Antiochia II, 1098. KERBOGA, elefanty a włócznia św. Maurycego
Wpisał: Zofia Kossak   
17.06.2013.

Antiochia II, 1098. KERBOGA, elefanty a włócznia św. Maurycego

 

 

[Zofia Kossak KRZYŻOWCY tom 2, str. 195, wyd. PAX 1983 ]

 

 

Gdy aga-szejk wpadł do sypialnej komnaty z krzykiem: - Hanum Ba­raba! O, panie! Hanum Baraba! - Kerboga, syn Nadżasa, był przekonany, że śni. Potem pomyślał, że matka umarła i zdjął go żal a zarazem złość nu szejka, który go ze snu obudził. Jeśli czcigodna Hanum nie żyje, wszyst­ko jedno, czy zbolały syn dowie się o tym chwilę wcześniej, czy chwilę później. .

         - Na Allacha miłościwego i łaskawego - rzekł - dlaczego budzisz mnie i wrzeszczysz?

         - Hanum Baraba! - powtarza szejk padając na twarz - Już jest tu! Hanum Baraba!

- Jak to, tu?! - emir porwał się z łoża na nogi.

- Już lektykę wnieśli do obozu... Oto jest...

         Niepewny, zali w dalszym ciągu nie śpi i śni, emir wybiegł z namiotu.

Zaszło coś niepojętego! Matka opuściła Chorassan po raz pierwszy od dwu­dziestu paru lat! Sędziwa Hanum przebyła niepojęcie daleką drogę aż tu! Co się stało? Może kalif pogniewał się na nią za jaką nieżyczliwą przepo­wiednię? Nim sobie uprzytomnił wszystkie możliwości, orszak nadszedł. Zdyszani, okryci potem i pyłem niewolnicy nieśli lekką podróżną lektykę. Kilkudziesięciu konnych i pieszych otaczało ją. Z tyłu nadążali wielbłądni­cy. Hanum Baraba nie znosiła kołysania wielbłądów i całą drogę odbyła niesiona na ramionach ludzi, którzy zmieniali się trzy razy dziennie.

Gdy lektykę ustawiono na ziemi, wysiadła spowita w czarne chusty. Twarz miała szczelnie osłoniętą. Złota sprzączka pośrodku czoła łączyła chustę okrywającą głowę z drugą, zasłaniającą lice. Z wąskiej szpary wyzie­rały ciemne, niespokojne oczy.

- Matko - rzekł emir - la ilah el Allah, Mohammed rasul Allah!

         Okrzyk ten wyrażał zarówno pobożność, jak najgłębsze zadziwienie.

Niewiasta skłoniła się nisko, składając ręce na piersiach. Choć słynęła jako wróżka ożywiona duchem Bożym, nie przestawała być kobietą i jako takiej nie wolno jej było wymieniać imienia Proroka ani Allacha.

         Weszła za synem do sali i usiadła na niskiej sofie ruchem wielkiego zmę­czenia.

- Co cię sprowadziło, matko? - pytał emir z niepokojem. - Jeżeli zasłużyłaś na gniew Ojca Wiernych, to lepiej było uchodzić gdzie indziej. Niełaska jego dosięgnie przez ciebie i mnie...

         Zaprzeczyła żywo ręką.

- Każ mi dać wody, synu, i słuchaj. Objawione mi zostały wielkie rzeczy. Tak ważne i srogie, że nie uwierzysz pismu, przybyłam sama do ciebie... A to ci mam rzec: odstąp tego oblężenia jak najprędzej.

Kerboga spojrzał na nią z osłupieniem.

- Co mówisz, matko?

- Odstąp oblężenia! - powtórzyła mocno. - Cofnij wojsko na południe! Dziś jeszcze! Dziś jeszcze!

- Na Allacha, to niemożliwe! I dlaczego miałbym się cofać?

         - Nie wiem dlaczego, ale widzę zgubę twoją i wszystkich, co są z tobą,

jeśli tego nie uczynisz... Po to przybyłam... O, synu! Jeżeli ja stara, chora kazałam się nieść aż tutaj, z niepokojem nasłuchując, zali jeszcze zdążę, czyż to ci nie wystarcza?

Syn roześmiał się z przymusem.

- Na święte sandały Proroka! Zastanów się, matko, czego wyma­gasz?! Ja miałbym poniechać Franków, nieczystych giaurów, którzy już są w mojej mocy? Jeszcze tydzień, a w grodzie nie będzie nikogo prócz trupów! Zresztą to święta wojna! Rozumiesz, święta wojna! Ściągnąłbym na siebie pogardę wiernych i gniew Proroka... Prorok mówi, że jeden postój na wojnie świętej milszy mu niż siedemdziesiąt lat modlitwy w klasztorze...

- Synu Nadżasa, choć jestem tylko kobietą, wiem, iż napisane jest w najświętszej księdze (zarówno jak imion Allacha i Proroka, tak i nazwy Koranu nie wolno jej było wymieniać), że chwytać trzeba czas, bo czas stoi na czatach, by ciebie pochwycić... Chwytać chwilę, póki nie będzie za późno. Ostrzegam cię! Nosiłam cię w żywocie... Wyhodowałam na wiel­kiego, silnego męża, przed którym drżą nieprzyjaciele i bledną niewierni. Nie chcę cię przeżyć. Nie chcę, by oczy moje widziały twą zgubę. Znasz mnie, synu. Zalibym przychodziła na próżno? Powtarzam, odstąp od oblę­żenia natychmiast...

 

Kerboga, syn Nadżasa, biegał z kąta w kąt sali.

- Ależ, niewiasto - wołał- to niemożliwe! Powiedz mi przynajmniej, dlaczego?! Co grozi?!

- Nie wiem - odparła. - Nie wiem. Widziałam buchający z tego grodu kłąb jakoby dymu. Dym zmieniał się w drzewo, a drzewo rosło aż do nie­ba, a wyrosło na nim więcej niźli sto gałęzi. I drzewo rozłożyło gałęzie i opadło liśćmi na ciebie i twoich wojów... Widziałam białe turbany pokry­wające grunt jak śnieg na górach... Poznałam drzewo, którego listowie spa­dło i pokryło turbany. Było to drzewo zniszczenia Zakkum, od którego płoną wnętrzności. Zdjął mnie lęk. Poczęłam szukać oczami ciebie, synu Nadżasa i mój. I zobaczyłam cię pohańbionego i lęk mój wzrósł tak, że kazałam się nieść co prędzej. Połowa moich niewolników padła w drodze. Wzięłam innych. Zdążałam bez wytchnienia. Taka jest prawda, synu Na­dżasa i mój.

