Nierówność. Równość byłaby największą niesprawiedliwością.

Feliks Koneczny, O ład w historii

Nierówność


Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak
dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi.

Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u
wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się
zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje.

Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy.
Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na
sprawiedliwym rozdziale nierówności.

Wielką nierówność wprowadziło odkrycie ognia i utrzymuje ją ciągle na znacznej
części powierzchni Ziemi. Dotychczas u niektórych plemion tylko starostowie rodowi
mają prawo posiadać ognisko; u wielu prymitywnych obowiązują rozmaite zastrzeżenia i
przywileje co do użycia ognia. Innym czynnikiem nierówności był stan liczby rodów, a
powodzenie zawisło przede wszystkim od stopnia rozrodzenia, od nierównej płodności i
różnej śmiertelności. Zasadnicze zaś nierówności powstały wszędzie ze starszeństwa lub
młodości linii po wspólnym przodku.
U niektórych ludów wytworzył się postulat równości majątkowej. Znać to dotychczas u Eskimosów, u Murzynów afrykańskich tudzież u wschodnich Turańców (niedawno jeszcze u Jakutów). Jednostce godzi się posiadać tylko tyle, ile „potrzebuje”, a nie wolno pracować ponad konieczną potrzebę. Wszędzie tam nawet najbogatszy jest ubogim, a żadna osada nie zdoła przetrzymać klęski ekonomicznej. Łatwo stwierdzić, że tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się gromadzeniu dostatków w jednym ręku, dotknął zastój.
Wolność produkcji i pełna własność owoców własnej pracy umożliwiają
indywidualne bogacenie się. Nie ma zaś i nie może być innej drogi do rozwoju, jak
naśladowanie jednostki wybitnej przez jednostki następne. A zatem nierówność stanowi
konieczny warunek postępu.
Następnie zróżnicowanie się społeczeństw wywołało nowe nierówności, lecz im
większe zróżnicowanie, tym lepiej dla rozwoju społeczeństw i państw. Postęp zmierza ku
rozmaitości, a wcale nie ku jednostajności.
Wszelkie próby wprowadzenia równości w którejkolwiek z cywilizacji
historycznych zawiodły; mogły cywilizacje nabrać mocy tylko przy nierówności.
Zwolennikom równości nie pozostaje nic innego, jak zaczynać historię powszechną od
samych siebie.
Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają
nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną.
Najgorliwszym nie wystarcza jednak równość majątkowa, lecz domagają się
powszechnej wspólności majątkowej.
Komunizm jest wnioskiem najprymitywniejszym, nasuwającym się metodzie
medytacyjnej. Zapanował w Chinach około r. 1065 przed Chrystusem i przez lat 18 świat
tam wypadał z zawiasów. W Helladzie pomysłom komunistycznym dawano cięte odprawy w
literaturze, układano parodie, ale w Pergamonie w II w. po Chrystusie tłum wziął parodię
na serio i próbował stosować do niej życie zbiorowe.

W Europie pojawia się praktyka komunizmu po raz pierwszy u Albigensów, w pierwszej połowie XIII w., powtórnie w spokojnym skrzydle taborytów husyckich w XV w. (Adamici). Po raz trzeci z początkiem dziejów protestantyzmu niemieckiego w wojnie chłopskiej i u anabaptystów w Turyngii (1524 r.), w dziesięć lat potem w Monasterze. Za każdym razem łączyła się z komunizmem konfiskata dóbr, zarazem wspólność kobiet.

Wznowił agitację komunistyczną Babeuf w
Paryżu w r. 1795, a uczniowie jego założyli w r. 1837 na nowo partię komunistyczną,
oświadczając się przeciw instytucji rodziny. Nie mieli powodzenia. Bezowocna była też
agitacja Roberta Owena, który już od r. 1812 żądał proletaryzowania wszystkich.
Komunistyczno-nihilistyczny kierunek pochodzi od Bakunina, wydał on epizod komuny
paryskiej w r. 1871.

