JERUZALEM. Godzina trzecia, ta sama, o której Chrystus Pan wyzio­nął ducha, 15 lipca 1099 roku...
Wpisał: Zofia Kossak   
21.06.2013.

JERUZALEM. Godzina trzecia, ta sama, o której Chrystus Pan wyzio­nął ducha, 15 lipca 1099 roku...

 

 

 

Zofia Kossak KRZYŻOWCY tom 2, str. 290 inn., wyd. PAX 1983

 

 

Tej nocy nikt oka nie zmrużył. Wszyscy czekają świtu w pogotowiu. Bezszelestnie, nadludzkim wysiłkiem przeciągnięto beluardy tuż pod same mury. Rowu już nie ma. Jest zasypany po brzegi. Krzyżowcy nie mieli czasu tego robić, pochłonięci budowaniem wież, lecz Rajmund St. Gilles ogło­sił, że zapłaci grosz za każde wrzucone do rowu trzy kamienie. Kto by uwierzył? W wyludnionej na pozór okolicy gdzie nie zdybałeś żywego czło­wieka, na tę wieść znalazło się mnóstwo kobiet, dzieci, mężczyzn, dla których obietnica pana Tuluzy była nęcącym bogactwem. Żyjący w nędzy, a z natu­ry chciwi, uwijali się dzień i noc. Muzułmanie szyli do nich z łuków, ubili przynajmniej połowę, lecz reszta się tym nie zrażała. Rajmund wypłacał uczciwie gotówką obiecane pieniądze i szkatuła jego opróżniała się tak szybko, jak zapełniał rów. Ale grabia nie troszczył się nigdy zbytnio o boga­ctwo. Jerozolima musi być zdobyta!

Poganie również nie tracili darmo czasu. Na wierzchu murów wznoszą się szańce z worków wypchanych wełną lub ziemią, mające chronić mury przed miotaniem głazów. Z murów, na grubych łańcuchach, zwieszają się poziomo wielkie ciężkie belki, bujające się swobodnie. Te będą osłabiać uderzenie taranu. Można je dowolnie opuszczać lub podnosić, zależnie od tego, w które miejsce pocznie godzić nieprzyjaciel. Za osłoną z wypcha­nych wełną worków przygotowano zapasy kamieni, smoły, pakuł, garnków glinianych z palącą cieczą greckiego ognia, włóczni i strzał. Oblegający niełatwe będą mieli zadanie.

Nie trwożą się tym. Co ino przystąpili wszyscy do Stołu Pańskiego. Czu­ją się skrzepieni i ufni jak kiedyś, gdy mieli rozbić i przegnać Kerbogę. Są całkowicie w ręku Pana, i co uczyni z nimi, będzie dobrym. Przed natarciem jeszcze obejdą mury procesją. Przed procesją jednają się ci, którzy byli ze sobą powaśnieni.

Rajmund SL Gilles pierwszy wyciąga rękę do Tankreda.

- Darujcie, żem was kiedyś nazwał szczeniakiem. Jesteście prawym rycerzem, chciałbym mieć syna jak wy.

Tankred wyciąga wzajemnie prawicę kłoniąc się z godnością. Czoło pochodu już rusza. Arnuld de Rohes niesie relikwie świętych patronów francuskich w złotym relikwiarzu. Przed nim Piotr Eremita dźwiga krzyż. Za Arnuldem baronowie oraz ich niewiasty. Swenon w zbroi, w przyłbicy spuszczonej na twarz. Florina w stroju giermka przy nim, tak jak obiecał. Czują wzajemnie bicie swoich serc. Ona trzyma go za ramię z czułości, i z obawy, by' się nie potknął. Jest bardzo słaby istotnie. Śpiewają oboje z innymi:

 

. ..Ocuć się, ocuć, powstań z poniżenia. Jeruzalem!...

Jako ziemia stał się grzbiet twój i jako ulica dla przechodniów...

Ocuć się. ocuć. przyoblecz w moc twoją. Syjonie!...

 

Idzie wszystko rycerstwo i giermki. De la Tour z nieodstępną lwicą przy nodze. Jastrzębiec, Imbram i Jasiek Zawora, jedyni, co się z drużyny polskiej ostali. Andrzej i Bela de Kolosvar, jedyni, co się zostali z węgierskiej. Pa­nowie bracia Salviac de Viel, tak podobni, że nie rozróżni ich rodzona matka, Rajnold de Chartres, Gaston de Beziers, Eberard du Puiset. Nigdy nie pocieszony de Hainaux. Mężny Konon de Montaigu. Walter Bez Mie­nia. Śpiewają śpiewem podobnym do grzmotu:

 

...Ocuć się. ocuć, powstań. Syjonie!