 

Umilkła i spuściła głowę, jak gdyby na znak, że nie będzie mówić więcej. Kerboga patrzył na nią z rozpaczą. Matka nie była zwykłą niewiastą, której gadaniny nie przystoi słuchać mężowi lecz Hanun Barabą, Ba­rabą! Sam kalif, Ojciec Wiernych, Chwała Proroka, liczy się z każdym jej słowem! Nie zdarzyło się nigdy, by ktokolwiek nie posłuchał jej rady. Nie zdarzyło się również, by jej słowa, tyczące przyszłości, zawiodły. A on przecież posłuchać jej nie mógł!

Ogarnął go równocześnie zabobonny lęk przed nieznaną grozą, którą wróżyła, a zarazem bunt człowieka zdrowego, wodza, któremu każą wykonał: nierozumne i haniebne posunięcie. Starał się wyobrazić sobie siebie, dającego rozkaz cofnięcia wojsk. Zdumienie emirów, drwiący uśmiech Ahmeda ibn Meruana, oburzenie Kilidż-Arsla­na... Co im powie? Czym rozkaz uzasadni? A Latyńcy? Znów się wzmocnią, odżyją, odkarmią... Miasto skończyć z nimi, zdławić nareszcie plugastwo urągające Prorokowi na jego własnej ziemi - odstępować oblężenia?!

...Gdyby który z moich szejków tak postąpił, kazałbym go natychmiast

ściąć - myślał - przy tym co za niebezpieczeństwo ma grozić? Skąd? Przecież nie ze strony tych zdechlaków konających z głodu?! Był tu ów rycerz, co przyjął wiarę prawdziwą... Widzieliśmy po nim, w jakim stanie są Latyńcy...

- Skąd nadejdzie zło, matko? - zapytał szorstko.

- Nie wiem - powtórzyła głuchym i zobojętniałym głosem. Siedziała

nieruchomo, zmalała dziwnie pod swymi czarnymi zasłonami. Ogarnęło ją poczucie zniechęcenia, bezsilności. Kochała tego wielkiego syna, jedy­naka, co chodził niecierpliwie po komnacie targając długie wąsy, kochała go tak jak niegdyś, gdy był maleńki, a ona strzegła go przed zawistnymi dżinami. Kazała się tu nieść przerażona widzeniem, porwana chęcią rato­wania go, a oto czuła, że cały trud jej na nic... Niepotrzebnie tak śpieszyła, niepotrzebnie przyszła... Nic nie odmieni doli. Po co ostrzegała, skoro on i tak nie posłucha.

- Nie mogę odstąpić, zrozum, niewiasto - mówił z rozdrażnieniem. ­Sam Ojciec Wiernych dał mi to zadanie... Inni zazdroszczą. Nie mogę ura­dować ich, okazując się niegodnym... Gdybyś mi choć powiedziała, z której strony nadejdzie ta groza, jak jej się strzec? .

Nie odpowiadała nic. Niewolnik przyniósł na tacy wody różanej. Wypiła.

- Każ mi dać innych ludzi, którzy mnie odniosą do Aleppo – rzekła nagle. - Moi są nadto zmęczeni. Dojdą później. Także wielbłądników i konnych...

- Jak to?! Teraz? Zaraz? '- zapytał przerażony.

- Zaraz, teraz - potwierdziła. - Do Aleppo... Tam będę czekać na to, co się stanie... Niedługo...

Nie próbował jej zatrzymywać, przedkładać, że musi po drodze odpocząć, pożywić się. Przecież to nie zwyczajna niewiasta, ale Hanum Baraba. Ona nie przemówiła słowa więcej. Stała w swych czarnych zasłonach nierucho­ma, tajemnicza jak przeznaczenie. Wsiadła do lektyki. Poruszyła żegnalnie dłonią przyciągniętą do piersi. Oczy błysnęły wilgotno przez szparę w chu­stach. Niewolnicy ruszyli rytmicznym, długim krokiem.

Kerboga, syn Nadżasa, przesunął ręką po czole. Teraz, gdy matka znikła, poczynał wątpić o rzeczywistości jej odwiedzin. Niemożliwe, by przybyła z Chorassanu, niemożliwe, by odeszła po niespełna godzinie. Kazała co­fać się na południe. Szaleństwo! Za nic tego nie uczyni!

...Lecz matka nigdy się nie myli... Toteż choć wmawiał w siebie, że wszyst­ko było przywidzeniem, słowa jej zostały w uszach, drażniły umysł nieznoś­nie. Nie mógł ich odpędzić, usilnie próbując rozwiązać zagadkę. Kto mu grozi? Jużci nie Franki! Te zdechlaki nie mogą być groźne dla nikogo. Może któryś z emirów knuje zdradę?.. Ale który? Który?! Matko, skoroś przyjechała, trzeba było powiedzieć do końca! Lepiej nie znać prawdy wca­le niż połowę... Przebiegł myślą wszystkich emirów i zatrzymał się na Ahme­dzie. Czy nie on?... Wiadomo każdemu, że ten pyszałek spodziewał się zostać naczelnym wodzem wyprawy. Poddał się woli kalifa, ale w duszy na pewno chowa gniew. W stosunku do Kerbogi jest poprawny, lecz wy­niosły i niechętny... Na pewno on! W chwili zdobycia Antiochii zechce pierwszy wejść do miasta i zająć je na swoją korzyść...

Przejął się tą myślą tak dalece, że gdy Dżagi Sjan dał znać podziemnym chodnikiem z cytadeli, że wśród Franków panuje niezrozumiały ruch i wrza­wa, nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Gotują się na śmierć i lamenty nad sobą odprawiają - orzekł.

I wrócił do rozmyślań nad prawdopodobną zdradą Meruana. Przecież to jasne! Wojska Ahmeda, dziesięć przepysznych dżamatów, stoją naj­bliżej murów! Tuż przy bramach: Mostowej i Psiej! Ahmed ibn Meruan sam to stanowisko wybrał! Oczywiście! Pierwszy wejdzie do grodu i już nikogo nie wpuści! O matko jasnowidząca, któraś przeczuła, ostrzegła! Cofnij się... powiedziałaś... Tak, niech się cofnie, ale nie Kerboga, lecz Meruan... Natychmiast trzeba mu to rozkazać! Natychmiast!

Zwołani emirowie z niemałym zdumieniem wysłuchali rozporządzenia naczelnego wodza. Pułki Ahmeda ibn Meruana, stojące tuż pod grodem, mają się cofnąć na tyły obozów. Zaraz.

Emir palestyński czerwieniał z gniewu i przedstawiał mogące stąd wy­niknąć szkody. Cofać wojska teraz. gdy Dżagi Sjan zawiadamia. że u Fran­ków wre ruch jak w poruszonym mrowisku? Dlaczego? Po co?