Przeszedłszy następnie przez pewne odmiany, doszedł do szczytu w
bolszewizmie.
Przepastne zaiste przeciwieństwa w zapatrywaniach na majątek i pracę możliwe
są dlatego, ponieważ poglądy na genezę i przyczyny ubóstwi wywodzą się z dwóch
przeciwnych mniemań co do zmienności lub niezmienności dóbr ziemskich. Niektórzy
sądzą, że ilość ta jest stała, a dostateczna aż nadto do zaspokojenia potrzeb „ludzkości”.
Nie liczą się z faktem, że od prehistorii aż do naszych czasów, plemiona prymitywne giną
często z głodu. Przyroda w ogóle dostarcza niezmiernie mało środków żywności, lecz
tylko sposobności do wypracowania sobie pożytków. Głody usuwa się pracą i wysiłkiem
zabiegów, nauką i ulepszaniem komunikacji. Skoro zaś wystarczalność środków do życia
zależy od wysiłków człowieka, tym samym trzeba ilość dóbr uznać za zmienną. Ilość dóbr
jest niestała, a zależy od produkcji.
Popularnością cieszy się pogląd, jakoby przyczyną ubóstwa jednych była zamożność innych. Od św. Bazylego, w IV w. po Chrystusie, aż po dzień dzisiejszy pokutuje
to złudzenie, że „bogacze” mogliby usunąć ubóstwo, gdyby chcieli, podczas gdy indukcja
poucza, że gdyby nie było zamożniejszych, wszyscy byliby nędzarzami.
Mylność mniemania, jakoby podział dostatków pomiędzy ubogich mógł
zapobiegać ubóstwu, stwierdzona jest przykładem z Dziejów Apostolskich. Gminy
chrześcijańskie posiadały już wówczas swoje kasy zapomogowe, do których zamożniejsi
wnosili ofiary (niektórzy nawet oddając cały mają tek) na „wspólny pożytek” ubogich
według dyspozycji diakona. Jedynie gmina jerozolimska urządziła się komunistycznie, ale
też znajdowała się w ciągłych opałach pieniężnych, a św. Paweł kwestował na nie bez
ustanku w swych podróżach.
Komunizm „apostolski” mógł łatwo istnieć między dwunastu osobami, lecz trwał
niedługo, gdyż apostołowie rozjechali się na cztery strony świata. Powoływanie się na
Ojców Kościoła jest argumentacją niefortunną. Z ich pism da się przytoczyć wprawdzie to
i owo na pochwałę wspólnego posiadania, lecz dziesięć razy więcej cytat zebrano na
obronę własności indywidualnej. O św. zaś Bazylim, jako najstarszym, trzeba pamiętać, że
pracował w Azji Mniejszej, w najbogatszym ciągle jeszcze (w drugiej połowie IV w.) kraju
świata, lecz jeszcze jakże zacofanym! Około r. 370 własność ojca na dzieciach była
uznawana przez państwo tak dalece, iż za zaległe podatki urząd skarbowy konfiskował
ojcu dzieci i sprzedawał je na publicznym targu. Zresztą św. Bazyli żąda jałmużny
wyraźnie z tego, co zbywa, uznaje dziedziczenie i uważa średnią zamożność za stan
najlepszy.


Nie istniał zaś, ani nie istnieje nigdzie rzekomy komunizm łowiecki, ani też
„murzyński”. Cała historia powszechna i cała etnologia nie dostarczają przykładu
komunizmu w jakimkolwiek znaczniejszym zrzeszeniu. Komunizm rodzinny był i jest
bardzo względny, gdyż istnieje tylko z woli głowy rodziny, prawego i jedynego właściciela
całego mienia.
W ostatnich latach, przeżywszy renesans naiwności ekonomicznej Ojców Kościoła,
mnożą się programy polegające na tezie, że nie byłoby ubóstwa, gdyby nie było bogaczy.
Wysilają się na rozmaite koncepty, jakby przeszkodzić bogaceniu się. Uznają np. własność
osobistą (boć Stolica Apostolska uznała ją wyraźnie tyle razy), ale radzą ograniczyć jej
używalność przez właściciela do minimum tego, co mu „potrzeba” (zupełnie jak Murzyni),
a wszystko co posiada ponadto, ma być zabrane dla ubogich. Reformatorzy ci powinni się
nareszcie zdecydować, czego właściwie chcą, grubej jałmużny, czy grubego podatku na
ubogich? Jałmużna jest zawsze czymś dobrowolnym, a co do drugiej ewentualności, warto
przestudiować dzieje i urządzenia odpowiedniego podatku angielskiego. Jeżeli jednak ma
być zamożnemu odebrany cały dochód ponad niezbędne koszty utrzymania, któż zechce
gromadzić dostatki, skoro wie, że zostaną mu odebrane? Któż więc będzie następnie
udzielać jałmużny lub płacić wysokie podatki?
Kwestia zbożnego lub bezbożnego zarządzania własnym majątkiem jest ściśle
etyczna, lecz nie ekonomiczna. W starożytnej Helladzie tyle razy zabierano dobra
majętnym i nadawano je ubogim! I co z tego wynikło?