Oblecz się w szaty wspaniałości, Jeruzalem, grodzie święty,

Otrząśnij się z pyłu. powstań. Jeruzalem!

Rozbij pęta szyi twojej branko. córo Syjonu!

 

Idą śpiewając piraci, woje, piesi, tarczownicy, oszczepnicy, łucznicy, serviensy, ciury, aż do najlichszej hołoty zrównanej dzisiaj z wszystkimi. Głos proroka Izajasza niesie się ponad skałami:

 

...Wybuchnijcie. zaśpiewajcie. ruiny Jeruzalem!

Bo pociesza Wiekuisty naród swój...

Odsłania Wiekuisty swe święte ramię przed oczyma wszystkich ludów.

Aż ujrzą. że jest największy! I nie masz odeń większego!

Powraca Bóg do Syjonu !... Podnieście, bramy, głowy swe!

Podnieście się, bramy odwieczne, aż wnijdzie Król Chwały...!

 

Zebrani tłumnie na murach muzułmanie przedrzeźniają procesję i śpiew. Biegną równolegle do idących niosąc krzyż zrabowany w którymś z koś­ciołów i obraz Najświętszej Panny. Krzyż dźwigają bluźnierczo głową do dołu, smagają prętami, lżą. Na ciemne. słodkie lico Matki Bożej rzucają kałem, oblewają obie świętości nieczystościami. Skrzeczą przeraźliwie jak małpy. W krzyżowcach serce zamiera z grozy, oburzenia, gniewu. Śmierć tym przeklętnikom, śmierć! Rzucić się na nich natychmiast!

Wydzierżą jednak. Wprzód trzeba skończyć procesję. Okrążyć mury, jak niegdyś Jozue okrążył Jerycho. Zamknąć je magicznym kręgiem unie­sienia, zapału, modlitwy. Dopieroż wtedy uderzyć...       .

Na wielkiej czteropiętrowej wieży, błyszczącej złocistym krzyżem, sto­ją: Godfryd z bratem swoim Eustachym, de Montaigu, stary pirat Guyne­mer, Rajnold de Chartres i Robert flandryjski. O piętro niżej Swenon i Flo­rina, woje lotaryńscy, duńscy, Robert normandzki, Szczepan de Blois. Trzeszcząc, skrzypiąc, podskakując, olbrzymia budowla pełznie tuż ku murom. Okuty żelazem taran podnosi się, opada grzmocąc w mur, aż zie­mia jęczy. Wielkie katapulty na obu górnych piętrach umieszczone rzucają odłamy skalne i głazy. Za radą Guynemera po dwu wojów, rozbujawszy, miota ciężkie belki, które padając na mury ścinają z nóg obrońców. Walka trwa zaciekła. Z grodu lecą na wieżę zapalone kwacze smolne, grad pocis­ków, ogień grecki. Wyjąc jak szatani muzułmanie żelaznymi drągami odpychają beluardę i nie pozwalają przysunąć jej bliżej. Równocześnie inni prażą Latyńców, czym mogą. Piekielny zgiełk rozdziera uszy. Pomimo okrycia ze skór, wieża poczyna się palić z dwu stron. Nie mający wody ry­cerze gaszą ogień własnymi dłońmi, płaszczami. Chwytają drągi, trzymane przez Saracenów, by się za ich pomocą przyciągnąć. Z obu stron kamienie, oszczepy i włócznie lecą gęsto jak grad.

- Skorzej! Skorzej! - krzyczy Guynemer w dół do ludzi, którzy za pomocą dźwigni poruszają ciężkie koła. Tam do licha! Znów ogień, przepojone wielokrotnie smołą drzewo galery zajmuje się łatwo. Muzułmanie wrzeszczą z radości. Maleńki zapas wody, przywiezionej wczoraj z Jorda­nu, przeznaczonej do picia dla obrońców wieży, trzeba zużyć na gaszenie ognia. Trudno. Ludzie obejdą się bez wody, a wieża spłonąć nie może.