Lecz im gorętsze racje przedkładał, tym bardziej emir Mossulu utwier­dzał się w swych podejrzeniach. Spoglądał na rozgniewanego wojownika ze złośliwą uciechą ...Pokrzyżowałem ci szyki, gadzino...

- Nie mamy o czym mówić- zakończył. - Ja tak chcę. Wojska emira Palestyny odejdą na tyły dziś jeszcze. Miejsce ich zajmą...

Zawahał się. Który z emirów jest dostatecznie pewny? Zawiedziony w rachubach swoich ibn Meruan może usiłować dopiąć celu przekupując drugiego lub dopuszczając do wspólnictwa? Jest ich dwudziestu sześciu... Trzeba się dobrze nad wyborem zastanowić...

- Oddziały, które zajmą miejsce emira palestyńskiego, naznaczę jutro.

Skończyłem.

- Allah akhar - odpowiadają wodzowie i rozchodzą się.

Ahmed ibn Meruan jest wściekły.

- Co to ma znaczyć? - pyta Kilidż-Arslana.

 

Były sułtan Nicei wzrusza ramionami. Ahmed spluwa. Życzy serdecznie Kerbodze, aby go spotkało wszystko, co najgorsze. Nie dbając o to Kerboga, syn Nadżasa, jest zadowolony. Żywi mocne przekonanie, że bystry rozum naprowadził go na właściwą drogę. Dobra matka! Bez niej nie byłby się sam domyślił.

 

 

Alleluja!

 

Gdy przed rokiem krzyżowcy opuszczali Bizancjum, było ich trzysta tysięcy. Z tego przy życiu zostało obecnie siedemdziesiąt tysięcy niespełna. Bądź co bądź jest to jeszcze duża gromada ludzi. W tej gromadzie nie ma ani jednego (owszem, jest jeden, jedyny...), który by nie wierzył niezłomnie, że w jego oczach dokonał się wielki cud, mający wszystkim przynieść zba­wienie. Wyglądają jutrzejszego dnia w radosnym uniesieniu, którego ża­dna wątpliwość nie zaćmi. Wierzą, wiedzą, czekają. Obchodzą miasto w pro­cesji. Nie czują prawie głodu. Zobojętnieli na wszystko, co nie jest wielkim jutrem zmartwychwstania. Biada, gdyby to jutro zawiodło, okazało się bezowocnym. Lecz nie ma obawy. Zbiorowa wiara nigdy nie jest bezowocna.

Z tej wiary, z tej niezachwianej pewności, z tych ciał osłabłych, tym po­datniejszych duchowi, bije fala zapału, gromadzi się w zbiorową moc, co leży nad głowami jak gradowa chmura pełna grzmotów i błyskawic. Naj­mniej nawet wrażliwi czują obecność tej siły, czują ją cieleśnie w trzaskaniu i unoszeniu się włosów, w mrówkach przebiegających kończyny. Potęga olbrzymia wisi nad miastem, gotowa wyładować się, runąć. Ośrodkiem jej, skupiającym wszystkie spojrzenia r czucia, jest święta Włócznia wysta­wiona na ołtarzu wśród tysiąca świateł. I każdy wie, że ta potęga, co ma się jutro wyzwolić, byłaby zdolna wywołać trzęsienie ziemi, odwrócić bieg rzeki lub przenieść i rozwalić góry. W porównaniu z tym, do czego ludzie zbrojni w tę moc czują się gotowi, rozbicie Saracenów jest najmniej­szą rzeczą.

W oczekiwaniu natarcia poruszają się jak we śnie. Bezwolnie i zgodnie słuchają Boemunda, który objął naczelne dowództwo i z niestru­dzoną ruchliwością wskazuje każdemu miejsce, objaśnia zadanie.

Całą noc ustawiają się w szeregi czołem zwróceni ku dwom bramom: Psiej i Mostowej, którymi wyjść zamierzają. Wczoraj nieprzyjaciel odstą­pił od nich i szerokie błonie tuż za rzeką leżące jest wolne. To nieoczekiwane przesunięcie krzyżowcy też poczytują za dowód cudownego wpływu świętej Włóczni. Tym radośniej, tym pewniej oczekują świtu.

Boemund podzielił ich na sześć oddziałów stojących w dwu rzędach za sobą. Z lewej Hugo z Robertem flandryjskim i Swenonem duńskim. Za nimi Godfryd lotaryński, za Godfrydem Robert normandzki. Po prawej pierwszy oddział prowadzi Ademar w zastępstwie Rajmunda. Grabia St. Gilles z połową swych ludzi został w grodzie i gdy ci w polu zmierzą się z Kerbogą, on uderzy na zamkniętego w cytadeli Dżagi Sjana. Za Adema­rem Boemund, a za Boemundem Tankred.

Oddziały są silne, w każdym nieomal po dziesięć tysięcy ludzi, ale, o Bo­że, cóż to za wojsko! Zbroje wiszą na wychudłych ciałach jak na żerdziach, brzęczą luźne części, kołaczą o siebie. Niektórzy musieli nagolenniki i na­ramienniki poprzywiązywać taśmami, gdyż spadały na ziemię. Poza tym są spieszeni. Wydają się sami sobie dziwnie mali. Sklepienie bramy wysoko wisi nad głowami... Pancerne zbroje utrudniają chód. Nie były pomyślane ni wykonane-dla pieszych! Ha, trudno. Bóg tak chce! Za parę godzin nie będą już pieszo. Zdobędą konie na Saracenach albo rozstaną się z życiem.

Słońce wytryska zza gór. Przed chwilą przeciągnął samotny wędrowny obłok i zmoczył ziemię nagłym, niespodziewanym deszczem. Deszcz w peł­ni lata! Niemała to rzadkość w tym kraju'! To nie deszcz zwykły, lecz rosa niebieska, widomy dowód łaski Ducha Świętego. Gdy wychodzą przez rozwarte wierzeje bram, wszystko wokół lśni od wilgoci. Na krzakach perli się rosa. Od morza zawiewa wiatr wybawienia i swobody. Śpiewając pobożną pieśń, czwórki za czwórkami opuszczają miasto we wzorowym porządku. Zaraz na błoniu rozwijają się. Robert flandryjski na lewo. Godfryd na prawo, pozostali w środek, prócz Tankreda, który jako straż tylna będzie chronił plecy wojów od sierpowego natarcia.

Biskup de Monteil niesie w ręku świętą Włócznię. Innego oręża nie ma. Obok niego Piotr i Bartłomiej. a z tyłu nieodstępny Walter Bez Mienia, ochraniający biskupa swym wielkim mieczem.