Historia dostarcza aż nadto przykładów pomyłek w miłości bliźniego. Taką
pomyłką były i są doktryny wszystkie, zwrócone przeciw dostatkom. Do tegoż szeregu
należą wymysły o zniesieniu procentów, o stanowieniu z urzędu iustum pretium. O
„taksach maksymalnych” na towary (od Dioklecjana po dzień dzisiejszy), merkantylizm,
fizjokratyzm, a w końcu socjalizm, z którego najkonsekwentniej wynika komunizm.
Zalecają przemianę wstecz społeczeństwa na społeczność jednoklasową i całkowite
sproletaryzowanie społeczności. Można być zdania wręcz przeciwnego, że w
społeczeństwie zdrowym proletariatu być nie powinno, że tedy należy dążyć do tego, by
jak najwięcej bliźnich wyrwać z proletariackiej grzędzieli. Na razie zastrzega socjalizm dla
proletariatu stanowisko uprzywilejowane, lecz można być tego zdania, że żadna warstwa
społeczna nie powinna być uprzywilejowana przed innymi.
Socjalizm głosi, jakoby był przeciwnikiem kapitalizmu. Ale nigdy go tępić nie
zamierzał, tylko prywatny zamienia na państwowy. Socjalizm opiera się na kapitalizmie
bardziej niż jakiekolwiek inne doktryny, lecz państwowym. Kapitalizm państwowy nie
przestaje jednak być kapitalizmem.
„Przeobrażenie państwa w proste zarządzanie produkcją” wpisane jest już na
postulaty „manifestu komunistycznego” w r. 1848. Socjalizm wydrwiwany jest tam przez
Marksa i Engelsa jako jakieś nijactwo, dobre na razie o tyle, że rewolucyjne; lecz celem
tylko komunizm. Spełniają się kolejno postulaty marksizmu. Czekamy już tylko na
zniesienie prawa dziedziczenia, w owym manifeście również zapowiedziane. Komunizm
przybrał zaś formę spółki, do której nie trzeba robić żadnych wkładów, a można z niej
wszystko czerpać.
Wszelkie dążenie do równości jako przeciwne naturze rzeczy, wiedzie do wyników
ujemnych. Hasło równości podobne jest do roli ciepła w świecie materii. Gdyby wszyscy
stali się naprawdę równymi, ustałby wszelki ruch umysłowy i gospodarczy, nastałby
koniec człowieczeństwa w danym zrzeszeniu: martwota całkowita.
O ile chodzi o równość majątkową, my chrześcijanie niepotrzebnie się sprzeczamy
o sprawy, określone przed wiekami przez samego Zbawiciela.
Słynny werset z Ewangelii św. Mateusza (VI 26-34), zakończony słowy: „Nie
troszczcie się więc o jutro”, pragnie tylko i poleca żeby nie oddawać się wyłącznie
gromadzeniu dostatków, a dbać bardziej o łaskę i pomoc Bożą przy pracach doczesnych!
Gdy pięć tysięcy słuchaczy słowa Bożego poczęło odczuwać głód, nie sprawia Pan cudu,
by głód przestał się odzywać, lecz rozmnaża cudownie żywność i nakarmia ich. Gdy zaś
Judasz gorszy się, że Maria z Betanii wydała trzysta denarów, by Zbawiciela namaścić
wonnościami, padły z ust Boskich wyrazy, które wszyscy umiemy na pamięć: „Ubogich
zawsze macie wśród siebie (z sobą), mnie zaś nie zawsze macie”.
Zwraca się tu Chrystus Pan najwidoczniej do osób, których znaczna większość nie
jest uboga. Ubogim jest ten, kto potrzebuje jałmużny. Niema zaś jałmużny bez zamożności
z drugiej strony, a zatem zamożność jest potrzebna. Zbawienie nie może być bliższym
tych, którzy potrzebują wsparcia, boć w takim razie obowiązkiem naszym byłoby dążyć
do powszechnego, jak największego zubożenia. Nie można zaś określać ubóstwa w taki
sposób, jako ubogim jest każdy, kto zarobkuje własną pracą. Niektórzy dodają jeszcze:
„pracą rąk własnych”. W takim razie wirtuoz jest uboższy od ulicznego przekupnia
zapałek, który „rękoma własnymi” nie robi nic. Wiadomo zaś, jak pracowitymi są
miliarderzy amerykańscy.
Użycie przysłowia o wielbłądzie i uchu igielnym świadczy, że bogacz żyjący
zbożnie ma zasługę większą niż ubogi. Bogacz powinien być „ubogim duchem”, umieć
odczuwać ubogiego.
Nawet najbogatszy winien posiadać wartości osobiste, które nadawałyby mu
wartość w razie straty majątku. Zbieraliśmy co do tego dużo doświadczenia z dwóch
wojen powszechnych; czy przyznać wyższość moralną zubożałym „bogaczom”, czy
ubogim wzbogaconym?
W całej Ewangelii nie ma nigdzie błogosławieństwa ubóstwu, jako antytezy zamożności; błogosławieni są tylko ubodzy w duchu. Ten obowiązek ciąży również na ubogich. Ubogi szemrający całe życie i myślący wciąż o tym, jakby przymusowo zubożyć
majętnych – nie jest oczywiście ubogim w duchu.


Zamożność nie jest moralnie niższa od ubóstwa.