 

Rajmund St. Gilles naciera wściekle od przeciwnej strony grodu. Za nim de la Tour, bracia Salviac de Viel, Jastrzębiec, Imbram, de Foix, Węgrzy, Walter Bez Mienia. Lwica ryczy. Kamienie gruchoczą. Ogień leci z obu stron. Belki kręcą się bucząc w powietrzu. Krew bluzga. Słowa modlitwy ścierają się z przekleństwami. Włócznie świszczą. Kola skrzypią. Liny ka­tapult jęczą. Muzułmanie gorączkowo podnoszą mury za pomocą kamieni, worków, belek, by zagórować nad oblegającymi i nacierać na nich z wysoka. Utrudnić im rzucenie mostu! Ruchoma wieża, kołysząc się, pełznie naten­czas parę kroków dalej. Tam już podnoszą podobnie.

Więc bez wahania Rajmund każe rozbierać mniejszą pomocniczą wieżę. Belki dawać tu na wierzch. Prędzej! Prędzej! Na ciało świętego Idziego! Prędzej! Dobudować jedno piętro! Nic, że się chwieje, trzeszczy, zaraz runie. Grabia St. Gilles pierwszy śmiało wskakuje na szczyt. Jest wyżej niż mury. Dawajcie mi tu kamienie! Pochodnie! Ogień! Podają. Chwiejąc się na kołyszących, ledwo zbitych deskach, grabia miota je, gdzie gęstsza ciżba obrońców.

 Wściekli, celują w niego ognistymi pociskami. Rzucają jak w lwa oszczepem. Inni pień, oblany smołą i cieczą greckiego ognia, podpalają w powietrzu, pło­nący spuszczają na wieżę. Lecz baczni rycerze przychwytują go drągami, nieludzkim wysiłkiem odrzucają w górę. Spada na mury. Nim go znów po­gany strącą, zajmują się worki z wełną. Smuga ognia drży na wietrze. Południe już przeminęło, wieczór niedaleko, a walka wciąż nie ustaje.

         W ogłuszającym hałasie, zamęcie piekielnym, zawierusze dnia Sądu Osta­tecznego, wśród zwałów trupów, gromadzących się wzdłuż murów, jakim sposobem są jeszcze, którzy żyją? Zda się, iż wszyscy powinni już polec.

 

Kiedyś, kiedyś, po wielu wiekach praprawnuki ich będą przeżywać podobną grozę pod huraganowym ostrzałem ognia artyleryjskiego na polach Euro­py środkowej. Będą się podobnie dziwić, że ktokolwiek jeszcze żyje. Jeno ci ginący pod Jerozolimą krzyżowcy od pierwszego do ostatniego wiedzą, o co walczą, i stoją tu z dobrawoli. Każdego zapala ta sama namiętność, furia, pragnienie zwycięstwa.

 

I tak mija dzień. Żarny, rozpalony dzień. Noc zapada nic przynosząc żadnej zmiany. Nikt nie schodzi ze stanowiska. Nikt nie myśli o odpoczyn­ku, o śnie. Nie czują, jak są straszliwie zmęczeni. Stoją na wieżach czujni niby żurawie. Nie śpią również w grodzie obrońcy. Usiłują podnieść i na­prawić mury tam, gdzie krzyżowcom udało się zrobić wyłom. Po murach chodzą wiedźmy arabskie i sprawują czary. Palą zieje Baaras, odejmujące moc wrogom, i mruczą tajne zaklęcia. Noc jest bezmiesięczna, ale tym gwiaździstsza. Gwiazdy blade trzęsą się niby w gorączce. Cała przyroda nie śpi, czuwa, oczekuje. Dziwna noc. Jeszcze dziwniejsza od owej w Emmaus, gdy czerń nieznana pożerała księżyc. Jak błędne ogniki błyskają iskry niecone przez wiedźmy. Rycerzom włosy stają na głowie. Śpiewają z cicha godzinki, by mary i złe odgonić. Z otuchą czują, że na wieżach przybywa im towarzyszy, aż na wszystkich piętrach zaczyna być tłoczno. Stoją ramię przy ramieniu. Rajmund St. Gilles, czuwający w nietrwałej równowadze na dobudówce wieży, odwraca się i widzi, że koło niego stoi kilku ludzi.

- Nie pchajcie się - powiada szeptem - bo to ledwo się trzyma i ru­nie...