W oddziale tym są i kobiety. Przyszły wczoraj czepiać się szat Ademara błagając, by im pozwolił wziąć udział w walce. W takim dniu nie chcą po­zostać bezczynne! Są wszakżeż też krzyżowcami! Kłoniły się do kolan bisku­pa z płaczem. Niebogi! Jak je odmieniło życie! Były niegdyś krase, urodzi­we, pełne ponęt. Drżały nad wszystko o życie, a płeć stanowiła główną ich cechę. Leciały jak ćmy do grzechu, spragnione rozkoszy. Któż by poznał te same swawolnice w -wychudłych wdowach po poległych lub zmarłych rycerzach, o które nikt się na razie nie troszczy, w żałosnych matkach, któ­rym w bezsilnych ramionach dzieciątka usnęły z głodu?.. Zgaszone, po­starzałe, wychudłe, stały się wszystkie świątobliwe i pobożne. całe dnie od świtu do wieczora, ciężkie, głodne dnie, spędzając w kościele. Od czasu gdy widzenie Bartłomieja zostało ogólnie wiadome, jęły wśród nich szerzyć się gromadnie objawienia, proroctwa, zwidy. Jedna przez drugą przybie­gają do biskupa opowiedzieć o wyróżnieniu, jakie je spotkało od tej lub owej świętej. Święta Katarzyna i święta Agata, święta Symfronia i święta Pulcheria, święta Małgorzata, święta Eustochia i matka jej, pobożna wdo­wa, święta Paula, ukazują się nagminnie oczom rozmodlonych niewiast. Powiewając palmami zbawienia udzielają rad, wskazówek, zaleceń...

Ry­cerze słuchając tych cudownych opowieści, wzruszają gniewnie ramio­nami i mamroczą, że ze wszystkich świętych jedna może Magdalena ze­chciałaby z tymi białkami rozmawiać, lecz biskup nie wyśmiewa niebora­czek, choć nie przywiązuje do ich słów większej wagi, niż należy. I teraz wstawiał się do wojów, by im nie bronili udziału w bitwie. - Bywały już podobne wypadki w dziejach - zapewniał. - Pono u Gallów, pogańskich naszych przodków,  niewiasty zawdy wałczyły przy mężach...

- My wolimy bez nich - odpowiadają jednogłośnie rycerze. W bitwie

dobrze czuć przy sobie towarzysza, nie mdłe, nieporadne stworzenia. Tylko Rajmund i Swenon zgadzają się wziąć żony ze sobą. Reszta odmawia stanowczo.

A niewiasty ustąpić nie chcą za nic. Błagają natarczywie o prawo walki. Święte im to nakazały. Objawiły wyraźnie! I przecież są krzyżowcami! Sami woje to przyznali po Dorylejskiej potrzebie...

- Tego momentu lepiej nie wspominać - zauważa biskup z westchnie­niem. - Cóż z wami począć, niebogi? Pójdziecie chyba razem z moim oddziałem.

Na tym staje. Ostatecznie niewiast nie jest wiele. Przed dwoma laty zebrałoby się tego babskiego żywiołu dobrych kilka tysięcy, dziś nie będzie nawet dwustu... Niech idą. Umieści się je w środku. Broni w Antiochii jest dość. Można łatwo dobrać coś lekkiego.

- Zresztą ta bitwa - powiada biskup - i tak nie będzie podobna do żadnej innej...

Istotnie nie jest podobna. W powietrzu panuje dziwny nastrój niepokoju niby przed trzęsieniem ziemi lub zaćmieniem słońca. Wiatr to porywa się, to cichnie, przypada do ziemi jak spłoszony. Zbroje na żywych kościach kołaczą, ziemia od miarowego kroku drży, z ogrodów pokrywających brze­gi rzeki płyną wonie głusząc uporczywy fetor trupi, co ciągnie od miasta. Jaśminowe gaje pachną upajająco do utraty przytomności. Powietrze blednie od poczynającego się dziennego skwaru. Wszystko wokół zdaje się inne, odmienne, jak nie z tego świata. Bo też nie z tego świata, zaiste, są te piesze żelazne szeregi, prące się naprzód ze śmiertelną nieustępliwością, nie z tego świata odwaga, która je ożywia. Gotowali się do wyjścia jak we śnie i walczyć będą jak we śnie z nieludzką obojętnością na śmierć i nie­bezpieczeństwo w poczuciu jednego musu: zwycięstwa.

 

Kerboga już rozbudzony gra z atabekiem Dokak, synem Nadżiha, w sza­chy, gdy aga-szejk przynosi zdumiewającą wieść: Frankowie wyszli z grodu i gotują się do bitwy. Już się rozwijają w szyki!

- Zwoływać do boju! - rzuca Kerboga, a gdy atabek wstaje, wstrzy­muje go ruchem ręki. - Skończmy grę. Z tymi głodomorami, których wi­dno ostateczna rozpacz pchnęła, emirowie dadzą sobie radę sami... Pój­dziemy za chwilę popatrzeć na koniec Franków...

I w milczeniu przesuwają białe i czarne misternie rzeźbione kukiełki. Lecz Kerbodze gra nie idzie. Traci kolejno konia, wieżę, hetmana. To dla­tego. że głowę zaprząta mu myśl, czy Ahmed nie wyzyska tej chwili dla zdrady?.. Na razie nie każę mu się wcale mieszać do bitwy - postanawia i między jednym posunięciem a drugim wydając rozkazy dla poszczegól­nych dowódców, pomija rozmyślnie emira palestyńskiego. Na koniec przegrywa. Atabek daje mu mata. Emir rozgniewany wstaje, odsuwając szorstko szachownicę.

- Chodźmy popatrzeć - powiada - jak walczą umarli.

 

Jest na co popatrzeć rzeczywiście. Z niewielkiego wzgórza, na którym

staje Kerboga (nad nim potrójny mendżuk i olbrzymia zielona chorągiew Proroka), widać całe błonie, na którym rozegra się za chwilę bitwa. Rozwi­nięte szyki Franków opierają się z lewej strony o rzekę, z drugiej o wzgó­rza. Za tymi wzgórzami stoi Ahmed ibn Meruan, nie powołany na razie do bitwy. Stanowisko jego łączy się z błoniem wąskim stosunkowo przejś­ciem pomiędzy wzgórzami. Frankowie rozwinęli się szybko i mądrze. By ich otoczyć, uderzyć od tyłu, trzeba ominąć wzgórza, zatoczyć ogromne ko­ło i wypaść od strony morza. Wnet też Kerboga posyła gońca do Kilidż­-Arslana, by ze swą jazdą otoczył w ten sposób nieprzyjaciela. Wzięte z dwóch stron, te śmieszne żółwie nie ostoją się ani godziny.

