolności i wreszcie Platformy Obywatelskiej. Jej ośrodkiem kierowniczym okazali się b. działacze studenccy z Marca ‘68 czyli „młodzi rewizjoniści”, tzw. lewica katolicka oraz dawni partyjni uczeni: głównie z Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego.

O korzeniach tych ostatnich Henryk Samsonowicz, wkrótce minister edukacji, mówił w wywiadze dla „Vacatu” /III ‘89/: „Mnie nie wierzą nawet moje własne dzieci, że ja naprawdę nie wiedziałem co dzieje się w więzieniach, o oskarżeniach, procesach, sposobach kolektywizacji, w której zresztą brałem udział... /.../ Historycznie interesujące może być, że dookoła mnie, na szczeblach znacznie wyższych, byli tacy towarzysze jak Jerzy Holzer, Bronisław Geremek, Krystyna Kerstenowa. Oni tworzyli zawsze bardzo silną grupę w egzekutywie.” [Wywiad ten jest ciekawy także dla psychologa, ukazuje bowiem niereformowalność tzw. partyjnych intelektualistów. Dla Samsonowicza, który zgłosił się do Partii jeszcze za życie Bieruta, to ten świetlany przywódca pozostaje odnośnikiem: „Wydaje mi się, że Gomułka dobrał ludzi, którzy utworzyli system paraliżujący wszystkie nasze działania. W czasach Bieruta, myślę, liczyły się pewne potencje intelektualne, a nie tylko spryt, hucpa i koterie.”]

Z perspektwy lat najbardziej znamiennne jest owe milczenie tych, którzy /tak powołanego/ Komitetu nie chcieli - ale nie zdecydowali się zabrać głosu. Ten bizantyjski obyczaj okaże się głównym wyznacznikiem politycznych obyczajów nowego państwa.

Warto zwrócić uwagę, że ta atmosfera „omerty” zrodziła się m.in. ze sprawy, która do dziś stanowi absolutne tabu: chodzi o pieniądze z zagranicy, jakimi dysponowali działacze podziemni, a które /mimo uporczywych apeli Jerzego Giedroyca/ nigdy nie zostały rozliczone. Dziś wiemy, że 90% z nich była kontrolowana przez SB, począwszy od Biura „Solidarności” w Brukseli, całkowicie spenetrowanego. „Tygodnik Mazowsze” przez pięć lat rozchodził się w porywach do stu tysięcy egzemplarzy, niemal jawnie kolportowany. Włos z głowy nikomu przy tym nie spadł. Gdy jednak we Wrocławiu drukarz Józef Białek odmówił wydawania lokalnej mutacji „Tygodnika” - przesiedział się parę tygodni, bo esbecy nie mogli na nim wymusić zgody na dalszy druk. /Jeden z moich znajomych kolporterów odmówił kiedyś jego rozpowszechniania ze względu na coraz wyraźniejszą lewicowość i ugodowość - trzy dni później zatrzymała go milicja i ciężko pobiła./

?ączy się z tym sprawa wydawnictw „konspiracyjnych” /mój cudzysłów, gdyż jestem pewien, że 90% ich adresów znane było SB/. Ogromna ilość zwyczajnych ludzi składała i zszywała za darmo periodyki i książki opozycyjne - po latach dopiero dowiadując się, że wielu z tych wydawców pobudowało sobie w tym czasie własne domy... Najdrastyczniejszy był tu przykład Grzegorza Boguty, który otrzymał nie wiadomo na jakiej zasadzie ogromne przedsiębiorstwo PWN /i w którym następnie, jak żalił się „Gazecie Wyborczej”, musiał drukować różne idiotyczne płody czyichś protegowanych, gdyż „od czasu do czasu dzwoni do mnie ktoś, komu nie mogę odmówić”/.

Zmieniony ( 13.06.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Top! Top!

Nasza strona korzysta z plikow cookies w celu gromadzenia anonimowych statystyk, jesli nie blokujesz tych plikow, to zgadzasz sie na ich uzycie oraz zapisanie w pamieci urzadzenia. Mozesz samodzielnie zarzadzac plikami cookies w ustawieniach przegladarki.