- My nie zaważymy - odpowiada z uśmiechem najbliższy. Rajmund nie wie, kto mówił. Po głosie myślałby, że Ademar de Monteil, gdyby nie to, że Ademar dawno już nie żyje... To znów zda mu się słyszeć głos ryce­rza d'Armaillac. Nie on jeden ma podobne zwidzenie. O rycerza de la Tour otarł się St. Pierre de Luz. Imbram gotów przysięgać, że przed chwilą wi­dział przy sobie poważne lico Głowacza, jego duży, uparty łeb pełen roz­wagi, że mignął przy nim Tarchała. Przed braćmi Salviac de Viel stał Raul de Beaugency. Tłoczyli się zewsząd. Gdziekolwiek popatrzyłeś, widniały ścieśnione szeregi. liczne jak pod Clermont, gdy nieskończone tłumy brały krzyż. Powietrze stało się duszne, zgęszczone od napływu rojowiska dusz. A jeszcze dziwniejszym było to, że obecność dawno zmarłych nikogo nie przerażała. że zdała się rzeczą samą przez się zrozumiałą, naturalną i ko­nieczną. Chory Paweł Engelram oparł się z ufnością na ramieniu starego Anzelma de Ribeaumont. Żywi nie dziwili się zmarłym, zmarli nie różnili się niczym od żywych. Oba światy stały jakby poza światem, w tajemniczej dziedzinie, znajdującej się poza życiem i śmiercią.

Zaledwie dzień błysnął, bój zawrzał na nowo. Z wizgiem leciały z obu stron kamienie, belki, szmaty płonące, kwacze, zapalone pochodnie, oszcze­py, strzały. ukrop i smoła. Położenie oblężonych nie zmieniło się od wczoraj. Położenie oblegających pogorszyło się znacznie, bo jest ich coraz mniej. Natłok gości nocnych znikł ze światłem dnia. Na wieżach coraz to puściej. Coraz gęściejszym wałem martwi Latyńcy leżą pod murami. Coraz trudniej uchronić wieże od ognia. Wyschnięte drzewo zapala się niby słoma. Mimo wszelkie wysiłki raz po raz wybucha pożar. Tlą się dolne piętra. Niewiasty, ciury gaszą je. jak mogą, lecz beznadziejna to praca. Stojący na szczycie rycerze mają przed sobą już niewiele chwil. Jeżeli teraz nie zarzucą mostu, ogień, co w krótkim czasie ogarnie słupy, pochłonie ich wraz z nimi.

Paweł Salviac de Viel pada ugodzony w skroń kamieniem. Brat jego Szczepan patrzy na leżącego oszołomiony, jakby sam otrzymał cios. Nie czuje smutku. tylko niemożność dalszego istnienia. Wydaje mu się, że po­siadał dwie prawice. by podnieść do góry miecz, a oto jedna odpadła. Miał dwa serca, oba równie do życia niezbędne, i jedno bić przestało. Miał dwie głowy, którymi czuł, myślał, żył, a oto jedną utracił. Chwieje się. słania bezradnie.

- Bracie Pawle. bracie bliźni. jakoż mamy żyć bez siebie?..

         Blady z umęczenia Szczepan de Blois walczy wytrwale, choć bez przeko­nania. Przecież widać od razu, że to się na nic nie zdało. Nie zdobędą grodu. Wykluczone. Za mało ich. Topnieją jak śnieg. Gdyby ich było tyle co pod Niceą, a, wtedy sprawa wyglądałaby inaczej... Ale tak?! Wieże już płoną. Wyglądamy na nich jak szaleńcy - myśli. - Ci tam na wierzchu nie czują przynajmniej, że giną. Zapamiętali się... Ja nie zdolę... Chciałbym mieć ich zapał... Przeklęty rozum !... Po co giniemy tu wszyscy?.. Przecież nic z tego nie...

         Urywa wpół słowa, śmiertelnie przygnieciony belką. Ostatkiem sił woła w górę do Roberta:

         - Pamiętaj. coś mi obiecał, pamiętaj !..

         Ten sam kamień. który zabił starego rozbójnika Guynemera, uderza w głowę stojącego o piętro niżej Swenona. Królewicz pada bez słowa. Nie zatrzymają go ramiona Floriny. Stacza się bezwładnie na dół między rusz­towania już ogarnięte płomieniem. Spłonie po śmierci na stosie, jak pło­nęły jego dziady. Fłorina patrzy za nim okiem bez łez. Stało się. Swenon nie żyje. Nie ma już o co Boga prosić. Zostaje tylko zwyciężyć i zginąć.

Dym dusi oddech. Z góry żarem pali słońce. z dołu ogień. Nie widać stąd ciała Swenona. Na górnym pomoście Godfryd cudem dotąd żywy, z bratem swym Eustachym i Robertem flandryjskim usiłują daremnie za­rzucić most, ciągle odpychany. Przy nich trzech czy czterech rycerzy zaled­wie...

Zręcznym ruchem Florina wspina się do góry. Hełm zbyt duży spadł jej z głowy, spłynęła długa dziewczyńska kosa. Jasna. złota. Lecz nikt nie zwra­ca na to uwagi. Nikt się nie dziwi. Przybył ktoś ku pomocy, to dobrze. Zbyt ich mało. mało!