Na razie żółwie posuwają się naprzód głębokimi kolumnami, równymi jak kolumny mrówek. Po raz pierwszy od czasów rzymskich tak wielkie masy ludzi walczą pieszo, w porządku podobnym do szyku zachwalanego przez Proroka o mocy budowli ołowiem spajanej. To nie obrzedni, luźny szereg zwany płotem, ulubiony Latyńcom, którzy piechoty używają tylko do obrony twierdz i obozów. Czworoboki nieruchome suną wprzód, nie­czułe na ćmę strzał, którymi je osypują nacierający muzułmanie. Strzały groźne są jedynie wtedy gdy rażą i powalają konie. Zakuci w zbroje piesi mniej o nie dbają.

Przesłaniający dzień obłokiem strzał Saraceni Kerbogi już pędzą ławą naprzeciw wrogowi. Od kopyt końskich jęczy ziemia. Wielbłądy kołyszą się wyciągając długie szyje, plują wokół żółtą śliną. Blask słońca gra w krzy­wych szablach, mienią się barwiste jedwabne stroje. Walą jak orkan pustyn­ny, dopadają idących niezłomnie przeciw nim piechurów, zwanych przez emira pogardliwie żółwiami.

Gdy pierwsze uderzenie nie zdołało przełamać ścieśnionych szeregów, gdy pstra, wyjąca rytmicznie ciżba obiła się o nie jak mrowie o skałę, starym zwyczajem Saraceni zawracają, by pociągnąć wroga za sobą. Dobry spo­sób na konnicę, lecz nie na piechotę! Ta nie posunie się szybciej, żaden sze­reg nie minie drugiego. Owszem, zwierają się mocniej. Niektórzy rycerze ujmują się wzajem pod ramiona. Nie rozerwą pogany ich szyku, nie - na rany Boga!

I walka zawzięta kipi na rozległym błoniu. Nierówna walka konnych z pieszymi. Nierówność ta obraca się dzisiaj na korzyść upośledzonych. Saraceni nie umieją wałczyć z piechotą. Krzyżowcom odpadły zwykłe wady taktyki rycerskiej: rzadki, łatwy do przerwania i przemieszania szyk, znaczne odstępy między szeregami. Zostało zaciekłe męstwo rycerzy, ta sama pieszo co na koniu sprawność w działaniu orężem. Pod wpływem uniesienia, zapału ożywiającego szeregi, wracają nawet zapomniane siły. Tną, biją, rąbią nie gorzej niż dawniej, gdy byli mocni i syci. Bo duch dziś walczy, nie ciało.

         I coraz liczniej konie bez jeźdźców biegają, rżąc po błoniu, Coraz licz­niej padają trupy muzułmańskie.

         Kerboga na wzgórzu tupie gniewnie nogą. Na święty kamień Kaaby!

Gdzież jest Kilidż-Arslan? Dlaczego nie zachodzi z tyłu?!

Otóż właśnie nadjeżdża. W oddali widać lecące szeregi. Okrzyk ich grzmiący dolatuje aż do wodza. Są na tyłach nieprzyjaciół. Latyńcy już ich spostrzegli i Tankred ustawia się czołem do nadbiegających. Już się zwarli. Chropawa, przyziemna masa krzyżowców ujęta jest w uścisk z dwóch stron. Od tyłu świetna jazda sułtana Nicei, od przodu wojska Kerbogi.

Z nieporównanym męstwem walczy Tankred, lecz przewaga liczebna napastnika jest tak wielka, że trudno oczekiwać, by utrzymał się dłużej. Więc baczny na wszystko Boemund oddziela po trzy tysiące ludzi z rot Godfryda, Ademara i Roberta, łączy je w siódmy oddział, nad którym do­wództwo obejmie waleczny Renald de Toul i śle na pomoc Tankredowi. Czas już był to uczynić, najwyższy czas. Ze straży tylnej niewiele zostało. Trzymające się jeszcze niedobitki witają pomoc okrzykiem radości i ze zdwojoną energią prą naprzód.

Lecz Kilidż-Arslan nie myśli dać sobie wy­drzeć już osiągniętej przewagi. Sam prowadzi uderzenie. Zagrzewa słowem i gestem. Naciera, rąbie, przytłacza swą liczbą. Rycerze wytężają siły. Zwo­łują się wzajem, by pokrzepić ducha:

- Normandia! Lotaryngia! Tuluza!

- Tuluza!  - krzyczy pan de la Tour i nagle, niby w odpowiedzi, przeraźliwy ryk rozbrzmiewa w pobliżu. Ze skalistego zbocza żółtą błyskawicą skula się ku wołającemu płowy zwierz, skacze na piersi, mruczy pomrukiem radości, błyska z paszczy białymi zębami. - ...Sara! Sara! - woła de la Tour. - O, najwierniejsza z kochanek! - Lecz nie pora na pieszczoty. Niespodziewane pojawienie się lwicy wywołuje osłupienie w szeregach nacierających. Konie chrapią, stają dęba. Odmawiają kroku w przód. Siadają z kwikiem na zadach. Muzułmanie drżącą dłonią ciskają włócz­niami. Jeden oszczep rani zwierzę. Z rykiem, tym razem wściekłości, lwica porywa się przeciw. Już skoczyła koniowi do gardła, już gruchocze kręgi jeźdźca. Rozjadł ją zapach krwi. Dopada następnych. Rozdaje łapami ciosy, z których każdy jest śmiertelny, Sam sułtan blednie. Krew mu zbie­ga z twarzy. Giaury mają szatana na swoje usługi! Pod Niceą Iblis przybrał postać wiatru, a tutaj przemienił się we lwa!

Ogarnięte trwogą konie zawracają, mimo iż jeźdźcy usiłują je zatrzymać. Sara z rykiem goni za nimi, zdziera pazurami skórę z końskich zadów. Latyńcy nadążają za nią co szybciej. Biegną kołacząc i dźwięcząc zbrojami. Niektórzy próbują łowić konie biegające luzem. Szyk pęka. Gdyby suł­tańscy zawrócili teraz, snadno mogliby rozbić szeregi. Lecz żadna siła nie zatrzyma przerażonych, ponoszących koni. Sam Kilidż-Arslan ucieka. Po raz trzeci! O, hańbo gorsza od śmierci! Ale któż może mierzyć się z cza­rami?! Płowe cielsko zwija się, troi, mnoży w oczach; każdy z uciekają­cych gotów przysiąc, że siedzą mu na karku całe roty lwów. Głuchy pomruk gniewu, przechodzący raz w raz w grzmot, doprowadza konie i ludzi do szału.

