Psia kupa a sprawa polska
Wpisał: Mirosław Dakowski   
31.03.2009.

 Psia kupa a sprawa polska,

czyli obywatelu zrób sobie dobrze sam. Sobie i innym.

Co roku na wiosnę wysoko-nakładowe dzienniki zdominowane są przez ideologię, technikę i normy prawne dotyczące sprzątania psich kupek.

Wyprowadzam swoje psy na skwerek na rogu Poznańskiej i Wspólnej.

Kilka lat temu właściciele psów po wielu naradach zdecydowali, że będą zbierać po 10 złotych od psa i opłacać pana, który podjął się sprzątać dwa razy w tygodniu po naszych zwierzakach. Idylla trwała bardzo krótko. Po dwóch miesiącach zaczepiła mnie właścicielka yorka i oświadczyła, że czuje się pokrzywdzona tym, że płaci za swoje maleństwo tyle samo, co ja za każdego mojego mieszańca ważącego około 50 kilogramów. Proponowała opłatę proporcjonalną do masy ciała psa. Nie mogłam na to przystać gdyż jak łatwo obliczyć, musiałabym wówczas płacić za każdego z moich podopiecznych po 1000 zł. Dyskusje na temat sprawiedliwego współczynnika trwały przez następne dwa miesiące, przy czym większość zawiesiła wpłaty do czasu rozstrzygnięcia sporu. Nic dziwnego, że dozorca przestał sprzątać. Zniecierpliwiona takim funkcjonowaniem demokracji bezpośredniej zaproponowałam, żeby opłata była proporcjonalna do odchodów psa ważonych każdorazowo na wadze analitycznej przez właścicielkę yorka, która rozpętała dyskusję. Lub żeby założyć fundację „Psia kupa” i wystąpić o dofinansowanie z Unii Europejskiej.

W efekcie właścicielka yorka i jej akolici przestali mi się odkłaniać, a skwerek wyglądał jak ptasia wyspa.

 Na szczęście znalazły się dwie starsze panie, które dwa razy w tygodniu, bezinteresownie sprzątają nocą po psach. Zajmuje to im około 15 minut. Skwerek jest czysty, nie ma awantur, a co najważniejsze skończyły się bezpłodne dyskusje, głosowania i kłótnie.