Braver Kerl ! Niemcy i Żydzi w okupowanej Polsce.
Wpisał: Zofia Kossak   
19.07.2014.

Braver Kerl ! Niemcy i Żydzi w okupowanej Polsce.

 

Zofia Kossak, „W Polsce podziemnej”, str. 334, PAX 1999

 

W owych pierwszych miesiącach okupacji zdarzało się nieraz, iż ten lub ów konspirator, chcąc bezpiecznie przemknąć się przez pilnie strzeżoną strefę, zakładał gwiazdę syjońską. To chroniło przed rewizją. Zdaje mi się, że w swej pogardzie dla Żydów Niemcy nie przypuszczali, by Aryjczyk mógł się za Żyda podawać.

Ten okres był krótki. Już pierwszej wiosny okupacyjnej wprowadzo­no zamknięcie gett. Trwało długo, chyba z rok, zanim opróżniono wszystkie polskie miasteczka z Żydów i upchano tych ostatnich w kilku wybranych miejscowościach. W Warszawie stanęły w poprzek ulic mury z drutem i szkłem na wierzchu, strzeżone przez Niemców. Roz­powiadano przejmujące zgrozą wiadomości o natłoczeniu panującym za tymi murami, o nędzy, głodzie, a zarazem zbytku bogatych. To były dziwnie diabelskie sprawy. Ludzie marli z głodu na ulicach, a równo­cześnie czynne były niesłychanie wytworne lokale, domy gry, do których przyjeżdżali jako stała klientela - Niemcy. Nędza panująca w getcie nie była przesadą. Wystarczało zobaczyć dzieci żydowskie, które, sobie tylko wiadomymi przejściami, wymykały się poza obręb getta i żebrały. Straszno było patrzeć na te małe widma ciemnożółte, o skórze przyległej do kości, małe szkielety, u których głód zabijał strach. Polacy dawali im jedzenie, pieniądze, Niemcy spostrzegłszy takiego półtrupka mordowali je natychmiast. .

 

Działy się potworne wypadki. Na Nowym Świecie oficer niemiecki złapał takiego chudzinę, sześcioletniego najwyżej, trzymając jak szczenię za kark podniósł drugą ręką pokrywę od kanału i wepchnął tam dziecko. Przechodnie patrzyli ze zgrozą. Ksiądz, który był świadkiem, zaczął błagać o litość nad dzieckiem. Oficer spojrzał na niego ze zdumieniem: ,,Jude!" - objaśnił informacyjnie, zatrzasnął klapę i poszedł spokojnie dalej.

 

Kiedy indziej na moście Kierbedzia. Niemiec spostrzegł Polaka dającego jałmużnę żydowskiemu głodomorowi, dziecku. Przyskoczył i rozkazał Polakowi wrzucić dziecko natychmiast do wody, inaczej on sam zastrzeli i Żydziaka, i niewczesnego jałmużnika.

"Nic mu nie pomożesz - szydził - ja go zabiję tak czy tak. On nie ma prawa tu być. Ty albo możesz odejść, jeśli go utopisz, albo cię zastrzelę. Rachuję do trzech. Uwaga. Raz... Dwa..."

Polak nie wytrzymał, załamał się, rzucił dzieciaka przez poręcz do rzeki. Niemiec poklepał go po ramieniu. Braver Kerl.  Rozeszli się. W dwa dni potem Polak się powiesił. Nie mógł ani na chwilę zapomnieć momentu, w którym chude rączyny dziecka czepiały się go rozpaczliwie, a on je oderwał i cisnął.

 

Podobne obrazki można by opowiadać bez końca. Straszna również była dola Żydów poza gettem, tzn. tych, którym udało się uciec. Koczowali po lasach jak dzicy ludzie, przepłacając za żywność, ścigani przez policję. Zimą do jednego dworu przyszła para Żydów z lasu. We dworze tym był tartak, tartak został zarekwirowany przez Niemców i był przy nim posterunek niemiecki. To było przed Świętami Bożego Narodzenia. Podoficer niemiecki dowodzący posterunkiem, katolik, odjeżdżał właśnie na świąteczny urlop i czuł się z tego powodu bardzo szczęśliwy. Przyszedł do dworu życzyć spokojnych Świąt i opowiedzieć o swojej rodzinie, dla której wiózł kiełbasę i gęś.

Czekał tylko na przyjazd swojego zastępcy i denerwował się, że tamten się spóźnia. Wtedy właśnie dano znać, że przyszło tych dwoje. Ojciec i córka. Inteligenci, z klasą. On stary, ona młoda i piękna. Zmarnowani nieprawdopodobnie, wymarznięci, obdarci. Po co przyszli? Zgłosili się dobrowolnie na posterunek, aby ich zastrzelono, bo już nie mają sił prowadzić takiego życia jak obecnie, jak od pół roku. Podoficer był zły o to, że przyszli, nie czuł się wcale w nastroju do strzelania Żydów. Poza tym okazało się, że nie ma już naboi. Naboje miał przywieźć ze sobą zastępca. Poszedł jakoś sprawę załatwić, a ci dwoje stali nieruchomo przed gankiem. Pani domu wyszła do nich. Namawiała, żeby uciekali, że przecież to szaleństwo... Powiedzieli, że nie chcą. "Gdyby była jakaś nadzieja... - powiadali. - Ale nadziei nie ma..."

I czekali. Podoficer posłał żołnierza na rowerze na sąsiedni poste­runek po naboje. Gdy żołnierz wrócił, podoficer wyprowadził skazań­ców za podwórze i zastrzelił ich oboje.            I pojechał do rodziny, na Święta, z gęsią i kiełbasą.