I sułtan widzi, że trzeba za wszelką cenę odgrodzić się od goniących. Rozkazuje palić trawy! Ze stert siana, leżącego tuż przy drodze, złożyć wał i podpalić! Niech ogień wstrzyma nieczystych!

Już wykonane. Gryzący dym rozsnuwa się nisko nad ziemią. Przez biały twoan przekwitają jęzory ogniste. I gdyby Latyńcy siedzieli na koniach, nie przeszliby tej zapory. Żaden koń nie wejdzie w ogień. Lecz, że pieszo, że są nieprzytomni, że wiedzą jedno, iż zwyciężają, jak wróżyła święta Włócznia - nic ich zatrzymać nie zdoła. Jak dobry podczaszy Keus Pło­nący nie lękają się ognia ni żaru. Co prawda pożar gorzej wygląda, niż się przedstawia w rzeczywistości.

Trawa niska, parzy dotkliwie tylko stopy, zachęcając przez to do szybszego biegu, siano, wilgotne od rannego deszczu, przyczynia więcej dymu niż ognia. Bez wahania rozpłomienieni kościeje sadzą w płomienie. Pęd ich odgarnia dym na boki. Przechodzą prawie bez szwanku. Lwica za nimi, rycząc ze strachu i wstrętu przed ogniem. Popa­rzyła sobie łapy. Przyczaja się jak sprężyna. Szerokim susem przeskakuje płonący wał i goni dalej za pierzchającymi. Teraz ryk jej brzmi triumfem. A Kilidż-Arslan rozumie, że nie ma ratunku. Nic nie wstrzyma tych szata­nów, którzy się ognia nie boją!

Niechając nadziei oporu sułtan z resztą swego wojska uchodzi na po­łudnie dalej i dalej...

Ahmed ibn Meruan stoi wciąż bezczynnie, z gniewem i niepokojem na­słuchując wrzawy bitewnej. Dotąd nie otrzymał żadnego rozkazu. Nie wie, co. robić? Gdyby postępowanie naczelnego wodza nie było w ostatnich dniach tak drażniąco nieżyczliwe, ruszyłby sam przypuszczając, że posła­niec zawieruszył się po drodze. Lecz może Kerboga trzyma go rozmyślnie z dala od walki? Na tę myśl dumnemu emirowi krew bije na lica.

A Kerboga istotnie posyłał już dwóch gońców. Gdy uderzenie Kilidż­-Arslana zawiodło, pchnął po dwakroć do Ahmeda rozkaz uderzenia z bo­ku na lewe skrzydło niewiernych. Lecz w dniu dzisiejszym wszystko działa na korzyść Latyńców. I przyroda, i zwierzęta, i tak zwany "ślepy traf”. Ślepy traf zrządził, że pierwszy z posłańców dostał się między walczących i zginął, a drugiego przygniótł koń, gdy zwalił się przeskakując skalną roz­padlinę. Obaj nie doszli do ibn Meruana.

Siny z gniewu Kerboga posyła trzeciego. - W imię Proroka nacieraj!

         Trzeci goniec dostaje się do Ahmeda, ale na skuteczne uderzenie już za

późno. Boemund zdążył zabezpieczyć się z tej strony nakazując Flandryj­czykowi zająć stanowisko pomiędzy wzgórzami. W wąskim przejściu łatwo zatrzymać wojsko czas dłuższy.

Kerboga patrzy z osłupieniem na to, co się dzieje na błoniu. Oczekiwane zwycięstwo niechybne, niewątpliwe, przesądzone, zaczyna wyglądać na klęskę. Jego klęskę! Niezwyciężone pułki świetnej jazdy nie mogą rozbić nieprzyjaciela, posuwającego się piędź za piędzią jak chrzęszcząca zwarta masa. Daleko, daleko ścielą się dymy dogasających traw, których podpa­lenie nie uratowało Kilidż-Arslana przed zajadłością Franków; daleko, daleko niewidoczne już rozbitki pysznej armii byłego sułtana Nicei. Do­siadłszy zdobycznych koni, Latyńcy pędzą za nimi, niepomni zmęczenia i głodu. Iście, nie są dzisiaj ludźmi śmiertelnymi!

Unosząc w górę Włócznię jak monstrancję w czas procesji, Ademar de Monteil idzie naprzód wpółprzytomnie. Tonie w poczuciu cudu, w świado­mości dokonywania się wokoło rzeczy niepojętej. Obok czujny Walter Bez Mienia, Bartłomiej i Piotr. Piotr, co niegdyś lękał się bitwy, tak że drwio­no z niego posyłając go do bab, dziś, porwany jak wszyscy, ani dba o strza­ły świszczące nad głową. Podobnież kobiety. Umieszczono je w środku szeregów, gdzie nie mają nic do roboty, ale sprawiają się mężnie.

Widząc, że na Kilidż-Arslana nie ma co liczyć a Ahmed ibn Meruan nieprędko wyrąbie sobie przejście przez szeregi Franków, Kerboga posyła ostateczną stawkę: słonie. Ma ich dwa. Dość młode jeszcze, nie wyszko­lone, płochliwe. Nie brały dotąd ni razu udziału w prawdziwej bitwie, za­prawiane dopiero do boju. Lecz chwila jest taka, że nie wolno się wahać. W wieżyczkach umocowanych na grzbietach już siedzą ludzie zbrojni w łuki i oszczepy. Kierownicy zajęli miejsca między uszami olbrzymów. ­

Ahuu! Ahuu! Naprzód! Dwie ruchome twierdze, szare jak złom skalny, ruszają między szeregami rozstępującymi się skwapliwie. Wielkie uszy unoszą się i opadają niespokojnie, małe oczka błyskają dziko i podejrzli­wie.

- Ahuu! Ahuu! Naprzód!

         Krzyk przerażenia wśród Latyńców. Wrażenie, wywołane pojawieniem

się słoni, przechodzi najśmielsze oczekiwanie Kerbogi, równe jest wrażeniu, jakie na jeździe Kilidż-Arslana uczyniła lwica. Żaden z krzyżowców nie widział nigdy słonia, a mało który słyszał o jego istnieniu. Nieznane potwo­ry, miażdżące wszystko po drodze, wydają im się czymś nad pojęcie strasz­liwym. Strwożeni ludzie cofają się, tłoczą, mieszają, jeszcze chwila, a los się 'odwróci zmieniając zwycięstwo w porażkę.

Szare potwory nadbiegają ciężkim truchtem, od którego ziemia drży i stęka. Nie! Nikt nie wytrzyma zetknięcia się z nimi! Daremnie biskup nie chce się cofać, wysuwając świętą Włócznię. Wierny Walter pociąga go za ramiona w tył. Rycerze rozbiegają się na boki ustępując z drogi. Gdy w otwarty w ten sposób szlak w ślad za słońmi wpadnie jazda muzułmańska, nastąpi koniec krzyżowców!