- Burgundia! - woła dźwięcznie, donośnie Flonna - Burgundia! ­Oto jest. obok Lotaryngii. Flandrii... Oto jest krew nieobecnego Filipa.

         Walczy na szczycie płonącej wieży. gdzie najprzedniejsi rycerze...

...I w tejże chwili ugodzona strzałą upada na dół na płonące ciało męża. Eustachy wychyla się za nią strwożony. - Spali się! - woła z przera­żeniem. Jest taki młody, przyjechał tak niedawno. że wszystko wkoło wy­daje mu się okropnym. niewiarogodnym snem.

- My się także spalimy za chwilę - pociesza go krótko Robert.

 

         I walczą dalej. Z uporem niepokonanym piorą w pogan, czym mogą, podnoszą i spuszczają most. Sto rąk go odpycha. odrzuca. A ich jest tak mało... Z dołu nowi dojść nie mogą, bo ogień nie puszcza. Mimo największe wysiłki gaszących, mimo chlustania wodą, czerpaną z zatrutych studni, płomienie sięgają coraz śmielej, parzą stopy. liżą słupy. Tylko patrzeć, jak cała wieża zawali się z trzaskiem, tryśnie snopem iskier w górę.

Lecz jak gdyby płonące rusztowanie było okrętem na morskiej otchłani, nikomu z walczących rycerzy nie przychodzi na myśl zeskoczyć na ziemię. Od tego szturmu nie cofną się. Wejdą na mury lub zginą.

 

- Bóg tak chce! - woła Godfryd, okrzykiem tym przyzwalając niejako na zgon swój i towarzyszy. Bóg żąda, by tutaj polegli. - Amen. niech tak         będzie.. .

         ...Bóg tak chce!...

         ...Bóg tak chce!... - odpowiada przeciągły okrzyk tysiącznym echem odbity o wzgórza. Okrzyk tak gromki, że Godfryd zdziwiony obraca się i widzi... widzi własnymi oczami... stojący obok niego towarzysze widzą również...

 

...Ze szczytu góry Oliwnej zjeżdża pędem masa wojska. Swoi! Latyńcy! Nie widać końca szeregów! Już spłynęli w Jozafatową dolinę, już przechodzą

potok Cedron... Krzyże nad nimi, znaki, proporce nad nimi... Iskrzące zbroje, niby błyskawica miecze... Na przodzie wysoki mąż na siwym ko­niu... Miecz w jednej ręce, krzyż w drugiej... Postawa zda się znajoma... Nie boiż się puścić wodzów, lecąc z góry po kamieniach? Cóż za koń, że nie upadnie?! Nie pada jednak... Są coraz to bliżej... Od ich pędu idzie wiatr. Od pędu oddechów, znaków, proporców wiejących dym i ogień kłonią się, kładą na mury... Wicher porywa się z nagła, lecz zamiast podsy­cać pożar, przerzuca go na pogan. Palą się wory z wełną. Pali się przygoto­wana na krzyżowców smoła. Muzułmanie z krzykiem cofają się przed pło­mieniami.

Nie dbając o to, kto idzie z pomocą, skąd się nieoczekiwane posiłki znalazły, Godfryd rzuca wreszcie most. Skacze nań pierwszy, za nim Eusta­chy, Robert, Montaigu, Letold, Engelbert... Za nim inni, którzy jeszcze żywi. Już są na murach. Już ich poganie nie wyprą. Nie dbają, że w tejże chwili beluarda zapada się z sykiem, zamienia w stos gorejący. Oni są w mieś­cie. Wróciły im siły. Tną, jak gdyby dopiero rozpoczęli walkę. Muzułma­nie cofają się. I oni ujrzeli nowe szeregi Franków, schodzące ze wzgórza. Duch w nich na ten widok osłabł. Pozwalają Godfrydowi przerąbywać się ku bramie.

Już przez wywalone wrota wdzierają się ze swoimi Tankred i Robert  normandzki. Rąbią bez tchu, bez opamiętania. Po przeciwnej stronie grodu Rajmund słyszy tumult. Frankowie już są w mieście. Wstępuje weń nowa siła. Ponad przepaścią skacze z płonącej wieży na mury, spada pomiędzy pogan. Luz czyni mieczem. Za nim przeskakują inni.

Godzina jest trzecia po południu, ta sama, o której Chrystus Pan wyzio­nął ducha, dnia piętnastego lipca 1099 roku...