         Z trudem, z wysiłkiem, Jastrzębiec, syn Gniewa, przebija się naprzód przez cofające szeregi.

         - Stać! Stać! - krzyczy. - To nie czart żaden! To zwierza! Słonie! Elefanty! Ubijem je snadno.

         Ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Popłoch ogarnia już najwaleczniej­szych.

         ...Elefanty. W oczach zdążającego tuż za Jastrzębcem Imbrama staje

dom i opat Gwido prawiący coś o tych potworach. Jużci, tych właśnie! Wielkie jak chata... Trąba od nosa wisi aż do ziemi... W pogańskich krajach się lęgną... Jastrzębiec praw. Nie czarty to, ino zwierzęta...

I gdy spłoszone szeregi rozlatują się, spychają wzajemnie w tył,. oni dwaj prą przeciw prądowi. Najbliżej obu potworów. Celnym rzutem ostrej, lekkiej włóczni saraceńskiej z pobojowiska podjętej Jastrzębiec trafia pierw­szego słonia w miękką skórę fałdującą się pod przednią łopatką. Z groź­nym sapnięciem ukłuty słoń zwraca się w tę stronę, a wtedy czekający na to Ostój drugim miotem puszcza nową włócznię prosto w oko zwierzęcia. Trafił! Z rykiem bólu i złości słoń rzuca się w tył, tratuje swoich. Skacze jak szalony. Wieżyczka na jego grzbiecie trzeszczy. przechyla się z boku na bok. Daremnie kornak usiłuje zmusić rozwścieczonego. by szedł dalej.

- Powiadali mi Arabowie - mówi Jastrzębiec zdyszanym głosem do Imbrama – że jeśli ranić słonia w oko albo w trąbę, to zaraz zawraca... I bacz. prawda! Żebyż jeszcze dopaść tamtego!...

Lecz niełatwo to wykonać. Fala ludzka zepchnęła ich obu w bok. Znaj­dują się w ogniu walki. Tuż za słoniem pcha się hurma Saracenów wyjąc i siekąc. O to im właśnie szło. O rozerwanie szeregu. Wprawdzie zwierz z wybitym okiem cofnął się. lecz drugi posuwa się naprzód. Ryk towarzysza podrażnił go. uczynił złośliwym i podejrzliwym. W dodatku ktoś go kolnął z tyłu dzidą. Zeźlony rusza w przód śpieszniej, depcząc ludzi, łomocąc trąbą uniesioną w górę. Raz po raz opuszcza ją chwyta kogoś w pół i ciska za siebie lub gniecie powalonego nogami. Miękką miazgę wbija w ziemię. ­

To Lewiatan! - krzyczą wokoło ludzie z przerażeniem i cofają się, tłoczą. pierzchają...

Ostawiając Jastrzębca i Zbyluta walczących z dziesięciu Saracenami na­raz Imbram zdąża zaciekle przez tłum, aby wyprzedzić słonia. zajść mu od przodu. jak mówił Ostój. Nie dba. że roztrąceni myślą, iż temu rycerzowi śpieszno uciekać od nieprzyjaciela. Mimo wysiłków jednak nie może na­dążyć. Szary grzbiet z ruchomą twierdzą wieżyczki faluje nad szeregami. Toruje sobą drogę, którą natychmiast wypełniają Saraceni...

Już dotarł środka oddziału. Już sięga gromady kobiet. Te będą uciekać od razu, przyczynią się do ostatecznego rozgromu. Lecz nie! Zbyt przera­żone, by się ruszyć z miejsca. tknięte trwogą jak bezwładem, niewiasty padają na kolana i poczynają wrzeszczeć wniebogłosy. Krzyczą chórem tak przeraźliwym, cienkim i dojmującym, że słoń na jedną chwilę zatrzymuje się. z niepokojem nastawiając uszy.

Ta jedna chwila wystarczy, by Imbram zdołał na koniec utorować sobie drogę, rozepchnął niewiasty i znalazł się tuż przy potworze. Czy to nie potwór Kuchulin, a on nie dobry podczaszy? Siedzący na grzbiecie ludzie rzucają weń oszczepami, lecz bez skutku. Jest za blisko. Nim przynaglone przez kornaka zwierzę ruszy z miejsca. rycerz dopada. błyskawicznym ruchem wznosi miecz. tnie z całej siły po trąbie i przecina ją jak łodygę chmielu. Obcięty koniec upada niby martwy wąż na ziemię. Z rany bucha struga krwi. Oszalały z bólu, zdziczały zwierz zawraca w tył, sikając w górę posoką. Tłoczy, tratuje, miażdży, rozbija. Wrzask trwogi na jego drodze. Jednooki puszcza się za nim. Już nic nie uratuje Saracenów!

Gdy słoń bez trąby wpadłszy do obozu zaczepia przekrzywioną wieżycz­ką o bramę, zwala ją za siebie, plącze się w liny. belki, podnosi z rykiem. z pasją gniecie ludzi. jakich dopadnie, pozostały półślepiec mija obóz, pę­dząc wprost przed siebie. Na jego drodze na wzgórzu majaczy wielka zie­lona chorągiew. Sadzi na nią jak byk na czerwoną płachtę.

Zebrani na wzgórzu wodzowie, z emirem Kerbogą na czele, uciekają w popłochu. Uciekają niesławnie przed własnym swoim słoniem. Niechają chorągwi., buńczuków. byle ujść rozszalałemu zwierzęciu. W głowie Kerbogi maja­czą słowa matki, Hanum Baraby, nieszczęśliwej wróżki. O, czemuż jej nie usłuchał?! ,;Z grodu buchnął dym, a dym przemienił się w drzewo zniszcze­nia Zakkum, a listowie jego legło na białych turbanach. Widziala go pohańbionym...

Iście, czyż jest gorsza hańba niż ucieczka i to nie przed człowiekiem. lecz nierozumnym bydlęciem? Czemu, czemu nie usłuchał? Konie pędzą. Rozszalały słoń goni. Wieżyczka na grzbiecie skacze., chyli się na boki jak łódź w czasie burzy. Ludzie z niej wypadli, potrzaskali się o skałę. Kornak, półżywy z trwogi, trzyma się jeszcze kurczowo, sam nie wiedząc, co lepiej: zsunąć się i zginąć pod nogami słonia czy czekać. aż go skażą na śmierć w mękach za stratowanie emira? I tak pędzą dudniącym cwałem. Na południe od Antiochii spotykają się niechwalebne drogi sułta­na Kilidż-Arslana i emira  Mossulu, KeIbogi.

W tymże czasie w grodzie po zawziętym uporczywym boju Rajmund SL Gilles zatyka swoją chorągiew na szczycie cytadeli. Dżagi Sjan z kilku­nastoma niedobitkami uciekł podziemnym chodnikiem, wmieszał się w tłum walczących i szczęśliwszy od emira i sułtana poległ mężnie, jak przystoi wy­znawcy Proroka. Nikt o nim nie wie. Dopiero nazajutrz, przy obdzieraniu trupów na pobojowisku. pozna go jakiś Syryjczyk i odrąbaną głowę przy­niesie Boemundowi.

Kto wie jednak, jak obróciłyby się jeszcze losy bitwy, gdyby dostęp do opuszczonego obozu był otwarty i ludzie mogli się rzucić do jadła. Ahmed ibn Meruan miałby wówczas nietrudne zadanie pomścić na rozproszonych porażkę obu wodzów. Lecz okaleczony słoń, zaplątany w bramie u wejścia, stoi niby stróż. tupiąc i miotając się. Ryczy w przedśmiertnej trwodze sła­bnącym głosem. Póki żyje, żaden z Latyńców nie odważy się wejść do obo­zu.

Dzięki temu całą siłę Obracają na walkę z Ahmedem. Widząc beznadziej­ność położenia, obskoczony ze wszystkich stron, emir palestyński cofa znacznie uszczuplone siły do Aleppo, pocieszając się tym., że wstyd za przegraną bitwę spadnie na Kerbogę, a nie na niego... Bądź, co bądź on, Ahmed  wy­cofuje się z pola ostatni...        .

Słońce zaledwie przechyliło się ku zachodowi. Bitwa jest już dokonana. Niecały dzień wystarczył, by unicestwić, rozproszyć świetną armię Kerbogi,  rozbić ją przez spieszonych. wynędzniałych głodomorów...

Toteż kronikarze latyńscy nazwą jednogłośnie bitwę pod Antiochią cudem wiekopomnym. Cudem świętej Włóczni, którego rocznica i oktawa rocznicy będą uroczyście w ciągu wieków przez Kościół obchodzone; a roz­ważni, sumienni kronikarze arabscy przychylą się również do mniemania, że w bitwie tej wzięły udział siły zaświatowe.

...Że Frankowie pobili naszych - napiszą oni - stało się za przyczyną  szatana, który tchnął w nich swą siłę niemożliwą do pokonania przez ludzi. Cóż mogło zdziałać najprzedniejsze męstwo, skoro nawet dzikie bestie wspomagały giaurów?

 

Gdy uniesienie opadnie, powraca w swe prawa - głód. Nagle omdlali ludzie ostatkiem sił,. wloką się do obozu. Czeka na nich rajem obfitości. U wejścia leży ścierwo słonia, niestraszne już nikomu. Przyglądając mu się rycerze wspominają, że wszakże na targu w Bizancjum widzieli zwalone na ziemię Idy takie same, jak te, co sterczą z rozwartej paszczęki Mówiono im wtedy, że to zęby słonia. Ot, jak zapomnieli! Gdyby nie polscy rycerze, strach pomyśleć, co by było. Nie ukrywając, pierzchali już jak zające.

...Jeść! Jeść! Na koniec jeść! O niczym nie gadać, o niczym nie myśleć, tylko jeść. Jedzenia wszędzie mnóstwo. Mięso, chleb, oliwa, ryż... Lecz ludzie tłoczą się przede wszystkim tam, gdzie przy stertach paszy stoją długimi rzędami dojne krowy i kozy... Mleko! Cudowny pokarm! Świeże mleko, błogosławiony napój, wprost z dobrych zwierzęcych trzewi płyną­cy... Zjadacze padliny i trupów nie sądzili, by dane im było jeszcze kiedy w życiu pić - mleko. a łzami radości przypadają do dójek krowich cycka­jąc z nich odrodzenie, przytulają się do ciepłych wymion. niby do źródła żywota. Po trzy, cztery głowy naraz cisną się u wymion krowich, po dwie u kozich. Zdziwione zwierzęta patrzą na dojących cierpliwym wzrokiem.

Mleko białe, ciepłe, tłuste, kojące spływa po wargach; bulgoce w gardle, wypełnia powoli zaschły skurczony żołądek. O, rozkoszy niewypowiedziana! O, niepojęta radości! Głośne ssanie, cmokanie, mlaskanie staje się hymnem dziękczynnym ciała. najgorętszą modlitwą całego jestestwa. ...Leżeli na bar­łogu grzeszni i nędzni, umierający jak Łazarz, sponiewierani, opuszczeni jak Hiob... Czuli się trawą zbyteczną. odrzuconą, by pójść w ogień... Biodra ich wyschły od narzekania, struchlały kości. Byli przedmiotem pośmiewiska i hańby... A oto w jeden dzień Bóg wszystko w chwałę przemienił...

Bartłomiej leży na trawie ssąc długą, wyższą od niego zieloną łodygę: W obozie podobnych znajduje się cała sterta. Jastrzębiec pokazał je ryce­rzom, mówiąc: - Jedzcie, słodkie, pogany nazywają to trzciną cukrową. Nie bójcie się, nie trucizna...

...Spróbowali. Istotnie, słodkie jak miód.

         Bartłomiej napił się już koziego mleka - za dużo - wymiotował z rozpaczą napił się drugi raz, już ostrożnie, mniej, teraz leży w cieniu, gryząc pszenny placek i dudląc słodką jak miód trzcinę. Chleb i słodycz przeżuwa powoli, z rozkoszą. Zwiotczałe dziąsła, mięśnie szczęk, każda tkanka z oso­bna nasyca się pomału powraca do życia i cieszy.

A dusza? Dusza Bartłomiejowa rozpływa się w błogości nieznanej, nie­wypowiedzianej, cisnącej łzy do oczu. Chciałaby dusza Bartłomiejowa prze­stać istnieć, rozsnuć się z rozkoszy tchem, zapachem jaśminowym, roz­topić się i popłynąć gdzieś pod stopy Pana. Rozpylić się z wdzięcznej mi­łości. Umrzeć teraz, w chwili niewysłowionej radości, gdy w jednakim szczęś­ciu zlewają się serce i ciało...

 

Uroczysta procesja zdąża ku grodowi niosąc z powrotem świętą Włócz­nię na należne jej miejsce w ołtarzu. Biskup trzyma ją oburącz, jego samego podtrzymują dwaj rycerze, bo słania się z trudu i wzruszenia. Co chwila z wysiłkiem podnosi ramiona i błogosławi Włócznią wszystko wkoło.